25.12.16

Rozdział 7


Justin POV:
Jadę do Gub Club i w międzyczasie dzwonię do Hugo. Muszę się napić, wyluzować i zapomnieć na chwilę o tym całym przedstawieniu. Im bliżej ślubu, tym mam ochotę spieprzyć jak najdalej stąd i mieć święty spokój! Jak mogłem pozwolić na to, żeby rodzice postawili mnie w takiej sytuacji? Od zawsze traktowali mnie jak wygodnego lenia, któremu nie chce się pracować. Faktycznie tak było, ale odkąd ojciec zatrudnił mnie u siebie w firmie nieco się jednak zmieniło. Pojawiałem się tam dwa, trzy razy w tygodniu i wszyscy byli zadowoleni. Dopiero teraz rodzice ubzdurali sobie jakiś chory plan i jakby tego było mało, zrobili to z premedytacją. Dobrze wiedzą, że lubię pieniądze i ich brak skutecznie wyprowadziłby mnie z równowagi. 

- Co tam, stary? - obok mnie, na wysokim barowym krzesełku siada Hugo - Co to za wisielczy humor?
- Jestem wściekły jak diabli - burczę pod nosem i upijam łyk whisky - Wszyscy mnie wkurwiają.
- Wszyscy? A kogo dokładnie masz na myśli? - unosi dłoń, przywołuje kelnera i zamawia to, co ja.
- Rodzice i Marisa, to chyba oczywiste? - unoszę brew i posyłam mu wymowne spojrzenie.
- Marisa? Znasz ją zaledwie tydzień, bracie i już Cię wkurwia? Aż boję się pomyśleć, co będzie po ślubie.
- Uwierz mi, ja też! Nie odzywa się do mnie od wczoraj, a rodzice kazali mi ją przeprosić. Czaisz?
- Hmm... będzie mi o wiele łatwiej, kiedy wyjaśnisz o co wam poszło. Jestem pewny, że zjebałeś.
- Ty też?! - prycham, ale czego mogłem się spodziewać? - Dobra! Może faktycznie mnie poniosło, ale jestem sfrustrowany! - szarpię za włosy, a Hugo śmieje się ze mnie - Chce poczekać do ślubu z seksem, a mnie nosi jak cholera! Prosto z mostu powiedziałem, że będzie moją żoną i powinna mi dawać, a jej nie zdradzę.
- Potwierdzam, zjebałeś! - klepie mnie po plecach i wzdycha ciężko - Musisz nauczyć się rozmawiać z kobietą, Justin. Do tej pory tylko je pieprzyłeś i nic więcej Cię nie obchodziło. Czas to zmienić. Marisa to fajna dziewczyna - och, serio? Jakbym tego nie wiedział. Jest wkurwiająca, ale jednak ma w sobie to coś - Wytrzymaj jeszcze te kilka dni, a na pewno sytuacja się zmieni. Ona potrzebuje czasu, przecież ledwo co się poznaliście! Jestem pewny, że nie należy do kobiet, które rozłożą nogi na pierwszym spotkaniu.
- No coś Ty, geniuszu? Jak do tego doszedłeś? - uśmiecham się jak debil, bo to przecież oczywiste!
- Nie żartuj sobie, tylko weź się w garść! Kup ogromny bukiet kwiatów i zapieprzaj z przeprosinami.
- Wiesz, że nie lubię tego robić - dąsam się jak dziecko, ale nienawidzę przepraszać! - Może jej przejdzie?
- Szczerze? Nie liczyłbym na to - wzrusza ramionami i upija whisky - Kobiety to bardzo skomplikowane istoty.
Co innego tylko je pieprzyć, a co innego być z nimi na co dzień. Musisz do tego przywyknąć.
- Jedynymi kobietami, z którymi przebywałem codziennie są moja matka i siostra. Miałem dość, serio!
- Przed Tobą ciężka droga, przyjacielu. Uzbrój się w cierpliwość, bo na pewno Ci się przyda.
- Dzięki, właśnie to chciałem usłyszeć - oddycham głęboko i opieram łokcie na barze. Cudnie!

W sobotę budzę się kilka minut po dziesiątej. Przecieram twarz rękami i w myślach układam sobie plan, jak przeprosić Marisę. Wcale nie mam na to ochoty, chociaż doskonale wiem, że przesadziłem. Hugo ma rację,
jest wrażliwa, a ja fatalnie dobrałem słowa. Mogła zrozumieć to na opak, co zresztą i tak się stało. Nie chciałem sprawić jej przykrości, ani potraktować jak rzecz. Dlatego muszę to jakoś odkręcić.
Piszę jej wiadomość, że o dziewiętnastej ma być gotowa, ponieważ ją porywam. Oczywiście, że nie odpisuje czym ponownie doprowadza mnie do szału! Jak ja mam z nią do cholery wytrzymać?!

Cały dzień jestem dziwnie zestresowany. Próbuję przygotować się na solidny odpierdol, jednak zasłużyłem. 

Przebieram się, układam włosy i jadę do kwiaciarni. Kupuję ogromny bukiet czerwonych róż i pakuję go do samochodu. Zaszalałem, ale jak już przepraszam, to wypada pójść na całość. Marisa to twarda sztuka i muszę się naprawdę postarać, aby ją udobruchać. Zahaczam jeszcze o jubilera i jestem gotowy na wszystko!

Jestem kilka minut przed czasem. Oddycham głęboko, przygotowuję się na to spotkanie i liczę, że obejdzie
się bez problemów i kolejnej kłótni. Muszę utrzymać język za zębami i jeśli trzeba, móc wyżalić się Marisie.
Czuję w kościach, co się będzie działo. Niech się wyżyje dziewczyna, będzie jej po tym lepiej.
- Justin! - przyszła teściowa wita mnie czułym uściskiem i cmoknięciem w policzek. Jest całkiem fajna, lubię
ją - Proszę, wejdź - przepuszcza mnie w drzwiach, wchodzę do środka i witam się z teściem. Mam ochotę przewrócić oczami na te dziwne określenia - Marisa zaraz będzie gotowa. Gdzie się wybieracie?
- To niespodzianka - szepczę cicho, a kobieta chichocze uroczo - Mam nadzieję, że Marisie się spodoba.
- Na pewno. Cieszę się, że wreszcie wyjdzie z domu. Ostatnio była dość... smutna i przygnębiona.
- Naprawdę? - niech to szlag! Dlaczego czuję ten dziwny uścisk w brzuchu? - Czy coś się stało?
- Nie wiem, nie chciała nic powiedzieć. Pokłóciła się z nami i w ogóle nie wychodzi ze swojego pokoju.
- Jestem - naszą rozmowę przerywa dziewczyna, która pojawia się w salonie. Wygląda obłędnie!
- Cześć - posyłam jej niepewny uśmiech, ale czuję się niezręcznie. Podchodzę i całuję ją w policzek.
- Możemy iść - zaciska usta, mocniej ściska małą torebkę i idzie w stronę wyjścia. Cholercia.
- Do widzenia, państwu. Proszę się o nią nie martwić, jest w dobrych rękach. Odstawię ją przed północą.
- Wcale nie musisz, Kochanie - jej mama mruga rozbawiona, całuje mnie w policzek i przytula.
- Dziękuję - żegnam się jeszcze z Panem Paulem i biegnę za dziewczyną. Czeka na mnie przy samochodzie, wpatruje się w swoje szpilki i wygląda na smutną - Wszystko w porządku? - podnoszę jej głowę palcem i nasze oczy się spotykają. Patrzy na mnie i nerwowo gryzie wargę - Co się dzieje, Marisa? Powiedz mi.
- Nic - wzrusza ramionami i uwalnia brodę z moich palców - Idziemy gdzieś, czy będziemy tak stać?
- Jasne, ale najpierw chciałem Ci coś dać - otwieram drzwi od strony pasażera i wyjmuję ogromny bukiet.
- O boże! Zwariowałeś?! - marszczę brwi, a Marisa przykłada dłoń do ust - Skąd wytrzasnąłeś tyle róż?
- Z kwiaciarni, maleńka. Specjalnie dla Ciebie, na przeprosiny. Wybacz mi, zachowałem się jak szczeniak.
- Nie zaprzeczę - wreszcie na jej ustach pojawia się lekki uśmiech, przysuwa nos do bukietu i zaciąga się jego zapachem - Uwielbiam róże - bingo! Jestem boski - Nie musiałeś wykupywać całej kwiaciarni, wiesz?
- Zaskoczę Cię, ale jeszcze trochę zostało - posyłam jej zadziorne spojrzenie, odkładam kwiaty tym razem na tylne siedzenie i pakuję ją do samochodu. Wsiadam za kierownicę, uruchamiam silnik i wyjeżdżam z jej posiadłości - Zjemy kolację i porozmawiamy. Musimy wyjaśnić sobie pewne sprawy, nie uważasz?
- Zdecydowanie. Bardzo nie spodobało mi się Twoje zachowanie, ale zaczekam z tym aż zjemy.
- Jestem wdzięczny - prycham pod nosem i wiem już, że czeka mnie prawdziwy armagedon!

Na miejscu jesteśmy prawie pół godziny później. Dzięki znajomościom, mogłem zorganizować coś super romantycznego, chociaż romantykiem nie jestem. Biorę Marisę za rękę i prowadzę w stronę plaży. Patrzy na mnie zaskoczona i zsuwa buty ze stóp, kiedy wchodzimy na piasek. Wciąż jest przyjemnie ciepły.
- Hmm... chcesz pospacerować? - pyta i przygląda mi się, kiedy idziemy przed siebie - Hej, powiedz coś!
- Trochę cierpliwości, mała. Już widać nasz cel, skup się - kiwam głową przed siebie, a naszym oczom ukazuje się przygotowana dla niej niespodzianka. Przystaje zszokowana, a jej oczy są wielkie jak spodki.
- Jezusie! To jest piękne - wzdycha rozmarzona i nareszcie szczerze się uśmiecha - Nie wierzę w to!
- To nic wielkiego - podaję jej dłoń, kiedy wchodzi na podest i rozgląda się dookoła. Po dżentelmeńsku odsuwam dla niej krzesło i czekam, aż usiądzie. Widzę, jak bardzo zaskoczona jest moim zachowaniem, ale zjebałem i muszę to naprawić. Jestem dupkiem, ale umiem przyznać się do błędu - Na co masz ochotę?
- Wybierz coś dla mnie - hmm, zaskakuje mnie, ale skoro tego chce - Zdaję się całkowicie na Ciebie.
- Nie ma sprawy - szybko wertuję menu i na pierwszy rzut wybieram zupę z kurczakiem, mleczkiem kokosowym i ostrą papryczką chili. Potem lecę z kaczką w sosie pomarańczowym, a na deser tartę z malinami i białą czekoladą. Powinno być w porządku. Składam zamówienie, nalewam białego wina do jej kieliszka i przygotowuję się na ciężką rozmowę - Więc... chcesz zacząć? Czy ja mam to zrobić? - mam cichą nadzieję, że rozpocznie, ale na moje nieszczęście daje mi znać dłonią, abym kontynuował. Niech to szlag! - Okej - chrząkam i oddycham głębiej - Wiem, że zachowałem się jak dupek i chciałem Cię za to przeprosić. Nie jesteś byle jaką laską z klubu, do której mogę się tak zwrócić. Przesadziłem i naprawdę jest mi przykro.
- Cieszę się, że to zrozumiałeś - uśmiecha się uroczo i poprawia niewidzialną fałdkę na białym obrusie - Poczułam się tanio, jakbym była od spełniania Twoich seksualnych zachcianek. Ja po prostu się boję nadchodzących zmian, dlatego chciałam poczekać. Znamy się przecież tak krótko - zaciska usta i wreszcie na mnie spogląda. Czuję się winny, a to paskudne uczucie - Wiem, że masz swoje potrzeby i ja doskonale to rozumiem. Seks jest wspaniały i na pewno przejdziemy dalej, ale daj nam te kilka dni, dobrze? Znamy się raptem tydzień, a Ty oczekujesz, że wskoczę Ci do łózka i to nie będzie problem. Nie jestem taka.
- Wiem! Naprawdę to wiem. Poniosło mnie, byłem napalony i powiedziałem o kilka słów za dużo. Hugo solidnie mnie za to ochrzanił i stwierdził, że zjebałem. Miał rację, dlatego tutaj jesteśmy - chwytam jej dłoń, którą trzyma na stole i ściskam mocniej - Nie zachowam się tak ponownie, obiecuję.
- Mam taką nadzieję - splata nasze palce i lekko drapie wierzch mojej dłoni - Musimy się lepiej poznać.
- Zdecydowanie, Skarbie. Dlatego nie będę zmuszał Cię do czegoś, na co nie jesteś jeszcze gotowa.
- To miłe, że zmieniłeś podejście do tego tematu - wzdycham, ale cóż mam zrobić? Mogę psioczyć, namawiać ją, ale po co? Nic mi to nie da, a przez to będziemy się tylko kłócić - Więc, między nami już okej?
- Tak - mrugam zadziornie, a Marisa uroczo się zawstydza - Wyglądasz dzisiaj przepięknie, wiesz?
- Och! - schyla głowę, ale teraz już jest dosłownie czerwona - D-dziękuję, starałam się.
- Państwa zamówienie - przy stoliku zjawia się kelner i wreszcie możemy coś zjeść.



Marisa POV:
Po romantycznej kolacji, którą Justin potwornie mnie zaskoczył, zabiera mnie na spacer po plaży. Jest ciemno, cicho i tak spokojnie. Delektuję się tym, wyłączam myślenie i cieszę tą chwilą. Mam dość nerwów, a ostatnie dni były dość ciężkie. Zachowanie Justina, wybór sukni ślubnej, pogadanka z rodzicami, Sean. Byłam przygnębiona i sama, a samotność w takich chwilach jest najgorsza. Mimo to cieszę się, że Justin przeprosił mnie za te głupie słowa i między nami wszystko wróciło do normy. Nie chcę podobnych sytuacji, ponieważ mamy być małżeństwem. Znamy się krótko i musimy się lepiej poznać, aby zaobserwować swoje przyzwyczajenia i nawyki. Jestem bardzo ciekawa, jak to wszystko się potoczy, ale po cichu chyba liczę, że będzie dobrze. Skoro nie mam wyboru, byłoby fajnie móc cieszyć się takim życiem, jakie mam.


Grubo po dwudziestej trzeciej, Justin parkuje pod swoim domem. Dzisiejszego wieczoru jestem zaskoczona
po raz trzeci, bo liczyłam, że odstawi mnie do mojego domu. Co znowu chodzi mu po głowie?
- Mam dla Ciebie jeszcze jeden prezent - och, poważnie?! - Wejdziemy? - przytakuję głową, Justin opuszcza samochód, obchodzi go i pomaga mi wysiąść. Obejmuje opiekuńczo w talii i ponownie jestem
w jego domu. To tutaj się pokłóciliśmy, ale nie chcę teraz o tym myśleć. To przeszłość - Tędy - nie zatrzymujemy się, a wychodzimy na tył. Przystaję wmurowana, ale to jest chyba jakiś sen! - Coś nie tak?
- Nie, po prostu to miejsce robi wrażenie - uśmiecham się zawstydzona, ale jest dzisiaj taki kochany!
- Nawaliłem, więc chcę Ci to wynagrodzić - patrzy mi w oczy, głaszcze kciukiem mój policzek, aż mam ochotę zamknąć oczy. Czy zawsze już taki będzie? - Usiądźmy - pomaga mi, schodzimy niżej i siadamy na wygodnej, ogromnej kanapie. Zmieściłoby się tutaj mnóstwo ludzi - Masz ochotę na szampana? - przytakuję i chociaż wypiłam już trochę wina, mam ochotę na jeszcze. Wieczór jest cudowny i fajnie jest się niczym nie martwić - Proszę - podaje mi kieliszek i stuka nim swoim - Za nas i za nasze wspólne życie, maleńka.
- Tak, oby szło z górki - chichoczę i upijam spory łyk. Mmm, jest pyszny! - Nie poznaję Cię dzisiaj.
- Czyżby? - unosi brew, opiera się i układa ramię na oparciu, tuż za moimi plecami - Dlaczego?
- Bo zachowujesz się jak słodki chłopiec - uśmiecham się szeroko, a Justin się krzywi. Oho! - Nie dąsaj się. Wiem, że nie lubisz tego określenia, więc zmienię to na... uroczy chłopiec? Brzmi lepiej, co?
- Nie, to wciąż brzmi beznadziejnie. Wolałbym coś w tylu: jesteś niesamowity, wariuję na Twoim punkcie, Justin! - udaje mój piskliwy głos, wybucham śmiechem, bo zdecydowanie marnie mu to idzie - No, co?
- Jesteś zabawny - ocieram łzy i przewracam oczami. Co za typ! - Ale wolę, kiedy taki jesteś, wiesz?
- Hmmm, dobrze wiedzieć - przysuwa się, odgarnia kosmyk moich włosów i dziwnie patrzy mi w oczy. 

- Moje kwiaty zwiędną - wypalam nagle, a Justin wybucha śmiechem. Lubię, kiedy się śmieje.
- Umiesz zepsuć nastrój, to trzeba Ci przyznać - kręci głową rozbawiony i upija łyk szampana - Ale ja jestem mistrzem każdej sytuacji, więc szybko to naprawię - mruga zadziornie, sięga dłonią do kieszeni jeansów i wyjmuje małe, kwadratowe opakowanie. Jest w błękitnym kolorze i zastanawiam się, cóż to takiego - Za tydzień bierzemy ślub - zaczyna i chwyta moją dłoń. Głaszcze jej wierzch i patrzy mi prosto w oczy. Cholercia! Jest przystojny, skubany! - Jesteś moją narzeczoną, chociaż oficjalnie Cię o to poprosiłem - och! Gapię się na niego zaskoczona i powoli składam fakty do kupy. Chce się oświadczyć?! Dlaczego, skoro rodzice zmusili go do tego ślubu? Wcale nie musi tego robić - Mam coś dla Ciebie - otwiera pudełeczko, a moim oczom ukazuje się pierścionek. Przysięgam, nigdy nie widziałam nic piękniejszego - Wyjdziesz za mnie?
- T-tak - jąkam się, bo naprawdę mnie zaskoczył. Wyjmuje pierścionek, wsuwa go na mój palec i co dziwne, pasuje wręcz idealnie - Jest piękny, musiałeś wydać na niego majątek. Niepotrzebnie, Justin.
- O to się nie martw. Cieszę się, że Ci się spodobał. Wybierałem go długo, ale nie znam Twojego gustu.
- Trafiłeś idealnie - uśmiecham się lekko, pochylam się i cmokam go w usta. Sama jestem zaskoczona swoim zachowaniem, ale nie znałam go od tej strony. Ba! Przecież znam go raptem tydzień! - Dziękuję.
- Nie za co, Skarbie - odsuwa się, ponownie uzupełnia nasze kieliszki i pijemy za nasze życie.




Justin POV:
Dochodzi prawie trzecia rano, a my nadal świetnie się bawimy. Opróżniliśmy prawie dwie butelki szampana, Marisa jest już solidnie podpita i złapała świetny humor. Po tej nieśmiałej, grzecznej dziewczynce nie ma nawet śladu! Nie sądziłem, że się upije i zacznie szaleć na maksa. Kto by pomyślał.
- No chodź! - krzyczy wesoło, kręci biodrami w rytm muzyki i okręca się dookoła - Jest świetnie!
- Proszę, nie zrób sobie krzywdy - przewracam oczami, ona wystawia język i tańczy na stole. Gapię się na nią, ale miło popatrzeć na tę drugą wersję Marisy. Nie przejmuje się tym, czy dobrze robi czy źle. Jej włosy są lekko rozwiane, makijaż odrobinę rozmazany, a ona i tak ma to w nosie. Świetnie się bawi i to mnie cieszy. Powinna nieco wyluzować, bo ostatnie dni to prawdziwy kocioł - Hej! - zrywam się na równe nogi, obejmuję ją w talii i przytrzymuję - Zaraz spadniesz i nabijesz sobie guza! Jesteś pijana, masz słabą głowę.
- Kto by się tym przejmował - zarzuca dłonie na moją szyję i seksownie oblizuje usta - Siadaj.
- C-co robisz? - popycha mnie z powrotem na kanapę i posyła mi zadziorny uśmieszek. Marszczę brwi, ale nie rozumiem, co ona kombinuje. Orientuję się sekundę później, kiedy powoli, seksownie, poruszając przy tym biodrami, pozbywa się swojej krótkiej spódnicy. Orzesz w mordę! - Marisa, to idzie w złym kierunku.
- Ciii - przykłada palec do ust, przygryza opuszek i patrzy wprost na mnie. Nawet nie mrugam, gapię się na nią jak zahipnotyzowany, ale takiej jej jeszcze nie widziałem! Alkohol dodał jej takiej odwagi i zmienił w diablicę? Co za dziewczyna! - Idę do Ciebie - robi jeden, niewielki krok, podaję jej dłoń i ląduje na moich kolanach - Cześć - szepcze wprost w moje usta i wsuwa palce w moje włosy. Na dodatek zaczyna poruszać biodrami, ocierać się o mnie, a to działa na mnie jak diabli. Przytulam ją do siebie mocniej, układam dłonie na jej pupie i ściskam zachłannie. Cichutki jęk ucieka z jej ust, a to balsam na moje uszy. Jezu! Mam ogromną ochotę ją przelecieć - Wiem, co chodzi Ci po głowie, Skarbie - pociera nosem o mój i dociska się do mnie mocniej. Jak mam się powstrzymać, skoro sama mnie kusi i na dodatek siedzi na mnie pół naga?
- Mówiłaś, że nie jesteś gotowa na więcej. Dlaczego więc siedzisz na mnie i ocierasz się o mojego kutasa?
- Och, tak podniecająco brzmi to w Twoich ustach - co?! Świetnie, nie tego się spodziewałem - Chcę Cię.
- Poważnie, Kwiatuszku? - prycham pod nosem, unoszę się razem z nią i wchodzę do domu. Nie tracę czasu na dojście do sypialni, otwieram drzwi do jednego z pokoi na dole i rzucam ją na łóżko - Skoro tego właśnie chcesz, będziesz to miała - mrugam do niej zadziornie, jednym ruchem zsuwam z niej majki i górę. Przełykam ślinę, ale jest kurewsko piękna! - Zabawmy się - pochylam się nad nią i całuję zachłannie. 






****************************
Hello!
Odzwyczaiłam się pisać notek i proszę! Zapomniałam o życzeniach :P
Oczywiście życzę wam wszystkim Wesołych Świąt, pyszczusie moje kochane ♥




18.12.16

Rozdział 6


Justin POV:
Wyprowadzam Lunę przed dom i odwracam w swoją stronę. Jestem wściekły i mam chęć ją zamordować!
- Jakim prawem wchodzisz do mojego domu jak do siebie, huh?! Od tego jest dzwonek, nie zauważyłaś go?
- Och, poważnie?! Nie raz tutaj bywałam i wcześniej nigdy nie narzekałeś! Kim jest ta dziewczyna?
- To skomplikowane, Luna. Po prostu... - zacinam się, ale i tak muszę powiedzieć prawdę. Przecież nie będę mógł się z nią spotykać, chociaż bardzo chcę! - To Marisa. W przyszły weekend bierzemy ślub.
- Ś-ślub? - patrzy na mnie zszokowana i uchyla usta. Wszystko się spieprzyło - Jak to ślub, Justin? A my?
- Wybacz, nie mam wyjścia, Luna! Rodzice mnie do tego zmusili, bo według nich muszę się kurwa ustatkować! Wybrali Marisę, bo pochodzi z dobrego domu, jest ułożona i grzeczna. Już nie ma... nas.
- Mówisz poważnie? - pyta cicho i widzę coś dziwnego w jej oczach. Rozczarowanie i żal - Tak po prostu?
- Tak po prostu, wybacz. Muszę to zrobić, muszę być wierny! Bardzo Cię lubię, ale to musi się skończyć.
- Ale my... jeszcze wczoraj, przecież... - zacina się i nerwowo oblizuje usta - Wykorzystałeś mnie, tak?
- Nie, skąd! Pragnąłem Cię - przysuwam się do niej, biorę w dłonie jej głowę i pocieram nosem o nos Luny. Spędziliśmy razem mnóstwo czasu i zawsze świetnie się bawiliśmy. To rozrywkowa dziewczyna i zawsze była na skinienie mojego palca. Jest śliczna, urocza i słodka. Jednak nasza przygoda musi dobiec końca, bo granie na dwa fronty może się dla mnie źle skończyć. Ojciec urwałby mi jaja! - Musisz już iść, Skarbie.
- Nie chcę, żeby to się kończyło, Justin. Przecież wiesz, że zależy mi na Tobie, prawda? Zostań ze mną!
- Gdybym mógł, zrobiłbym to. Jednak chcąc nie chcąc, muszę podporządkować się ojcu. Tego właśnie chce.
- Więc możesz ożenić się ze mną! - och, Skarbie! Rodzice dostaliby zawału - W czym jest problem?
- To oni wybrali dla mnie Marisę, to ich decyzja. Nie mam nic do gadania, nie mogę tego zmienić, Luna.
- To popieprzone! Masz dwadzieścia cztery lata, Justin! Jak rodzice mogą wybierać Ci żonę, huh?
- Mogą, bo postawili mi pewne warunki. Możesz tego nie zrozumieć, słodziutka - cmokam ją w usta, ale nie mam zamiaru tłumaczyć całej sprawy. Przeklęłaby mnie i nazwała pieprzonym leniem, bo jestem wygodny i chcę korzystać z majątku ojca. Ma forsy pod dostatkiem, jak mógłbym harować za marne grosze i zrezygnować z jego pieniędzy? Nawet za cenę tego ślubu - Może kiedyś jeszcze się spotkamy, ale nie możesz już tutaj przychodzić. Diego odwiezie Cię do domu. Bądź dzielna - głaszczę jej policzki, całuję w czoło i przywołuję mojego szofera. Pakuję Lunę do samochodu, zamykam drzwi i oddycham z ulgą. Musiałem spławić dziewczynę, nie mogę tak żyć! Szarpię za włosy, bo dociera do mnie powaga sytuacji. Koniec z pieprzeniem panienek, dobrą zabawą i szlajaniem się po klubach do samego rana. Muszę zamienić to na porządne życie u boku żony, pracę i wracanie do domu o danej godzinie. Jak długo będę w stanie tak wytrzymać, zanim wpadnę w szał i rozpieprzę wszystko dookoła? Marisa jest w porządku, ale nie kocham jej! Jest dobrą dupą, mogę ją pieprzyć, ale żyć z nią pod jednym dachem? Słuchać marudzenia, narzekania, pretensji i znosić humorki przed-okesowe? No kurwa! Przecież to nie jestem ja! - Niech to szlag! - kopię mały kamyczek, wzdycham ciężko i wchodzę do domu. Muszę się uspokoić, chociaż będzie to niezmiernie trudne - Jestem - wchodzę do salonu, Marisa stoi przy oknie i patrzy na basen na tyłach domu - Chcesz drinka? - kiwa przecząco głową, więc nalewam do jednej szklaneczki trochę whisky i dodaję lodu.
- Kim była ta dziewczyna, Justin? - pyta cicho, ale nie odwraca się w moją stronę - Chcę to wiedzieć.
- Po co? - wzruszam ramionami i podchodzę do niej - Jakie to ma znaczenie, skoro już jej nie ma, hmm?
- To Twoja dziewczyna? - przekręca się w moją stronę i unosi głowę, aby spojrzeć mi w oczy. Zaprzeczam, a Marsia uśmiecha się lekko - Naprawdę? Wasze pożegnanie wyglądało naprawdę na czułe - kurwa, widziała nas?! Zajebiście! - Jeśli chcesz ją zatrzymać, powiedz mi to. Na pewno ten ślub da się jeszcze okręcić.

- Nic nie będziemy odkręcać, jasne? - burczę wkurzony, a ona marszczy brwi - Luna to moja dobra znajoma, okej? Nie łączyło nas nic więcej, oprócz dobrego seksu. Właśnie zerwałem naszą znajomość, bo się żenię.
- Zapamiętaj, że jeśli będziesz mnie zdradzał na pewno z Tobą nie będę. Nie chcę być tą drugą.
- Jeśli będziesz mi dawać, nie zdradzę Cię - Marisa uchyla usta w szoku i patrzy na mnie z niedowierzaniem - No, co? Jestem szczery, okej? Potrzebuję seksu, bo jestem facetem. A żona chyba daje mężowi, prawda?
- Jesteś dupkiem, Justin - prycha ze złością, bierze torebkę z kanapy i kieruje się do wyjścia z domu.
- Hej! Co Ty wyprawiasz?! Wracaj! - odkładam szklankę i biegnę za nią. Doganiam ją na podjeździe, chociaż dumnie idzie przed siebie i ma mnie w dupie - Marisa, do cholery! O co Ci chodzi?! Co ja znowu takiego powiedziałem?! - krzyczę za nią, ale mam tego dość! Przyśpieszam, doganiam ją i odwracam w swoją stronę, aż włosy uderzają ją w twarz - Możesz łaskawie wyjaśnić, co odpierdalasz?! Nie zachowuj się tak.
- Puszczaj mnie! - wyrywa się i posłusznie uwalniam ją z uścisku - Sam odpowiedz sobie na pytanie, cóż takiego powiedziałeś! - wrzeszczy, aż mam ochotę zasłonić sobie uszy! Auć, ależ ona ma charakterek! - Traktujesz mnie jak dziwkę, nie widzisz tego?! Dobierasz się do mnie, obmacujesz i oczekujesz, że będę Ci dawać! Jak to brzmi, co?! - gapię się na nią, ale nadal nie rozumiem. Widzi to, bo teatralnie przewraca oczami - Naucz się mnie szanować, potem możemy poruszyć temat ślubu - odwraca się i po prostu odchodzi.




Marisa POV:
Po czterdziestu minutach docieram do domu. Jestem potwornie wściekła i lepiej, żeby nikt nie wchodził mi w drogę. Na szczęście rodziców nie ma, z czego niezmiernie się cieszę. Od razu biegnę na górę, zrzucam ubrania i wchodzę pod prysznic. Rozluźniam napięte mięśnie i próbuję nie myśleć o tym dupku. Niestety marnie mi idzie i ponownie się złoszczę. Nie pozwolę, żeby Justin odzywał się do mnie w ten sposób i traktował jak rzecz, która ma spełniać jego seksualne zachcianki. Jeśli oczekuje ode mnie tylko tego, niech wraca do swojej seks-koleżanki. Na pewno chętnie się nim zajmowała, skoro tak trudno było mu się z nią pożegnać. Zostawił mnie w domu, aby móc ją pocałować na zewnątrz. Nie kocham go, ale poczułam coś dziwnego w brzuchu. Nie chcę być dla niego zabawką, chcę, żeby mnie szanował. Sean nie zawsze to robił, teraz ma być tak samo? W życiu! Nie dopuszczę do tego po raz kolejny.


W piątek budzę się kilka minut po ósmej rano. Nie mogę spać, podnoszę się z łóżka i przebieram w czarne spodnie, top i zakładam na nogi adidasy. Biorę telefon, słuchawki i idę pobiegać. Wciąż jestem nabuzowana po wczorajszej rozmowie z Justinem i nie odezwałam się do niego słowem! Wydzwaniał, napisał kilka wiadomości, ale olałam to. Niech sobie nie myśli, że naprawi wszystko krótkim: "przepraszam". Słowa mają wielką moc i mogą bardzo zranić. Musi nauczyć się, jak dobrze traktować kobietę. Nie jestem jak te dziewczyny, z którymi spotykał się do tej pory. Widoczne miał je gdzieś, skoro zależało mu tylko na seksie. Ze mną jest inaczej, przecież będziemy pieprzonym małżeństwem! Nie może się tak zachowywać, ponieważ mnie rani. Znamy się zbyt krótko, co zaczyna mnie poważnie przerażać. Za osiem dni nasz ślub i mam pewność, że to zdecydowanie za szybko! Nie jestem na to gotowa teraz i nie będę gotowa za osiem dni.

Wracam do domu przez park, jestem spocona, jest mi potwornie gorąco i żałuję, że nie wzięłam niczego do picia. Jednak od domu dzieli mnie zaledwie kilka kroków i pragnę się w nim znaleźć jak najszybciej.
- Marisa! - przez muzykę przebija się głos, który od razu rozpoznaję. Zatrzymuję się, odwracam za siebie i natychmiast tego żałuję. Przede mną stoi Sean, wyjmuje słuchawki z moich uszu i uśmiecha się uroczo - Cześć, Kochanie - przytula mnie do siebie, całuje w głowę i głaszcze po plecach - Uwielbiam Cię w takim wydaniu, wiesz? - szepcze wprost do mojego ucha i chociaż wygląda na spokojnego, spinam się - Pamiętasz, jak doprowadziłem Cię do końca samymi palcami? Byłaś po treningu, spocona tak jak teraz - nie! Nie chcę tego słuchać! - Wróć do mnie. Bardzo za Tobą tęsknię - odsuwa się i wpatruje we mnie jak w obrazek.
- N-nie mogę - jąkam się, a serce chce wyskoczyć mi gardłem - Nic nie mogę na to poradzić, przepraszam.
- Nie możesz, czy nie chcesz? - przechyla głowę i patrzy na mnie podejrzanie - Dawniej broniłaś naszego związku jak lwica. Jestem zaskoczony tym, jak szybko zmieniłaś zdanie. Nie kochasz mnie już?
- Nie wiem - oddycham głęboko i schylam głowę - Nie jestem pewna, czy w ogóle Cię kochałam, Sean.
- Ach, więc tylko Ci się wydawało, tak? - prycha wkurzony i ściska palce na moich ramionach - Odpowiedz.
- Jestem młoda, byłam Tobą zachwycona! Ale po tej akcji, kiedy do Twojego klubu wpadła policja i zaczęła węszyć, zaczęłam się bać - podnoszę głowę i patrzę mu w oczy. Muszę mu to powiedzieć, teraz albo nigdy - Mogłam trafić do więzienia, ponieważ byłam Twoją dziewczyną. Twój klub jest wypchany prochami po brzegi, Sean, niby jak miałabym się z tego wyplątać, co? - przełykam ślinę, ale zaschło mi w gardle.
- Nie dopuściłbym, abyś wylądowała w kiciu, Skarbie. Ochroniłbym Cię za wszelką cenę. Wiesz o tym!
- Wiem! Ale moi rodzice nigdy nie zgodzą się na ten związek, rozumiesz? Nie zaakceptują Cię!
- Od kiedy obchodzi Cię ich zdanie, hmm? Zamieszkaj ze mną, pomogę Ci, będziemy mogli być razem.
- Naprawdę myślisz, że to takie proste? Kocham swoich rodziców, wiele im zawdzięczam. Nie zrobię tego.
- Więc wolisz wyjść za mąż, tak?! Kto to jest, Marisa?! Co to za frajer! - och! Nie mogę tego zdradzić!
- To grzeczny chłopiec, który ma wyprowadzić mnie na lepszą drogę. Twierdzą, że to dla mojego dobra.
- Nigdy w życiu nie słyszałem czegoś równie głupiego, wiesz? Zmuszają Cię do ślubu z obcym gościem?
- Właściwie to tak - zaciskam usta, ale widzę, że nie podoba mu się ten pomysł - Nie mam wyjścia.
- Zawsze jest wyjście! Musisz tylko tego chcieć, ale chyba podjęłaś już decyzję. Prawda? Wolisz jego?
- To nie o to chodzi, kogo wolę. Ojciec zagroził, że anuluje moją szkołę! Wiesz, że o niej marzyłam.
- Chrzanić go! Mam mnóstwo pieniędzy i opłacę Ci tę szkołę, Skarbie. To dla mnie pestka, Marisa.
- Wiem, ale nie wystarczy ją tylko opłacić. Trzeba również zabłysnąć dobrym nazwiskiem, Sean.
- Okej, pieprzyć szkołę! Po co Ci ona, huh? Ze mną niczego Ci przecież nie zabraknie, zaopiekuję się Tobą.
- Chcę się uczuć, chcę zostać projektantką - mówię smutno, ale on nic nie rozumie - To moje marzenie.
- Wkurwiasz mnie, Skarbie - zaciska szczękę i czuję, że zbliżamy się do końca - Nie podoba mi się to, w jakim kierunku podąża ta rozmowa. Chcę, żebyś się do mnie przeprowadziła, najlepiej jeszcze dzisiaj.
- Nie zrobię tego, wybacz - próbuję się odsunąć, jednak nie pozwala mi na to - Proszę, odpuść, Sean.

- Naprawdę tego chcesz? Spójrz mi w oczy i powiedz, że nigdy więcej nie chcesz mnie widzieć.
- Sean - moja warga zaczyna drżeć, ale nie chcę tutaj płakać. Odbierze to jako oznakę słabości, bo właśnie taki jest. Nigdy nie lubił, kiedy płakałam i wiem, że muszę to zakończyć raz na zawsze. Oddycham głęboko i patrzę mu w oczy - Nigdy więcej nie chcę Cię widzieć - przy ostatnim słowie lekko załamuje mi się głos.
- Powiedziałaś to - puszcza mnie i odsuwa się - Nie będę uganiał się za małolatą, która sama nie wie czego chce. Nie mam zamiaru robić z siebie kompletnego debila, jesteś smarkulą - spluwa, odwraca się i odchodzi.


Wieczorem do domu wracają rodzice. Czekam na nich w holu, witam się i chcę z nimi pogadać.
- Cześć - uśmiecham się, tata całuje mnie w czoło, mama w policzek i patrzą na mnie niepewnie - Możemy porozmawiać? - chrząkam, gestem dłoni zapraszam ich do salonu i siadamy na kanapie. Tata z mamą, ja naprzeciwko nich. Do dzieła! - Powiem szczerze, bez owijania w bawełnę. Nie jestem gotowa na ślub.

- Jak to nie jesteś gotowa? - mama marszczy czoło i spogląda na ojca zaskoczona - Co to za pomysł?
- Po prostu to wszystko idzie zdecydowanie za szybko! Znam Justina niecały tydzień, mamo! To wariactwo!
- Wiem, ale będziecie mieć mnóstwo czasu, aby poznać się po ślubie. Zamieszkacie razem, będzie wam łatwiej. Nie martw się o nic, córeczko. Zawsze Ci pomożemy. Możesz na nas liczyć i nie bój się.
- Dlaczego tak bardzo zależy wam, żeby ten ślub odbył się tak szybko? Nie może być za kilka miesięcy?
- Marisa, to nie podlega dyskusji - głos zabiera ojciec, ale brzmi ostro jak cholera - Pogódź się z tym.
- Pogodziłam się, tylko nie mogę zrozumieć, dlaczego ślub jest za tydzień. O co wam chodzi?
- Wiesz, o co! - tata podnosi głos, aż podskakuję - Nie możemy czekać, ponieważ nie mam pojęcia, co strzeli
Ci do głowy! Justin ma Cię ogarnąć, pilnować i nie dopuścić do tego, aby Sean się obok Ciebie kręcił.
- Ale jego nie ma już w moim życiu, tato. Rozmawiałam z nim dzisiaj, zerwaliśmy definitywnie.
- Co takiego?! Jak to z nim rozmawiałaś? Bez mojej wiedzy? To karygodne! - chodzi wkurzony i nerwowo przeczesuje włosy. Jezu, co się z nim dzieje? - Od dzisiaj będziesz miała ochroniarza - och, świetnie!
- Nie potrzebuję ochroniarza! Nic mi nie grozi, Sean nie będzie mnie już nękał. Proszę, wyluzuj, tato!
- Dałem Ci już wystarczająco dużo swobody, nie uważasz? Pochodzisz z dobrego domu, na poziomie, a co wyprawiałaś przez ostatnie trzy miesiące? - wymierza ze mnie palec, a ja czuję się jak idiotka. Naprawdę zauroczyłam się w Sean'ie i straciłam głowę! - Sąsiedzi spoglądali na nas jak na trędowatych, bo nasz córka wymykała się z domu po cichu i biegła do starszego faceta, który jest kryminalistą - chce mi się płakać, bo tata patrzy na mnie z pogardą - Nie tolerowałem Twojego zachowania, zakazałem Ci się z nim spotykać, dałem szlaban! Wszystko to miałaś w dupie, własnych rodziców również! Wstydziliśmy się za Ciebie. Masz dwadzieścia lat, dziewczyno! Czas dorosnąć i nie przynosić wstydu rodzinie! - jego słowa tną mnie na pół. Schylam głowę, łzy kapią po moich policzkach, ale jest mi potwornie przykro - Ślub odbędzie się za tydzień. Koniec rozmowy - spoglądam na mamę. Oddycha głęboko, zaciska usta i posłusznie wychodzi za ojcem. 



Justin POV:
Od rana dzwonię do Marisy, ale nie odebrała żadnego z moich telefonów. Nie widziałem jej od wczorajszej awantury i sam nie wiem, jak się z tym czuję. Ta dziewczyna solidnie gra mi na nerwach i już teraz pokazuje pazurki. Nigdy nie musiałem się przejmować humorkami, kapryszeniem i pretensjami, bo nigdy nie byłem z nikim związany. Niestety teraz moja sytuacja uległa zmianie, co doprowadza mnie do szału! Wcale nie mam ochoty uganiać się za Marisą, błagać i łasić się. Najchętniej olałbym ją w cholerę i poszedł się zabawić do klubu. A może to wcale nie jest taki głupi pomysł? Wzdycham, bo nie mogę tego zrobić.

Jadę do rodziców. Muszę obgadać z ojcem szczegóły mojej pracy. Jestem ciekawy, od kiedy mam zacząć.
- Synku! - do salonu wchodzi mama i uśmiecha się szeroko - Cieszę się, że nas odwiedziłeś. Co słychać?
- Wszystko w porządku, dziękuję. Przyjechałem porozmawiać z ojcem, pracuje dzisiaj w domu, tak?
- Jak zawsze w piątki, Skarbie. Czy coś się stało? - mama marszczy brwi i układa dłoń na moich plecach.
- Nie, wszystko jest w porządku. Po prostu chciałem pogadać o sprawach związanych z firmą.
- Witaj, synu - do salonu wchodzi ojciec i wita się ze mną męskim uściskiem dłoni - Cieszę się, że tak poważnie podszedłeś do całej sprawy - posyła mamie znaczący uśmiech, który mówi coś w stylu: "a nie mówiłem, że ten ślub to świetny pomysł?" - Zanim zaczniemy o pracy, powiedz, co słychać u Marisy?
- Pokłóciliśmy się wczoraj - kiedy tylko kończę mówić, mama głośno wciąga powietrze. Rany! Też mi coś.
- Pokłóciliście się? O co? Justin, przecież mieliście się poznawać, nie kłócić, synku! Musisz ją przeprosić.
- Ja?! - zrywam się na równe nogi i patrzę na nią z niedowierzaniem - Dlaczego ja? Nic nie zrobiłem.
- Jesteś tego pewny? Marisa to wrażliwa dziewczyna, cóż mogła takiego powiedzieć, co was skłóciło?
- Mogę to zatrzymać dla siebie? Jesteśmy dorośli i załatwimy to między sobą - przewracam oczami, ale rodzice wpatrują się we mnie jak w obrazek. Doskonale wiem, że wdepnąłem w gówno i łatwo się z niego nie wygrzebię - Okej! Zeszliśmy na temat seksu i się wkurzyła. Jest taką cnotką, że pewnie nigdy mi nie da.
- Justin! - mama podnosi głos i kręci głową zdegustowana - Jak mogłeś się tak zachować! To nieodpowiednie.
- Poważnie? Dlaczego tak uważasz? Jestem tylko facetem, będzie moją żoną i seks to normalna sprawa.
- Owszem, ale trzeba mieć do tego odpowiednie podejście. Musisz być bardziej taktowny, nie wulgarny.
- Pamiętaj, synu - ojciec zaczyna i patrzy na mnie groźnie - Ta kobieta będzie Twoją żoną, nie chcę słyszeć, że mimo tego szlajasz się po klubach i pieprzysz te wszystkie dziwki. Czy to jasne? - świetnie! Wiedziałem, że do tego dojdzie - Jeśli jednak to zrobisz, musisz wiedzieć, że natychmiast odetnę Cię od wszystkich pieniędzy, sprzedam Twój dom i zostaniesz z niczym - chyba sobie kurwa żartuje! - Żadnych zdrad.
Zwijam dłonie w pięści, mój oddech przyśpiesza, płonę ze złości i mam ochotę wszystko rozpierdolić! Prycham ze złością, nawet się z nimi nie żegnam i opuszczam dom. Mam tego serdecznie dość!




11.12.16

Rozdział 5


Justin POV:

Przed dwudziestą, meldujemy się w Gun Club. Wysiadam z samochodu, obchodzę go i otwieram drzwi od strony Marisy. Kulturalnie podaję jej dłoń, obdarza mnie uroczym uśmiechem i chwyta ją pewnie. Kiedy wysiada, obejmuję ją w talii i prowadzę do wejścia. Jest środek tygodnia, ale ludziom to nie przeszkadza, bo jest ich dzisiaj całkiem sporo. Ja również potrzebuję drinka i nieco rozluźnienia, chociaż Luna się mną zajęła. Ta dziewczyna potrafi wyczyniać cuda ustami i długo nie mogłem dojść do siebie po orgazmie.
- Hugo już na nas czeka - skręcamy w prawo i docieramy do loży, którą zawsze zajmujemy z przyjacielem. Odpicowany w czarną koszulę i czarne spodnie, prezentuje się naprawdę świetnie. Cały on! - Cześć, bracie! - witam się z nim męskim uściskiem dłoni i klepnięciem po plecach - To Marisa, moja przyszła żona. Mariso, to mój przyjaciel od dziecka. Jeśli palnie coś głupiego, nie przejmuj się. Czasami mu się to zdarza.
- Och, przestań frajerze! - uderza mnie w bok, a Marisa chichocze - Witaj, Mariso. Miło Cię poznać.
- Ciebie również - ściskają sobie dłonie, ale widzę spojrzenie mojego przyjaciela. Podoba mu się!
- Usiądźmy - wskazuję na wygodną, czarną sofę i zajmuję miejsce obok dziewczyny - Czego się napijesz?

- Może być Mojito. Zacznę od czegoś łagodnego, co bardzo lubię - okej, muszę to koniecznie zapamiętać.
- Jasne, Skarbie. A Ty, stary? - wskazuje na pustką szklaneczkę z whisky i wiem wszystko - Robi się! Zaraz wracam - idę do baru i składam zamówienie. Barman dobrze mnie zna, gawędzę z nim chwilę i wracam do Marisy i Hugo. Rozmawiają zawzięcie, a moja dziewczyna nawet się uśmiecha. To ciekawe! - Jaki jest temat rozmowy? Wtajemniczycie mnie? - stawiam przed nimi drinki i sam upijam łyk pysznej whisky z lodem.
- Właściwie to ostrzegam Marisę przez tym, że jesteś wiecznie napalony i lubisz dobrą zabawę.
- C-co? - prawie krztuszę się drinkiem, ale Hugo wcale mi nie pomaga! - Hej, skończyłem z tym!
- Tylko żartowałem, wyluzuj! - śmieje się ze mnie i Marisa idzie w jego ślady - Za nowe życie!
- Tsa - stukamy się szklaneczkami i wznosimy toast - Więc? Jak tam Twoja Rosalie, przyjacielu?
- Mamy ciche dni - och! To nowość - Wkurzyła się na mnie, musiałem wyjechać, a miała plany na cudowny weekend w Paryżu - wow, ostro! - Niestety nie miałem innego wyjścia, musiałem być na konferencji.
- Przejdzie jej, to w końcu Twoja praca, nie? - mrugam do niego, ale sam będę musiał do tego przywyknąć.
- Szkoda tylko, że Rosalie tego nie rozumie. Mam nadzieję, że Marisa będzie bardziej wyrozumiała.
- Jasne - zsuwa z ramion marynarkę, a ja prawie dostaję zawału. Wygląda dzisiaj obłędnie, chociaż jej bluzko-stanik, czy co to tam jest, wcale mi się nie podoba. Przyciąga uwagę innych mężczyzn - Praca jest ważna i skoro wyjazd to konieczność, nie będę się w to mieszać. Porozmawiaj z Rosalie i wytłumacz jej to.
- Tak, chyba będę musiał to zrobić. Ale nie psujmy sobie tym humoru, jak idą przygotowana do ślubu?
- Pełną parą! Mama Justina zajęła się wszystkim i sprawuje nad tym kontrolę. Dzisiaj wybrałam suknię.
- Właśnie! Zapomniałem o tym, ale chyba zostaniesz moim drużbą, prawda? To oczywista oczywistość!
- Już myślałem, że nigdy o to nie zapytasz - Hugo przewraca oczami i kręci głową rozbawiony - Jasne!
- Cieszę się. Za cholerę nie wyobrażam sobie nikogo innego w tej roli. W końcu znamy się od pieluch.
- Tylko spróbowałbyś mnie kimś zastąpić! Gwarantuję, że skopałbym Ci dupę i nie myśl, że żartuję.
- Wiem na co się stać, już nie raz mnie pokonałeś! A jesteś młodszy o całe cztery miesiące, szczylu!
- Jesteście tacy zabawni - Marisa spogląda raz na mnie, raz na Hugo i uśmiecha się szeroko.
- Zabawni, tak? - przysuwam się i muskam ustami jej ucho. Czuję, jak się spina i nie kumam tego.
- Zaraz wracam - Hugo posyła mi znaczący uśmieszek, kiwa głową i zostawia nas samych.
- Justin, proszę - przytula ramię do policzka i niewinnie na mnie spogląda - Musisz poczekać.
- Wcale nie chcę czekać. Jesteś niesamowicie seksowna, a Twój strój działa na mnie jak cholera!
- To tylko spodenki i krótki top, nic wielkiego - och, serio?! - Obiecałeś, że poczekamy. Pamiętasz?
- Nie? Naprawdę coś takiego obiecałem? - marszczę brwi i bardzo staram się sobie to przypomnieć.
- Może nie obiecałeś, ale powiedziałeś coś w stylu: "nie ma sprawy", a to brzmi jak obietnica.
- Poważnie? Jak dla mnie brzmi to jak: "nie ma sprawy", a z obietnicą nie ma nic wspólnego.
- Po prostu bądź grzeczny, dobrze? Nie zapominaj, że znamy się zaledwie trzy dni. To jest nic.
- Nie zapominaj, że za dziesięć dni będziesz moją żoną. Wtedy też będziemy się znać ledwo co.
- Wiem - schyla głowę i nagle smutnieje. Niech to szlag! Dlaczego nie mogę się zamknąć?
- Hej, głowa do góry, tak? - podnoszę ją palcami i patrzę w jej śliczne oczy - Nie smuć się, dobrze?
- Masz rację, jesteśmy przecież w klubie, nie? - bierze się w garść, upija łyk drinka i oblizuje usta.

Cały wieczór mija w zajebistej atmosferze. Sporo wypiliśmy, nasze humory od razu się poprawiły i nie było czasu na smutki. Marisa złapała świetny kontakt z Hugo, co bardzo mnie cieszyło. W końcu miała być moją żoną, więc pozna wszystkich moich znajomych. Zapewne będą w szoku, że ktoś taki jak ja bierze ślub.



Marisa POV:
Czwartek budzi mnie lekkim kacem. Przecieram oczy, ziewam leniwie i przeciągam się. Przypominam sobie wczorajszy wieczór i uśmiecham się do siebie. Ku mojemu zaskoczeniu, było naprawdę bardzo fajnie i miło. Hugo to świetny gość i wspaniały przyjaciel. Zazdroszczę Justinowi, bo to niesamowita sprawa móc na kimś polegać, dzielić się radościami, smutkami i przeżywać sukcesy i porażki. Ja nie mam obok siebie nikogo bliskiego i zastanawiam się, któż miałby być moją druhną? Moje przyjaciółki olały mnie, z kuzynkami mam słaby kontakt, a rola druhny jest przecież bardzo ważna. Wzdycham rozczarowana, ale ten fakt mnie smuci. 


Biorę prysznic, robię lekki makijaż i upinam włosy w koka. Zakładam zwykłe krótkie spodenki, białą bokserkę i schodzę na dół. W kuchni zastaję mamę, co bardzo mnie dziwi. Zawsze o tej godzinie jest w pracy.
- Hej, mamo - cmokam ją w policzek, podchodzę do ekspresu i robię kawę - Dlaczego nie jesteś w pracy?
- Och, zapomniałaś? Przecież dzisiaj jedziemy obejrzeć salę na wesele. Za pół godziny wychodzimy.
- Muszę tam jechać? - burczę pod nosem, a mama piorunuje mnie wzorkiem - No, co? To tylko sala.
- Nie bądź kapryśna, Marisa! Mary naprawdę się stara i staje na głowie, aby to był piękny ślub.
- Wiem, ufam jej. Na pewno wybrała cudowną salę i będę z niej zadowolona. Po co jestem tam potrzebna?
- Po to, żeby ją zatwierdzić? Jedno Twoje słowo, a Mary zmieni miejsce. Musisz ją zobaczyć.
- W porządku - otwieram lodówkę i przewracam oczami, aby mama nie widziała - Umieram z głodu!
- Więc jedz szybko i przygotuj się. Nie mamy zbyt dużo czasu - wzdycham, ale najchętniej zostałabym w domu i leniuchowała przez cały dzień. Ten cały ślub idzie zdecydowanie za szybko. Ledwo się o tym dowiedziałam, znam Justina zaledwie czwarty dzień, a ślub za dziewięć dni. Czy to są jakieś żarty? - Marisa? Gapisz się w ścianę, dziecko! - mama karci mnie i sprowadza na ziemię. Wznosi oczy ku niebu, jakby miała mnie serdecznie dość. Cóż, może faktycznie ma? - Och, ktoś dzwoni do drzwi. Któż to? - upija łyczek kawy ze swojej ulubionej filiżanki i idzie otworzyć. Wkładam dwie kromki do tostera i otwieram słoiczek z masłem orzechowym. Nabieram trochę na łyżeczkę, słodzę kawę i czekam na jedzenie - Co Ty tutaj robisz?! - słyszę nagle  podniesiony, wściekły głos matki i natychmiast się spinam - Jak śmiesz przychodzić do naszego domu,  kryminalisto?! - o boże, Sean?! Rzucam łyżeczkę, wybiegam z kuchni i pojawiam się holu. Mama zabija Sean'a spojrzeniem, ale on patrzy prosto na mnie i zaciska dłonie w pięści - Wynoś się albo wezmę policję! Nigdy więcej tutaj nie przychodź i nie zbliżaj się do naszej córki! Rozumiesz?! Nie powtórzę tego więcej.
- Tak się składa, że wasza córka jest moją dziewczyną, paniusiu! Mogę ją widzieć, kiedy tylko chcę!
- Tak się składa, że nasza córka wychodzi za mąż! - o.kurwa.mać! Zaciskam usta, Sean marszczy brwi i nie spuszcza ze mnie wzorku. Jest zszokowany, ale z pewnością nie tego się spodziewał. Nie jest dobrze!

- Co ona właśnie powiedziała, Kochanie? - pyta, mija matkę i podchodzi do mnie. Nie wiem, dlaczego, ale mam ochotę się cofnąć. Jest wkurwiony na maksa i zaczynam się go bać. Nigdy nie zrobił mi krzywdy, jednak potrafił solidnie przerazić - Zechcesz wyjaśnić swojemu chłopakowi to, co się tutaj wyprawia?
- Ona nic nie będzie Ci wyjaśniać! - mama nie daje za wygraną i podchodzi do nas - Zostaw Marisę w spokoju! Dobrze wiesz, że nie dopuścimy do tego, abyś zniszczył jej życie! Niebawem będzie mężatką, urodzi dzieci - co kurwa?! - I będzie szczęśliwa. Zaakceptuj to, odejdź i nie wracaj tutaj. Inaczej pożałujesz.
- Uważaj na słowa! - krzyczy, aż podskakuję - Nie masz pojęcia, do kogo właśnie mówisz! Myślisz, że wolno Ci się do mnie odzywać w ten sposób?! Jestem kurwa panem tej dzielnicy i to Ty możesz pożałować!
- Sean! - staję między nim, a matką. Boję się go, ale muszę z nim porozmawiać - Proszę, nie odzywaj się do mojej mamy w ten sposób! Szanuj ją! - przewraca oczami, jakbym go nudziła - Zrozumiałam, że naprawdę nie możemy być razem - mówię ciszej, a Sean kręci głową. Wiem, że tak łatwo się z tym nie pogodzi - Byłam Tobą zauroczona, światem, w którym się obracasz również. Ale mam tylko dwadzieścia lat i boję się, że pewnego dnia wpakujemy się wszyscy do więzienia - zaciska usta, chociaż mam rację. Sean robi cholernie niebezpieczne rzeczy, a ja nie chcę brać w tym udziału. Jestem zaskoczona faktem, że dopiero teraz przejrzałam na oczy. Czy to Justin mi je otworzył? Jeśli tak, powinnam mu podziękować - Proszę, odpuść.
- Naprawdę sądzisz, że to zrobię? - chwyta moje ramiona i przyciąga do siebie. Cichy jęk ucieka z moich ust, ale wkłada w uścisk mnóstwo siły - Wiele razy powtarzałaś, jak bardzo mnie kochasz! Co się z tym stało, huh?! Przeszło Ci?! - potrząsa mną jak szmacianą lalką, a z moich oczu wypływają łzy. W takim stanie jeszcze go nie widziałam - Należysz do mnie, Kochanie i oboje dobrze o tym wiemy. Wybrałem Ciebie, zdobyłem i walczyłem z Twoimi rodzicami. Naprawdę każesz mi teraz odpuścić? Pojebało Cię?!
- Odsuń się od niej! - nagle dobiega mnie dobrze znany głos ochroniarza, który pracuje dla nas od dobrych dziesięciu lat - Zostaw ją, albo strzelę - och! Przekręcam głowę i dostrzegam pistolet w jego dłoniach. Zastanawiam się, czy jest prawdziwy - Liczę do trzech, nie chcesz poczuć mocy tego gnata, kolego.
- Pierdol się! - Sean spluwa i obrzuca go nienawistnym spojrzeniem. Jednak kiedy nasze oczy znowu się spotykają, widzę w nich coś dziwnego. Nie smutek, żal, ale wręcz mord - Nie powinnaś była ze mną zadzierać, złotko - prycha wkurzony, puszcza mnie, poprawia skórzaną kurtkę i bez słowa opuszcza dom.
- Marisa! - mama podchodzi, przytula mnie do siebie i głaszcze po plecach - Już wszystko dobrze, Skarbie.


Mimo wydarzeń w naszym domu, jedziemy na spotkanie z Mary. Mama stwierdziła, że dobrze mi to zrobi, ale nie jestem tego taka pewna. Wciąż widzę przepełniony złością wzrok Sean'a, czuję jego mocny uścisk na ramionach i słyszę słowa, które mnie wręcz paraliżują. Jednak teraz wiem, że dobrze zrobiłam. Dociera do mnie, że ten człowiek jest niebezpieczny i może mnie skrzywdzić. Przecież robi czarne interesy, sprzedaje broń, narkotyki i ma własny klub ze striptizem, który jest ich bazą. Jak mogłam być aż tak głupia?
- To tutaj - mama parkuje na żwirowym podjeździe i gasi silnik. Rozglądam się, ale nie wiele tutaj jest. Tylko ogromny pałac, fontanna na środku i las. Cudnie! - Chodźmy, Mary już czeka. Proszę, rozchmurz się.
- Wybacz - chrząkam, poprawiam bluzkę i człapię za mamą. Wcale nie mam ochoty na oglądanie sali i na jakiekolwiek towarzystwo. Wolałabym się zakopać pod kołdrą, bo mój nastrój jest na samym dnie. Niestety! Kiedy tylko wchodźmy do środka, w oczy rzuca mi się mama Justina, Meggie oraz sam Justin! Witam się z Mary, młodą i podchodzę do chłopaka - Hej - staję na palcach i nieśmiało cmokam go w policzek.
- Hej, Skarbie - przyciąga mnie do siebie i namiętnie całuje w usta. Jestem trochę zaskoczona jego zachowaniem, ale kiedy się od niego odklejam widzę spojrzenia naszych mam. Są wręcz zachwycone i szepczą coś do siebie - Jak się masz, maleńka? - odsuwa kosmyk moich włosów i głaszcze czule po policzku.
- Dobrze - szepcze cicho i zamykam oczy. Jestem rozbita, ale nie mogę dać tego po sobie poznać.
- Wyglądasz na zmęczoną, masz kaca? - kręcę przecząco głową i oddycham głęboko - Spójrz na mnie - jego głos się zmienia i brzmi dość poważnie. Uchylam powieki i spotykam jego oczy - Powiedz mi, co się dzieje.
- Wszystko jest w porządku, Justin. Chyba jestem po prostu zmęczona, ale nie chciałam zawieść Mary.
- Daj spokój! Przestań się do niej dostosowywać, okej? Jeśli nie masz na coś ochoty, nie musisz tego robić. Jasne? - przewracam oczami. Żeby to było takie proste! - Obejrzymy salę i zmywajmy się stąd - obejmuje mnie ramieniem i prowadzi przed siebie. Rozglądam się z zachwytem, to miejsce jest przepiękne! Wzruszenie chwyta mnie za serce, bo za kilka dni będziemy się tutaj bawić. To brzmi wręcz niewiarygodnie! - Podoba Ci się, czy wolisz coś innego? Masz powiedzieć prawdę, Marisa! Dobrze? Nie ściemniaj, wal śmiało.
- Jest cudownie, Justin - uśmiecham się szeroko i patrzę na niego - To wymarzone miejsce na wesele.
- Cieszę się. Szczerze powiedziawszy, właśnie na to liczyłem. Nie chciało mi się szukać niczego więcej.
- Dupek! - uderzam go w ramię i prycham rozbawiona - Masz szczęście, bo ta sala to bajka!
- O to chodziło, Marisa. Skoro już bierzemy ślub, musi być wyjątkowy. Właśnie dla Ciebie.
- Dziękuję. To miłe, że tak uważasz. Myślałam, że podpiszemy papierek i będzie po wszystkim.
- O nie! Na pewno nie z moimi rodzicami. Nigdy nie odpuściliby sobie wesela, muszą się pochwalić.
- Wiesz, mi zdecydowanie wystarczyłby cichy ślub tylko w gronie rodziny. Nic tak głośnego i dużego.
- Zgadzam się z Tobą, ale niestety moi rodzice są straszni! Na dodatek wciągnęli w to Twoich i koniec.
- Moja mama dostaje świra - przewracam oczami i spoglądam na nią - Zupełnie, jakby to ona brała ślub.
- Przejdziemy przez to i będziemy mieć z głowy. A potem będziemy mogli skupić się na nocy poślubnej.
- O boże! Jesteś okropny! - odsuwam się od niego i wystawiam środkowy palec - Jesteś napaleńcem!
- Dziwisz się? Będę miał piękną żonę - porusza brwiami, jednym ruchem przerzuca mnie przez ramię, aż piszczę. Pewnie nasze mamy patrzą na nas jak na debili, ale Justin się tym nie przejmuje i wychodzi z sali.


Ku mojemu zaskoczeniu, Justin zabiera mnie do swojego domu! Jestem w szoku, bo kompletnie się tego nie spodziewałam! Jednak kiedy tylko wysiadam z samochodu, moja szczęka spotyka się z ziemią. Wow! Ma naprawdę przepiękny dom! Duży, ciemny, z ogrodem i ogromnymi oknami. Mieszka tutaj całkiem sam?
- Mam nadzieję, że zamieszasz ze mną po ślubie. Co Ty na to? - pyta i otwiera dla mnie drzwi domu.
- Cóż, chyba wypada to zrobić, czyż nie? Przecież nie będziemy małżeństwem na odległość, prawda?
- Prawda. To byłoby bez sensu - uśmiecha się i prowadzi mnie do salonu - Oprowadzę Cię - chwyta moją dłoń i po kolei pokazuje pomieszczenia. Przepiękną kuchnię, pokój gier, sypialnię, łazienki i każdy pokój, a jest ich tutaj od cholery! - Jeśli będziesz chciała coś zmienić, nie ma sprawy. Możesz działać, Skarbie.
- To nie będzie konieczne. Wszystko jest piękne, idealne i dopasowane. Nic nie trzeba zmieniać.
- Justin?! - nagle naszą rozmowę przerywa piskliwy, kobiecy głos. Marszczę czoło, wpatruję się w Justina, ale widzę w jego oczach przerażenie. Cholera, o co chodzi? - Och, jesteś! - do salonu wchodzi urocza brunetka i uśmiecha się szeroko. Jednak kiedy nasze oczy się spotykają, przystaje zaskoczona - Kto to jest?
- Nie Twoja sprawa - burczy wkurzony i przeczesuje włosy - Zaraz wracam - podchodzi do dziewczyny, chwyta ją pod ramię i wychodzą. Jestem zdezorientowana i zastanawiam się, kim jest ów dziewczyna!







20.11.16

Rozdział 4


Marisa POV:

We wtorek budzę się wcześnie. Przeciągam się leniwie, a w mojej głowie pojawia się Justin. Mimowolnie uśmiecham się na myśl o nim, bo wczorajsza randka była świetna. Zabrał mnie do niesamowitej restauracji, zaopiekował się mną, traktował jak księżniczkę. To nowość dla mnie, bo Sean nigdy nie zrobił czegoś takiego. Smutno mi z tego powodu, bo jestem dziewczyną i chciałabym, aby mój mężczyzna zabrał mnie gdzieś i potraktował wyjątkowo. Mogłam o tym jednak zapomnieć, bo Sean to twardziel i nie w głowie mu takie ckliwe rzeczy. I gdybym miała ich do siebie porównać, zdecydowanie w tym starciu wygrywa Justin. Jestem zaskoczona własnym tokiem myślenia i zaczyna podobać mi się to, jaki stosunek ma do mnie Justin.
Czy tata miał rację i moja "miłość" do Sean'
a to faktycznie zwykłe zauroczenie? W tym momencie nawet za
nim nie tęsknię, a w moich myślach jest Justin. Cholera... nie spodziewałam się tego!


Dzisiaj czeka mnie wybór sukni ślubnej. Jestem trochę zdenerwowana, ale w przeszłości nigdy o tym nie myślałam, a teraz będę musiała się na coś zdecydować. Na dodatek na miejscu czeka na nas mama Justina
oraz jego siostra. Nie jestem pewna, czy to dobry pomysł. Jak nic przegłosują mnie i postawią na swoim!
- Marisa! - Mary, mama Justina ściska mnie i całuje w policzki - Jak zawsze wyglądasz przepięknie.
- Dziękuję, Pani również - uśmiecham się niepewnie i witam również z jego siostrą - Jaki mamy plan?
- Wybrać najpiękniejszą suknię ślubną na całym świecie! - Meggie klaszcze w dłonie i ciągnie mnie za sobą.
- Suknia musi być spora, ponieważ miejsce jest jak z bajki - słyszę głos Mary, która mówi do mojej mamy. Zupełnie tak, jakby mnie tutaj nie było. Co z tego, że to mój ślub? I tak mam mało do powiedzenia - Karen! Jak dobrze Cię widzieć! - mam ochotę przewrócić oczami, kiedy Mary przytula do siebie właścicielkę salonu. Wysoką, rudą, prześliczną kobietę - To moja przyszła synowa. Potrzebujemy coś naprawdę wyjątkowego.
- Możesz na mnie liczyć. Jestem pewna, że znajdziemy dla przyszłej Panny młodej prawdziwy skarb.


Tych "skarbów" okazało się być ponad trzydzieści! Po prawie czterech godzinach marudzenia, wybrzydzania, psioczenia i moich nerwów, poszukania wreszcie dobiegają końca. Nie widzę jednak zachwytu w oczach mojej przyszłej teściowej, a tym bardziej mamy. Jedynie Meggie pała entuzjazmem i nawija, że Justin padnie, kiedy mnie zobaczy. Uśmiecham się, ale tylko ona jedna jest po mojej stronie. Dobre i to!
- Nie jestem pewna czy Twój wybór był słuszny, Kochanie - mama nie daje za wygraną nawet w drodze powrotnej do domu. Jestem głodna, zmęczona, chce mi się pić, a ona wciąż nawija - Tam było mnóstwo piękniejszych sukien, wiesz? Mary również była bardzo niepocieszona Twoim wyborem, córeczko.
- Mamo! To jest mój ślub, czy wasz? - zaciskam dłonie na kierownicy, ale mam wielką ochotę wysiąść i pójść pieszo - Mam swój własny styl, tak? Wybrałam taką, która najbardziej mi się spodobała, pasowała do mojej figury i w której czułam się świetnie. Jestem pewna, że Justinowi spodoba się tak samo, jak mnie.
- Chyba nie masz zamiaru pokazać mu jej przed ślubem?! Przecież wiesz, że to przynosi pecha!
- Jezu, nie krzycz! Nie, nie mam zamiaru mu jej pokazać wcześniej. Nie przesadzaj z tym pechem.
- Zrobiłaś się ostatnio bardzo nerwowa, wiesz? Jest coś, o czym chciałabyś ze mną porozmawiać?
- Nie, mamo. Dziękuję za dobre chęci, ale nie chcę rozmawiać. Jestem po prostu zmęczona.
- Tak, trochę nam zeszło. Jutro pojedziemy obejrzeć salę, zakochasz się w niej. Jest cudowna!
- Właściwie dlaczego nikt nie zapytał mnie o to, jaki ślub chcę? Wolałabym coś skromnego, cichego.

- Rodzice Justina prowadzą firmę, która jest znana na całym świecie. Chcą, aby ślub ich syna był ogromnym wydarzeniem, Marisa. Musisz ich zrozumieć, ponieważ są rozpoznawalnymi ludźmi. Są bardzo zamożni.
- Och, no tak. Pieniądze - wzdycham wkurzona, ale nic więcej nie mówię. Mam serdecznie dość!



Justin POV:
W środę umawiam się z Hugo. Nie widzieliśmy się od sobotniego zebrania w firmie, ale wyjechał na konferencję do Las Vegas. Wrócił wczoraj wieczorem i jest do tyłu z nowościami w moim życiu.
- Sorry za spóźnienie - opada na krzesło i rozpina guzik marynarki - Te przeklęte korki mnie wykończą.
- Powinieneś się do tego przyzwyczaić. Mieszkasz tutaj całe życie - kręcę głową i nabijam się z niego.
- Wiem, ale to nie zmienia faktu, że korki to najbardziej wkurwiająca rzecz na świecie!
- Wyluzuj, napij się wody. Mam dla Ciebie taką wiadomość, że się posrasz ze zdziwienia, stary!
- O czym Ty mówisz? - upija łyk wody i wlepia we mnie spojrzenie - Tylko nie mów, że którąś zapyliłeś?
- Ochujałeś?! - wybucham śmiechem i przeczesuję włosy - Debil z Ciebie, Hugo. Za każdym razem mam głowę na karku i wiem, co to takiego gumka. Nie martw się o to - mrugam okiem i biorę oddech - Właściwie chodzi o kobietę - opieram łokcie na stole i widzę w jego oczach ogromną ciekawość - W skrócie: żenię się.
- Co się? - gapi się na mnie jakby zobaczył ducha, dosłownie! - Jaja sobie robisz? Ty? Bo uwierzę!
- Zapytaj mojego ojca, a wszystko Ci opowie. Wymyślił sobie z matką sposób na ustatkowanie mnie.
- Pierdolisz! Więc mówisz poważnie? - gapi się na mnie zszokowany i głośno wypuszcza powietrze - Nie ukrywam, wbiłeś mnie w ziemię, stary! Jakim cudem do tego doszło? Ty i ślub? To zupełnie nie Twoja liga.
- Zdaję sobie z tego sprawę, jednak ojciec naprawdę postawił mnie pod ścianą. Zażądał, abym się ożenił i założył rodzinę albo odetnie mnie od pieniędzy. Czaisz to?! - prycham wkurzony i chyba wciąż nie wierzę, że wymyślił coś takiego - Zagroziłem nawet, że mogę przejść do innej firmy, ale wyśmiał mnie i powiedział, że jestem zbyt leniwy na porządne zapierdalanie. Ma rację, niestety! - przewracam oczami, a Hugo parska śmiechem - Nikt nie da mi takiej forsy jak ojciec. Musiałbym harować jak wół, przyjacielu.
- To prawda, a Ty masz takie delikatne dłonie - uderza mnie w ramię, aż się krzywię - Jestem w szoku, poważnie! Więc, zgodziłeś się ożenić tylko po to, aby móc nadal dostawać forsę od ojca? Nie wierzę!
- Poniekąd. Jestem Prezesem, będę w zarządzie i muszę pojawiać się w firmie codziennie. Podoba mi się moje wygodne życie, Hugo i chcę, żeby takie zostało. Zresztą, to tylko ślub, nie? Pestka, nic wielkiego.
- Och, serio? Jak dla mnie ślub to bardzo poważna sprawa. Wiesz, taka na całe życie. Nie byle co!
- Nie przesadzaj, zawsze można się rozwieść. Chociaż z Marisą może być cholernie interesująco.
- Marisa, tak? - Hugo uśmiecha się chytrze i przykłada palec do brody - Kiedy ją poznam, hmm?
- Może dzisiaj wieczorem? Moglibyśmy wybrać się na drinka do Gub Club. Przyda nam się.
- Chętnie. Nie mogę się wręcz doczekać, kiedy zobaczę Twoją przyszłą żonę na własne oczy.
- Jest niezłą laską, bracie! Na początku bałem się, że to będzie kompletna katastrofa, ale chociaż Marisa
to nie jest mój typ, cholernie mi się podoba. Zdecydowanie ma w sobie to coś. Sam się o tym przekonasz.
- No proszę! Usłyszeć takie słowa z Twoich ust to naprawdę coś wielkiego! Jestem pod wrażeniem.
- Nie przesadzaj - mrugam okiem, kelner przynosi lunch dla Hugo, a ja upijam łyk pysznej kawy.


W drodze do domu zahaczam o dom Marisy. Mógłbym zadzwonić, ale skoro byłem w okolicy to osobiście poinformuję ją o spotkaniu z moim przyjacielem. Oby tylko miała na to ochotę, bo nie chcę go rozczarować.
- Justin! - w progu wita mnie Chloe, mama Marisy - Jak miło Cię widzieć, Skarbie. Proszę, wejdź.
- Dzień dobry. Byłem niedaleko i pomyślałem, że zajrzę do mojej przyszłej żony. Zastałem ją?
- Oczywiście! Jest u siebie, ostatnie drzwi na lewo. Jestem podekscytowana waszym ślubem! Szkoda, że nie zdecydowała się na żadnen model sukni, którą doradzałam jej razem z Twoją mamą. Jest taka uparta!
- Wierzę, że suknia jest piękna - uśmiecham się, Chloe wzdycha rozczarowana i zostawia mnie samego na schodach. Nie rozumiem, dlaczego kobiety przywiązują aż tak ogromną wagę do sukienki. Przecież to tylko kiecka, nie? - Z babami - prycham pod nosem, wchodzę na piętro i idę wzdłuż długiego, jasnego korytarza. Docieram na sam jego koniec i pukam cichutko do drzwi Marisy. Nie odpowiada, zastanawiam się czy w ogóle tam jest i postanawiam wejść. Cichutko uchylam drzwi, wsadzam głowę do środka i rozglądam się z zainteresowaniem. Jestem tutaj po raz pierwszy, ale Marisa ma naprawdę świetny gust. Uśmiecham się, wchodzę do środka i zamykam za sobą drzwi. Podchodzę do łóżka i przyglądam się dziewczynie, która słodko śpi. Jej długie, ciemne włosy rozrzucone są po całej poduszce, ręce ułożone nad głową i ma lekko rozchylone usta. Przełykam ślinę, ale ma na sobie tylko krótkie, białe spodenki i bluzkę, która odsłania cały jej brzuch. Niech to szlag! Jej ciało jest niesamowite i przyłapuję się na tym, jak bardzo chciałbym jej dotknąć. Tak, jak facet dotyka kobietę - Och, maleńka - szepczę do siebie, siadam obok niej i odsuwam kosmyk włosów z jej czoła. Nie reaguje i nadal smacznie sobie śpi, a do mojej głowy wpada niezły pomysł. Jednym ruchem zsuwam buty i układam się obok niej. Kładę dłoń na jej brzuchu, a usta przykładam do szyi. Składam na niej mokre pocałunki, przygryzam, a Marisa porusza się niespokojnie. Przestaję na moment, aż nieruchomieje i zabieram się do dalszej pracy. Tym razem zsuwam się w dół i moje usta lądują na brzuchu, który jest płaski i opalony. Pieszczę go dłonią, całuję i sunę w górę. Odchylam koszulkę i zamieram, bo orientuję się, że Marisa nie ma na sobie stanika! Gapię się na jej cyki jakbym nigdy wcześniej nie widział piersi, ale są kurewsko zajebiste! Bez namysłu obejmuję je dłońmi, a usta zaciskam na sutku. Dziewczyna natychmiast się porusza, oblizuje wargę i jęczy cicho. Nie przerywam pieszczot, chociaż powinienem to zrobić. Kutas uwiera mnie boleśnie i nie marzę o niczym innym, jak zanurzyć się w niej i odlecieć! - Ja pierdole - syczę przez zęby, rozchylam jej nogi i układam się wygodniej. Jaka, że dzielą nas ubrania.
- J-Justin? - głos Marisy sprowadza mnie na ziemię. Podnoszę głowę, nasze oczy się spotykają, ale widzę, jak bardzo jest zaskoczona i wciąż zaspana. Wygląda uroczo, słodko i tak... seksownie! - Co Ty tutaj robisz?
- Przyszedłem do Ciebie? - uśmiecham się i niewinnie cmokam ją w usta - Stęskniłem się, złotko.
- Och! Dlaczego trzymasz dłonie na moich piersiach? - otwiera szeroko oczy i zawstydza się.
- Ponieważ mogę? - unoszę brew i pocieram sutek kciukiem. Zaciska usta, ale doskonale wiem, jak działa to na kobiety. Mam to w jednym palcu! - Dobrze Ci, prawda? Powiedz to, chcę usłyszeć to z Twoich ust.
- Przestań, Justin - chwyta moje nadgarstki i próbuje je odciągnąć - Nie żartuję, nie powinieneś tego robić. Znamy się raptem kilka dni, rozpędziłeś się - dyszy ciężko, kiedy szczypię sutek palcami - Nie rób tego.
- Ciii, spokojnie. Nie zrobię Ci krzywdy, chcę sprawić Ci przyjemność. Odpręż się, nie myśl o niczym.
- Powiedziałam nie! - podnosi nieco głos i jakimś cudem uwalnia się spod mojego ciała. Świetnie!
- Jeeezu, o co Ci chodzi? - przekręcam się na plecy, zakładam ręce za głowę i patrzę na dziewczynę.
- Jeszcze pytasz? Wchodzisz do mojego pokoju i dobierasz się do mnie! Przecież czekamy do ślubu, tak?
- Ty chciałaś czekać, ja najchętniej już teraz poszedłbym na całość. Jestem podniecony jak diabli.
- Radzę Ci się uzbroić w cierpliwość, Justin. Do ślubu pozostało całe dziesięć dni. Dasz radę?
- Czy dam radę? No nie wiem... dam? - pytam i wlepiam w nią spojrzenie. To proste, że oszaleję!
- Mam nadzieję, że Ci się to uda. Pamiętaj, że nienawidzę zdrady i powinieneś nauczyć się wierności.
- Dziękuję za radę, Kochanie. Jednak Ty musisz wiedzieć, że nigdy nie dochowałem nikomu wierności.
- Więc wychodzi na to, że będę pierwsza - uśmiecha się, klaszcze w dłonie i narzuca na siebie cieniutką narzutkę. Szkoda! Widok był naprawdę zajebisty! - Skoro tutaj jesteś, masz do mnie sprawę?
- Tak. Dzisiaj o dwudziestej jesteśmy umówieni w pabie z moim przyjacielem. Chciał Cię poznać.
- Och - schyla głowę, ciaśniej owija się narzutką i wygląda na smutną - W porządku. Nie mam nic przeciwko.
- Coś się stało? Jeśli nie masz ochoty, wcale nie musimy tam iść. Nie będę Cię do niczego zmuszał.
- Nie, jest okej. Po prostu... - wzdycha zrezygnowana i opada na krzesło - Przypomniałam sobie, że nie mam przyjaciółki - jak to nie ma?! Każda dziewczyna ma psiapsiółkę, prawda? - Odkąd zaczęłam spotykać się z Sean'em, wszyscy się ode mnie odwrócili - niepewnie podnosi głowę i patrzy na mnie oczami szczeniaka.

- Chodź tutaj - wystawiam dłoń, Marisa marszczy brwi i patrzy na mnie zaskoczona - No śmiało, nic Ci nie zrobię. Nie bój się - podnosi się, podchodzi do łóżka i układa się obok mnie. Przytulam ją do siebie, ale wciąż zapominam, że ona ma tylko dwadzieścia lat. Dzieli nas zaledwie lub aż cztery lata, a jednak jestem dorosłym facetem, a ona wciąż dzieckiem. Dlaczego jej posrani rodzice chcą wydać ją za mąż? Czy to normalne? - Skoro się od Ciebie odwrócili, to znaczy, że nie byli prawdziwymi przyjaciółmi. Prawdziwi przyjaciele są na dobre i na złe, maleńka. Choćby się waliło i paliło, trwają u boku i podają pomocną dłoń. Skoro uciekli tylko dlatego, bo byłaś z nieodpowiednim gościem to nie powinnaś w ogóle się nimi przejmować. Nie warto - głaszczę ją po włosach i wreszcie rozluźnia napięte ciało - Niebawem pójdziesz do nowej szkoły i poznasz wielu ludzi. Na pewno się z kimś zaprzyjaźnisz - podnosi głowę i obdarza mnie lekkim, ale jakże pięknym uśmiechem.


Wracam do swojego domu i rzucam klucze na szafkę. Jestem nieco sfrustrowany i mój fiut nie daje mi spokoju. Nie uprawiałem seksu od... soboty, a to dla mnie wieczność! Sądziłem, że Marisą pójdzie mi dzisiaj sprawnie, ale cholerne się pomyliłem. Kurwa! Podnieciłem ją, doskonale to widziałem, a mimo wszystko i tak mnie olała! Zachciało jej się czekać do ślubu, jakby to miało cokolwiek zmienić. Świetnie! Poważnie myśli, że wytrzymam dziesięć, koszmarnie długich dni? Prędzej mój kutas uschnie i nici z nocy poślubnej.

Biorę orzeźwiający prysznic, owijam ręcznik wokół bioder, ale nagle rozlega się dzwonek do drzwi. Marszczę brwi i zastanawiam się, kogo niesie o tej godzinie. Dochodzi dopiero siedemnasta i nie spodziewam się nikogo. A może to moja przyszła żona się rozmyśliła i przyszła po więcej? Na mojej twarzy pojawia się głupkowaty uśmiech, ale szybko znika, kiedy otwieram drzwi i widzę, kto postanowił złożyć mi wizytę.
- Cześć, Skarbie. Wpuścisz mnie, czy mam tak stać? - Luna uśmiecha się, sunie palcem po moim nagim torsie i przygryza usta. Ta laska doprowadza mnie do obłędu! - Tęskniłam za Tobą. Dawno się nie widzieliśmy.
- Naprawdę? Chyba w zeszłą środę - mrugam zadziornie i wciągam ją do środka. Nie daję szansy na odpowiedź, przypieram ją do ściany i wpijam się w jej usta. Jestem podniecony po akcji z Marisą, ale teraz nareszcie będę mógł pozbyć się tego ciśnienia z mojego ciała - Mam ochotę na dobrą zabawę.
- Wiem, po co tutaj jestem - patrzy mi w oczy, odsuwa się nieco i jednym ruchem pozbywa swojej krótkiej sukienki. Nie ma nic pod spodem i muszę przytrzymać się ściany, bo jej widok zwala mnie z nóg - Od czego mam zacząć, hmmm? - kusi mnie, sunie dłońmi po moim torsie i kieruje się w dół. Mój ręcznik ląduje obok sukienki, a Luna wpatruje się w mojego kutasa - Podoba mi się ten widok. Czyżbyś na mnie czekał?
- Zdecydowanie, Skarbie. A teraz bierz się do roboty i spraw, żebym totalnie odleciał. Potrzebuję tego.
- Wiem - seksownie oblizuje usta, opada na kolana i wsuwa mojego kutasa do ust. Och, tak!





13.11.16

Rozdział 3



Marisa POV:
Poniedziałek budzi mnie dość wcześnie. Przeciągam się leniwie, spoglądam na zegarek, ale dochodzi dopiero ósma piętnaście. Liczę na to, że rodziców nie ma już w domu i dzięki temu będę miała święty spokój. Potrzebuję tego po wczorajszej kolacji, chociaż wypadła całkiem nieźle. Co dziwne, Justin okazał się być w porządku i trochę podniósł mnie na duchu. Zawsze mogłam trafić o wiele gorzej, prawda?

Biorę prysznic, jem śniadanie i przenoszę się do ogrodu. Wystawiam twarz do słońca, wyłączam myślenie i delektuję się tym pięknym dniem. Jednak czuję, jak ktoś niespodziewanie zasłania mi oczy i całuje w głowę.
- Cześć, maleńka - Sean przysiada obok i natychmiast porywa mnie na swoje kolana - Tęskniłem za Tobą jak jasna cholera! - zachłannie wpija się w moje usta, wślizguje język do środka i pieści go namiętnie. Jego dłonie wędrują po moim ciele, ściskają pupę, piersi i jednym ruchem odsuwa miseczkę od bikini - Mmmm, pragnę Cię - odwraca mnie, układa na leżaku i sunie ustami po moim brzuchu. Cholera! Nie mogę.
- S-sean, nie - odsuwam się od niego, siadam i widzę jego zaskoczone spojrzenie - Nie mam ochoty.
- Poważnie?! To coś nowego, Skarbie - prycha rozbawiony i wpatruje się we mnie - Od kiedy, hmm? 

- Przestań, dobrze? Nie żartuj sobie - wsuwam palce we włosy i schylam głowę - Sytuacja się zmieniła.
- Zmieniła? Co masz przez to na myśli? - przesuwa się, podnosi moją głowę i unosi brew - No mów.
- Musimy się rozstać - zaciskam usta, ale te słowa ledwo przechodzą mi przez gardło. Jednak nie mam innego wyjścia, ponieważ to małżeństwo ma nas przecież rozdzielić - Tak będzie lepiej. To i tak się nie uda.
- Co Ty pieprzysz, Marisa?! - podnosi głos, zrywa się na równe nogi i zakłada ręce na biodrach. Bywały chwile, kiedy Sean'a ponosiła złość i wyładowywał ją na wszystkich dookoła. Nigdy mnie nie uderzył, chociaż wrzeszczał nie raz - Skąd ten pomysł, że to się nie uda? Twój ojciec maczał w tym palce, mam rację?
- Nie. To jest tylko i wyłącznie moja decyzja. 
Nasz związek ma marne szanse na przetrwanie, ponieważ dzieli nas naprawdę wiele, Sean. Jestem młoda, Ty jesteś dorosły. Chyba dopiero teraz to do mnie dotarło.
- A co ma do tego wiek, huh?! Jakoś wcześniej w ogóle Ci to nie przeszkadzało! Ba! Podobało Ci się!
- Wiem! Nie krzycz! - oddycham głębiej, ale sytuacja zaczyna mnie przerastać. Najchętniej wtuliłabym się w jego silne ramiona i rozpłakała jak małe dziecko. Mimo wszystko muszę być silna, bo zostały mi postawione jasne zasady. Marzę o nowej szkole, a wiem, że ojciec może mi to odebrać w jednej chwili. Nawet nie drgnie mu powieka - Kocham Cię, ale mamy inne priorytety w życiu. Ty masz swój biznes, a ja szkołę.
- Nadal nie rozumiem, o czym do mnie mówisz? Możesz podać mi konkretny powód? Będzie łatwiej.
- Nie utrudniaj mi tego, okej? Nie możemy być razem, bo moi rodzice nigdy tego nie zaakceptują.
- Chrzanić ich! Od kiedy obchodzi Cię ich zdanie, co? Od trzech miesięcy miałaś to kompletnie w dupie!
- Po prostu uszanuj moją decyzję, o to Cię proszę. Nie chcę się z Tobą kłócić, rozstańmy się w zgodzie.
- W zgodzie?! - krzyczy, podnosi mnie i wbija palce w moje ramiona. Jego wzrok dosłownie mnie morduje i doskonale znam takiego Sean'a - Zależy mi na Tobie, a Ty chcesz mnie spławić?! Co jest z Tobą nie tak?! - nim się orientuję, wybucham płaczem. Trzęsę, bo sytuacja jest ostro skomplikowana i popieprzona! - Ciii, przepraszam. Nie powinienem był krzyczeć, ale wyprowadziłaś mnie z równowagi - przytula mnie, uspokaja i kołysze na boki - Uwielbiam Cię. Wiesz o tym - przytakuję, bo brak mi słów. Wszystko poszło nie tak, a jego ramiona dają mi wsparcie i poczucie bezpieczeństwa - Obiecuję, że wszystko będzie dobrze.


Kilka minut po dwunastej w południe dzwoni do mnie mama. Nie mam ochoty na rozmowę, ale odbieram.
- Marisa? Byłam w kościele z mamą Justina! Udało nam się zarezerwować termin! Cudownie, prawda?
- Tak, mamo. To świetna wiadomość, cieszę się - wzdycham i opadam na łóżko - Coś jeszcze?
- Jutro jesteśmy umówione w salonie sukien ślubnych! Musisz coś wybrać, bo czasu jest nie wiele.
- Wiem, ale to tylko i wyłącznie wasza zasługa, prawda? Bardzo wam się śpieszy, nie podoba mi się to.
- Wiem, Kochanie. Niestety nic na to nie poradzę, bo to ojciec ma tutaj decydujące słowo.
- Szkoda. Dawnej byłaś moją przyjaciółką, mówiłam Ci o wszystkim. Teraz już nie wiem, kim jesteś.
- Córeczko, nie mów tak. Wiesz, że zawsze możesz na mnie liczyć! Zawsze Ci we wszystkim pomogę.
- Naprawdę? Więc pomóż mi teraz i odwalaj tą całą szopkę. Nie chcę tego ślubu, Justin też nie.
- Uwierz mi, to dla waszego dobra. Zobaczycie, jak to małżeństwo dobrze na was wpłynie
.
- Tak, z pewnością. Poznaliśmy się zaledwie wczoraj, a za dwa tygodnie bierzemy ślub. Bosko!
- Justin zabierze Cię dzisiaj na randkę - och, cudnie! - Powinien niebawem do Ciebie zadzwonić.
- Muszę kończyć, mamo. Miłego dnia - rozłączam się, nie dając jej powiedzieć nic więcej.

Justin nie dzwoni, a zjawia się u mnie punkt piętnasta. Jestem nieco zaskoczona, ale wpuszczam go do
środka. Prowadzę do salonu, rozgląda się i uśmiecha uroczo. Nie wierzę, że będzie moim mężem.
- Miałem zadzwonić, jednak postanowiłem zrobić Ci niespodziankę. Rozmawiałem z Twoją mamą, poinformowała mnie, że masz wakacje i nudzisz się w domu. Więc oto jestem! - rozkłada ramiona i czeka,
aż podejdę. Przewracam oczami i posłusznie przytulam się do jego torsu - Jak się ma moja przyszła,
śliczna żona? - mam ochotę mu przywalić! Serio ma zamiar mnie tak nazywać? - Wyglądasz na smutną.
- Wszystko jest w porządku. Chyba po prostu mam dzisiaj gorszy dzień. Nie przejmuj się, to nic wielkiego.
- Poprawię Ci go. Ubierz się i zabiorę Cię w fajne miejsce. Myślę, że powinno Ci się spodobać.




Justin POV:
Prowadzę samochód, obok siedzi Marisa i przełącza stację w radiu. Od kilku minut szuka czegoś ciekawego
do posłuchania, ale jak na złość zero muzyki, a same wiadomości. Irytuje się wreszcie i kapituluje.
- Jeśli chcesz posłuchać muzyki, możesz włączyć odtwarzać. Wiesz o tym, Skarbie? - uśmiecham się i mrugam okiem. Chichocze uroczo i zawstydza się. Sam uruchamiam muzykę i chyba trafiam w jej gust, bo wreszcie opiera się o siedzenie i odpręża - Niestety trafiliśmy na korki. Po prostu kocham to w tym mieście.
- Znam ten ból. Jeździłam tędy do szkoły i codziennie musiałam to przerabiać. Istne szaleństwo! - poprawia pas i wierci się na siedzeniu - Justin, mogę Ci coś powiedzieć? - marszczę brwi, ale zaciekawiła mnie. Przytakuję głową, a Marisa kontynuuje - Zachowaj to dla siebie, bo nie chcę, żeby rodzice się o tym dowiedzieli - oho! Chyba czuję nosem, co się święci - Dzisiaj rano był u mnie Sean - wzdycha ciężko i odgarnia włosy z czoła - Chciałam z nim zerwać, jednak cała rozmowa potoczyła się fatalnie. Moje argumenty do niego nie trafiły, ma mnie w nosie i czuję, że on tak łatwo nie odpuści. Co mam zrobić?
- Nie mam pojęcia. Pewne jest to, że jeśli nie odpuści, Twój ojciec wpadnie w szał i będzie źle. Właśnie po to chce Cię wydać za mąż, aby was rozdzielić. Obawiam się, że może narobić sobie kłopotów.
- Wiem, a wcale tego dla niego nie chcę. Kocham go, ale jakie mam inne wyjście? Muszę to zrobić.
- Naprawdę go kochasz, czy może to głupie zauroczenie, hmm? Wybacz to pytanie, nie chcę Cię urazić.
- Nie wiem, Justin. Wydaje mi się, że go kocham. Imponował mi, jest starszy ode mnie, zajmuje się szemranymi interesami. Zły chłopiec, który jest z grzeczną dziewczynką. Kręciło mnie to, bo był to zupełnie inny świat. 
I tak ostatnio coś zaczęło się między nami psuć. Teraz mam mętlik w głowie i mieszane uczucia. 
- Wiesz, że to nie jest miejsce dla Ciebie? Jesteś za młoda i tutaj podzielam zdanie Twojego ojca. Po co masz się wpieprzyć w kłopoty, skoro ten chłopak mógłby do tego doprowadzić? Przed Tobą fajna przyszłość, idziesz na wymarzone studia i szkoda byłoby to zaprzepaścić, czyż nie? - przytakuje od razu i ku mojemu zaskoczeniu, chwyta moją dłoń. Zatrzymuję się na światłach i przekręcam głowę, aby spojrzeć jej w oczy - Nie martw się, coś wymyślimy. Twój tata nienawidzi tego gościa i nie pewno nie pozwoli, żeby kręcił się obok Ciebie. Zresztą, ja chyba też tego nie chcę - poruszam brwiami, a Marisa uderza mnie w ramię - Ej, za co oberwałem? - oburzam się na żarty, ale zaczynam lubić tą dziewczynę. Jest zabawna i zadziorna.
- Nie udawaj takiego zazdrosnego - wystawia język, kręcę głową rozbawiony i ruszam ze świateł.


Pomagam wysiąść Marisie, podaję jej dłoń i prowadzę do restauracji. Lubię to miejsce i często jem tutaj szybki lunch razem z Hugo. A właśnie! Nic nie wie o szalonym planie moich rodziców i chyba padnie na zawał, kiedy mu opowiem. Będzie potwornie zaskoczony tym, jaką kobietę wybrali dla mnie rodzice. Marisa nie jest w moim typie. Wolę blondynki ze sporymi cyckami i fajną dupą. Mojej przyszłej żonie niczego nie brakuje, ale chętnie zobaczyłbym jej kuszące ciało nago. Dzisiaj wygląda pięknie i ma świetne nogi.
- Musimy wjechać na samą górę - prowadzę ją do rzędu wind, wciskam guzik i jak na zawołanie dociera do nas charakterystyczny dźwięk. Przepuszczam ją w drzwiach, wciskam przycisk z ostatnim piętrem i ruszamy w górę - Mam nadzieję, że Twój humor nieco się już poprawił? - obejmuję ją w pasie i przyciągam do siebie. Niepewnie przytakuje i nerwowo wbija zęby w wargę. Poznałem ją zaledwie wczoraj, ale wiem już, że jest to odruch jej zdenerwowania - Wstydzisz się mnie? - pytam cicho, dotykam kciukiem jej ust, a Marisa się spina. Czuję to doskonale - Nie musisz. Nie zrobię Ci krzywdy, wiesz o tym - uśmiecha się lekko, przenosi dłonie na moje ramiona i wreszcie się rozluźnia. Jest naprawdę piękną kobietą i myślę sobie, że seks z nią również będzie całkiem przyjemny. Wręcz nie mogę się już tego doczekać, chociaż mam dziwne przeczucie, że będę musiał poczekać z tym do ślubu. Dwa tygodnie bez seksu? Odpada! - Mogę Cię pocałować? - wolę zapytać, niż ją przestraszyć. Nie wiem jakiej reakcji się spodziewać, a nie chcę ją do siebie zniechęcić. Jednak Marisa pierwsza zbliża się i dotyka moich ust swoimi. Od ostatniej imprezy nie miałem kobiety, a minęły trzy długie dni. Pocałunek działa na mnie jak porażenie pioruna i nim się orientuję, zachłannie wpijam się w jej soczyste, słodkie usta i wślizguję język do środka. Uczucie jest niesamowicie dobre i nabieram ochoty na dużo więcej. Dociskam ją do siebie mocniej, jedną dłoń wsuwam w jej włosy, a drugą układam na plecach. Liczę na to, że mnie nie odepchnie, ale ku mojemu zaskoczeniu wcale tego nie robi. Za to z jej ust ucieka cichutki, kurewsko seksowny jęk i mój fiut budzi się do życia. Jak mógłby na to nie zareagować, skoro w mojej głowie już jest naga, wijąca się i prosząca o więcej? - Kurwa - dyszę w jej usta i wariuję. Dosłownie! - Pragnę Cię, maleńka - zsuwam usta na szyję, przygryzam ją zębami, a Marisa odchyla głowę i daje mi lepszy dostęp. Jestem zaskoczony, że mi na to pozwala. Sądziłem, że da mi w pysk.
- J-Justin - jąka się, sunie dłońmi po moich plecach i wbija w nie paznokcie - Jesteśmy w windzie.
- Wiem - zbieram w sobie wszystkie siły i odrywam się od niej. Oddycha głęboko, ma lekko rozchylone usta i patrzy na mnie tymi wielkimi, ciemnymi oczami - Wybacz, trochę mnie poniosło. Jesteś na mnie zła?
- Nie. Przecież będziesz moim mężem - zawstydza się i poprawia kołnierzyk w mojej koszulce.
- Więc mam pozwolenie na coś więcej? - uśmiecham się chytrze i układam dłoń na jej piersi. Och, tak!
- Nie. Na to jest zdecydowanie za wcześnie, mój drogi - mruga rozbawiona i odpycha moją dłoń.
- Chcesz czekać do ślubu, tak? - pytam, chociaż doskonale znam odpowiedź - Po prostu mi to powiedz.
- Tak, chciałabym poczekać. Wiesz, znamy się od wczoraj, a to wszystko idzie w szalonym tempie.
- Nie ma sprawy, poczekamy - poprawiam jej włosy, jednak wcale łatwo nie będzie. Muszę uzbroić się w cierpliwość albo przed ślubem zaliczyć 
jeszcze kilka lasek. Przecież ona wcale nie musi o tym wiedzieć, prawda? Zrobię takie małe pożegnanie mojego kawalerskiego życia - Jesteśmy - wreszcie docieramy na samą górę, opuszczamy windę i idziemy wzdłuż korytarza. Kiedy wchodzimy do restauracji, Marisa uśmiecha się szeroko. Wiedziałem, że spodoba jej się to miejsce - I jak, Kochanie? - układam dłoń na jej plecach i prowadzę do stolika. Odsuwam dla niej krzesło, ale trzeba być dżentelmenem dla swojej kobiety. A co!
- Tutaj jest po prostu obłędnie! - zaciąga się powietrzem i na chwilę zamyka oczy - Piękne miejsce.
- Cieszę się, że Cię nie zawiodłem - nalewam wody do jej kieliszka i to samo robię ze swoim.
- Witamy w Vista Bar - miły kelner podaje mi menu i czeka, aż złożymy zamówienie. Wybór jest spory.
- Mam ochotę na pyszny makaron - Marisa spogląda w kartę i wybiera ten z krewetkami i pietruszką.
- Ja poproszę to, co zawsze - mrugam do kelnera, oddaję menu i ponownie zostajemy sami.
- To, co zawsze? - Marisa unosi brew, opiera łokcie na stole i podpiera brodę na dłoniach - Bywasz tutaj?
- Tak, dosyć często. Spotykam się z moim przyjacielem w tej restauracji. Jego znajomy jest szefem kuchni.
- Ile kobiet tutaj zabrałeś? - wow, zaskakuje mnie jej pytanie - Nie patrz tak na mnie, jestem ciekawa.
- Żadnej - wzruszam ramionami i upijam łyk wody. Marisa prycha pod nosem i mruży oczy - Mówiłem Ci, że jestem typem imprezowicza, który lubi się zabawić. Nie zapraszam kobiet na randki, Skarbie - mrugam zadziornie, a ona kręci głową i przewraca oczami - Jesteś pierwszą, którą tutaj zabrałem.
- Chyba czuję się... zaszczycona? Tak, to zaszczyt, że taki chłopak jak Ty, zaprosił mnie na randkę.
- Cóż, czas się zmienić, prawda? Tego oczekują ode mnie moi rodzice, więc staram się dla Ciebie.
- To miłe - patrzy na mnie z rozczuleniem i oblizuje usta - Nigdy nie byłam na randce - co takiego?

- Nie? A to nowość! Twój chłopak nigdy nie zabrał Cię do restauracji, czy w jakieś ładne miejsce?
- Nie. Sean nie miał czasu na takie rzeczy, musiał pilnować interesu. Przebywałam tylko w jego domu.
- Cienias z niego, wiesz? Kiedy posiada się dziewczynę, trzeba o nią dbać. Słabo mu to wychodziło.
- Myślę, że Sean nie lubi tych słodkich rzeczy. Wiesz... randki, trzymanie się za ręce, czułe pocałunki.
- Też nie jestem typem romantyka, ale jeśli wymaga tego sytuacja, umiem to dobrze zorganizować.
- To prawda, dzisiaj Ci się udało - przekręca głowę i spogląda na przepiękny widok - Tak tu cicho.
- Państwa zamówienie - do stolika podchodzi kelner i stawia przed nami talerze. Umieram z głodu!
- Dziękujemy, Pablo - klepię go po ramieniu, salutuje i zostawia nas samych - Wcinaj. Mają pyszne jedzenie.
- Tak, to wygląda naprawdę świetnie! - klaszcze w dłonie i zabiera się za makaron - O jezusie! Pycha!
- Jesteś taka zabawna - kręcę głową z rozbawieniem i tym razem nalewam wina do jej kieliszka.

Randka przebiega w zajebistej atmosferze. Przenosimy się tuż obok, na uroczą, okrągłą kanapę z kilkoma poduszkami. Marisa leży obok mnie, opowiada o swoim dzieciństwie i nawija jak katarynka. Wino dodało jej odwagi, jednak całkiem przyjemnie się jej słucha. Wcale nie przeszkadza mi jej wesołe trajkotanie, wręcz przeciwnie, mam wrażenie jakbym znał ją całe życie. Może nasze małżeństwo nie będzie takie złe?
- To Twój? - pyta, kiedy nagle rozlega się dzwonek telefonu. Wyciągam swój z kieszeni, ale wyświetlacz jest czarny - Więc jednak mój - przewraca oczami, podnosi się i sięga po torebkę. Kiedy spogląda, kto dzwoni, nagle na jej twarzy pojawia się smutek - To Sean - wzdycha ciężko i niepewnie na mnie spogląda.
- Nie odbieraj - biorę telefon z jej rąk, odrzucam połączenie i wyłączam go - Nie przejmuj się nim, to przeszłość. Ja jestem Twoją przyszłością, Kochanie. A teraz chodź do mnie - przyciągam ją na swoje ciało, nie czekam na jej sprzeciw i nasze usta ponownie się spotykają. Cholera! Zdecydowanie to polubię.







*****************************************************
Hello! :)
Jako, że nie ma jeszcze ustalonego dnia dodawania rozdziałów, pasuje wam jak będę dodawać w niedzielę?
MSL w środy, to w niedziele. Pasuje? :)

Jak wrażenia po koncercie? :)
Ja nadal nie mogę się pozbierać i wciąż nie wierzę, że tam byłam! Coś niesamowitego!
- pomimo tego, że organizacja koncertu to tragedia przez duże T
 - pomimo stania pod areną od 11 do 18:30,
- pomimo wkurwa, ponieważ nie weszliśmy wcześniej, a mieliśmy GC EE (teraz już tak nie narzekam, bo czytałam, że ludzie z trybun weszli na drugiej czy trzeciej piosence Justina) :O
- pomimo tłumu, przepychanek, igrzysk śmierci, walki o życie
- pomimo zamieszania na arenie

B Y Ł O   W A R T O!

Najpiękniejszy moment koncertu, Justin mówiący "Kocham Was" 

tak blisko Justina ♥


Okej, już was nie zanudzam :D
Do następnego :*





2.11.16

Rozdział 2



Marisa POV:
Czmycham przez ogród i rozglądam się dookoła. Dochodzi prawie ósma rano i byłoby słabo, gdyby któryś z sąsiadów mnie przyłapał. Wiem, że większość o tej godzinie jeszcze śpi, ale zdarzają się wyjątki.
Po cichutku otwieram drzwi od strony spiżarni, zamykam je delikatnie i przechodzę na palcach przez hol. Wreszcie docieram do schodów, już oddycham z ulgą, ale nic nie idzie po mojej myśli. Po prostu cudnie!
- Marisa! - głos ojca dociera do moich uszu i wiem już, że mam przechlapane! - Nie wierzę, że znowu to zrobiłaś! - krzyczy, aż chce wywalić bębenki. Odwracam się w jego stronę i wzdycham ciężko - Dostałaś szlaban, prawda? Czego nie zrozumiałaś z tego, co powiedziałem Ci wczoraj? Wytłumacz mi to.
- Zrozumiałam wszystko, okej? Nie traktuj mnie jak dziecko, tato! Mam dwadzieścia lat, zapomniałeś?
- Szczerze? Tak, zapomniałem! A wiesz, dlaczego? Ponieważ zachowujesz się jak gówniara!
- Och, serio?! Twierdzisz tak dlatego, ponieważ chcę spotykać się z chłopakiem, a Ty mi nie pozwalasz?
- Oboje wiemy, co to za chłopak! Zabroniłem Ci się z nim spotykać, ale nie posłuchałaś mnie!
- Pozwól mi samej zdecydować - szepczę cicho i schylam głowę - Sean jest dla mnie naprawdę ważny.
- Masz o nim zapomnieć, zrozumiano?! Nie będziesz spotykać się z człowiekiem, który bierze narkotyki, spędził część swojego życia w więzieniu i robi nielegalne interesy! Nigdy do tego nie dopuszczę! Nigdy!
- Kochanie, nie krzycz - do holu wchodzi mama i kręci głową zrezygnowana - Słychać Cię na całej ulicy.
- Widocznie mam do tego powód, Chloe! Nasza córka przechodzi samą siebie, nie słucha tego, co do niej mówimy! Szlaban nie pomaga, więc trzeba poszukać innej metody. Nie będziesz z Seansem i radzę Ci o nim zapomnieć. Im szybciej, tym lepiej dla Ciebie - zaciskam dłonie w pięści, ale nienawidzę go w tym momencie! - Marsz do siebie! Nie wyjdziesz z domu do końca wakacji i osobiście tego dopilnuję.
- Pieprz się, tato! - krzyczę, rzucam szpilki na podłogę i wbiegam po schodach. Niech to wszystko szlag!
- Marisa! Jak Ty się do mnie odzywasz?! Przechodzisz samą siebie! - krzyczy za mną, ale mam to w nosie.
Zamykam się w swoim pokoju i wybucham płaczem. Zsuwam się po ścianie, bo nikt w tym domu mnie nie rozumie. Dlaczego ojciec tak bardzo chce rozdzielić mnie i Sean'a? Wiem, że ma sporo na sumieniu, ale nigdy nie wyrządził mi krzywdy. Ba! Zależy mu na mnie, troszczy się, jest dobry. Co mnie to obchodzi, czym tak właściwie się zajmuje? To jego życie, niech robi, co chce. Nie miałam prawa się w to wtrącać.
Może nie jesteśmy ze sobą zbyt długo, bo trzy miesiące to jednak niezbyt wiele, mimo to było nam razem dobrze i poznawaliśmy się każdego dnia. Nasza sielanka trwała, 
dopóki kilka dni temu ojciec się o tym dowiedział. Wpadł w szał, dosłownie! Myślałam, że zabije i mnie i Seana. Pojechał do niego, zrobił awanturę i zabronił się do mnie zbliżać. Stwierdził, że mój chłopak jest przestępcą, a to, że jest starszy o siedem lat wprawiło ojca w zdumienie. Wciąż powtarzał, jak bardzo jest rozczarowany moim zachowaniem i tym, że mogłam zakochać się w dorosłym mężczyźnie. Mimo zakazu nadal się widywaliśmy, ale nie mogłam posłuchać ojca. Ciągnęła mnie do Sean'a niewidzialna siła i nic więcej się dla mnie nie liczyło. 

Spędzam w pokoju prawie cały dzień. Kiedy dochodzi siedemnasta i rodzice wracają z pracy, zapraszają mnie na "poważną" rozmowę. Siadam naprzeciwko nich, schylam głowę i chcę to mieć już za sobą.
- Twoje zachowanie jest rozczarowujące, Marisa - tata zaczyna surowo i nie spuszcza ze mnie wzroku. Czuję się, jakbym stała przed sądem i czekała na wyrok - To musi się skończyć, rozumiesz mnie? Nie dopuszczę do tego, żeby ten chłopak zniszczył Ci życie, a prędzej czy później tak właśnie się stanie. Wplącze Cię w te brudne interesy i być może wpakujesz się w kłopoty - mam ochotę przewrócić oczami, bo Sean nigdy nie kazał robić mi nic nielegalnego. Fakt, święty nie jest, ma swoje humorki, ale nie zmuszał mnie do robienia złych rzeczy - Kilka dni temu mama spotkała się ze swoją znajomą, która ma syna - podnoszę głowę i marszczę brwi. Syna? Do czego zmierza ta rozmowa? - Ma dwadzieścia cztery lata i jego rodzice również nie mogą nad nim zapanować - co?! Nad dorosłym facetem?! Och, boże! - Oboje musicie zmienić swoje życie, postawić sobie inne priorytety i wydorośleć. Jesteś jeszcze bardzo młoda, ale pogubiłaś się i czuję, że muszę działać natychmiast - gapię się na niego, mój oddech przyśpiesza i zaczynam mieć złe przeczucia. Co oni planują? - Postanowiliśmy z mamą, że wyjdziesz za mąż - uchylam usta, ale chyba się przesłyszałam!
- Z-za co? - jąkam się, bo szok odbiera mi mowę! To nie dzieje się naprawdę, zaraz się obudzę!
- Za mąż, Marisa. Poślubisz Justina - nie, nie, nie! - Nie widzę innego rozwiązania, a Ty wymykasz nam się spod kontroli. Pomożecie sobie nawzajem, poznacie, stworzycie rodzinę. To dla waszego dobra. Rozumiesz?
- Przecież ja go nawet nie znam! On nie zna mnie! - podnoszę się i wsuwam palce we włosy - Jak możecie robić coś takiego? Mam zaledwie dwadzieścia lat, jak mogę wziąć ślub?! Nie chcę tego, jestem za młoda!
- W naszych czasach ślub zawierało się o wiele wcześniej. Nie widzę w tym nic dziwnego, córeczko.
- Ale to było w waszych czasach, okej? Teraz czasy są zupełnie inne i nie mam zamiaru brać ślubu!
- Przykro mi, ale w tej kwestii nie masz nic do powiedzenia, daliśmy Ci szansę. Dzisiaj o dwudziestej jesteśmy umówieni na kolację u Państwa Hess'ów. Przygotuj się, ubierz odpowiednio i nie zawiedź nas.
- Nie zrobię tego! Nie możecie zmusić mnie do ślubu! To chore! Jak wpadliście na ten durny pomysł?
- Pomysł jest bardzo dobry, Marisa. Justin będzie Twoim mężem, zapomnisz o Sean'ie raz na zawsze.
- O boże! Mówisz tak, jakby to była najprostsza rzecz na świecie! Ja go kocham, tato! Dociera?
- Nie odzywaj się w ten sposób do ojca, córeczko - mama karci mnie i posyła surowe spojrzenie.
- To tylko głupie zauroczenie. Ten człowiek omamił Cię, zauroczył. Musisz się od niego natychmiast odsunąć.

- Nigdy nie sądziłem, że będziecie chcieli wydać mnie za mąż wbrew mojej woli. Co jest z wami nie tak?
- Z nami? Powinnaś zadać to pytanie sobie, Marisa. Przypomnij sobie, jaka byłaś zanim poznałaś tego chłopaka! Pamiętasz? - zaciskam usta i czuję łzy pod powiekami. Tak, tata ma rację. Byłem zupełnie inną dziewczyną i podobało mi się to. Uczyłam się dobrze, spotykałam się z przyjaciółmi, byłam lubiana. Po poznaniu Sean'a pewne rzeczy uległy zmianie, bo każdy uważał go za kryminalistę. Miałam jego, ale zostałam bez znajomych i przyjaciółek. Wszyscy się ode mnie odwrócili, bo spotykałam się ze złym człowiekiem, który miał na mnie fatalny wpływ. Alkohol, imprezy, podejrzane towarzystwo. Tak wiele razy uniknęłam starcia z policją, kiedy robiliśmy głupie rzeczy. Gdyby ojciec się o tym dowiedział, byłabym martwa! - On Cię niszczył tylko tego nie widziałaś. Kochamy Cię z mamą, jesteś dla nas najważniejsza. Jeśli trzeba posunąć się do małżeństwa, nawet się przed tym nie zawahamy - patrzę na nich, a łzy spływają po moich policzkach. Jestem rozdarta na kawałki, pierwszy raz ojciec powiedział mi prawdę. Jestem załamana, bo kocham go, ale nasza bajka nie będzie miała szczęśliwego zakończenia. Sean to nie jest uroczy chłopak, którego mogę przyprowadzić na spotkanie z rodzicami, zabrać na kręgle w towarzystwie przyjaciół i pójść z nim na szkolny bal. Bycie z Seanem to odizolowanie się od wszystkich - Od października idziesz na wymarzone studia. Chciałaś być projektantką, tak? Załatwiłem, co trzeba i proszę Cię, nie każ mi tego anulować. Chcemy być z Ciebie dumni, Kochanie! Bądź taka, jak dawniej. Ten człowiek może to przekreślić.
Nie odpowiadam. Odwracam się na pięcie, wchodzę po schodach i chowam się w swoim pokoju. Mam mętlik w głowie i czuję, że będzie jeszcze gorzej. Sean, nowy chłopak, małżeństwo. Boże, jak do tego doszło?!


Stoję przed lustrem i sunę dłonią po mojej czarnej sukience. Przyglądam się sobie, poprawiam włosy i oddycham głęboko. Nie wiem, co tak właściwie powinnam o tym wszystkim myśleć, ale dojdzie do tego spotkania czy tego chcę, czy nie. Ojciec nie odpuści i jeśli go nie posłucham poniosę za to karę. Czy Sean jest warty tego, abym zrezygnowała ze swoich marzeń? Szkoły, projektowania? Moja podświadomości krzyczy nie, za cholerę! Jednak serce wyrywa się do człowieka, z którym spędziłam trzy miesiące swojego życia. Zaciskam usta, schylam głowę i próbuję wyłączyć myślenie. I tak nie mam nic do powiedzenia, mogę kopać, drapać, a i tak wiem, że jestem na przegranej pozycji. Nigdy nie wygrałam z tatą, to on zawsze decyduje.

Do domu Państwa Hess'ów docieramy prawie czterdzieści minut później. Jestem zdenerwowana, kiedy wysiadam z samochodu i idziemy alejką w stronę domu. Robi ogromne wrażenie, jest duży i piękny.
- Dobry wieczór - w drzwiach pojawia się kobieta. Niska, szczupła i ślicznie ubrana. Uśmiecha się do nas,
cmoka mamę w policzki, a tata całuje jej dłoń. Również się z nią witam i przyklejam na twarz lekki uśmiech. Dam radę! - Jesteś prześliczna, Skarbie - kobieta przygląda mi się uważnie i pocieszająco pociera moje ramiona - Wejdźcie do środka, kolacja zaraz będzie gotowa - przepuszcza nas i pojawiamy się w holu.
- Tędy, zapraszam - mężczyzna wskazuje dłonią w prawą stronę, przechodzimy kilka kroków i wchodzimy do ogromnego salonu. Jest tak samo elegancki jak nasz, chociaż dominuje tutaj biel i czerń. Ktoś ma naprawdę świetny gust. Rozglądam się z zachwytem, ale nagle moje oczy trafiają na chłopaka, który stoi przy kominku. Patrzy wprost na mnie i skanuje z góry na dół. Zawstydzam się, wbijam zęby w wargę, a mój oddech przyśpiesza. Wygląda obłędnie w czarnym, dopasowanym garniturze i ułożonych do góry włosach. Czy to jest mój przyszły mąż?! - Justin, to są państwo Tomei. Marisa, to mój syn - przedstawia nas sobie, chłopak rusza w naszą stronę i wystawia dłoń. Czuję spojrzenia wszystkich, co koszmarnie mnie krępuje.
- Miło Cię poznać, Mariso - oblizuje usta, a serce podskakuje mi do gardła. Odruchowo chwytam jego dłoń i widzę, jak przysuwa ją i całuje lekko. Nie spodziewałam się tego! Czy tacy faceci jeszcze istnieją?
- Ciebie również - szepczę cicho, ale ledwo słyszę swój własny głos! To jest cholernie niezręczna sytuacja.
- Marcus! Proszę, przyprowadź gości. Kolacja gotowa - z oddali dobiega nas głos kobiety i zmieniany miejsce.


Kolacja mija w miłej atmosferze, co osobiście mnie zaskakuje. Sądziłam, że nie będę w stanie odnaleźć się w tej szopce, ale nie jest tak źle. Jedzenie jest pyszne, moi rodzice rozmawiają z rodzicami Justina o interesach, ale nie jestem w temacie. Jego siostra to szalona nastolatka, której buzia się nie zamyka, ale dzięki temu nie panuje między nami niezręczna cisza. Nie ma nic gorszego, niż niekomfortowa sytuacja.
- Może masz ochotę przejść się po ogrodzie? - głos Justina wyrywa mnie z zamyślenia. Rodzice przekręcają głowy i patrzy na mnie wymownie. Tata unosi brew i czeka, aż się ruszę. Świetnie! Wycieram usta, odkładam serwetkę, a Justin pomaga mi wstać. Dziękuję mu cichutko, wystawia ramię i niepewnie go chwytam. Oddycham z ulgą, kiedy opuszczamy dom i wchodzimy na alejkę, która ciągnie się wzdłuż ogrodu
- Wybacz, musiałem odetchnąć. Atmosfera robiła się dość gęsta, prawda? - uśmiecha się i spogląda na mnie.

- Dzięki, że o tym pomyślałeś - chrząkam i poprawiam sukienkę - Więc? Jak podoba Ci się cały ten pomysł?
- Bez urazy, wcale mi się nie podoba - och! Więc jest nas dwójka - Kiedy tylko rodzice mi o tym powiedzieli, sądziłem, że zwariowali. Kto w tych czasach swata swoje dorosłe dziecko? Obłęd! - przewraca oczami i kręci głową. Jest nawet uroczy - Jednak sprawa się skomplikowała i zdecydowałem się zgodzić. A Ty?
- Rodzice poinformowali mnie o tym zaledwie trzy godziny temu. Byłam zszokowana, że coś takiego w ogóle mogło przyjść im do głowy. Jestem jeszcze młoda, wcale nie mam ochoty wychodzić za mąż. Myślałam, że mam na to jeszcze czas, a zrzucili na mnie niezłą bombę - schylam głowę i gapię się w swoje czarne szpilki - Nie mam wyjścia, bo rodzice mają nade mną kontrolę. Postanowili wydać mnie za mąż, aby rozdzielić mnie z moim chłopakiem - Justin przystaje nagle, unosi moją głowę i widzę ogromne zaskoczenie na jego twarzy.
- Mówisz poważnie? - przytakuję, a on prycha wkurzony - Mam Cię rozdzielić z Twoim facetem? Serio?!
- Tak, taki jest właśnie plan. Rodzice nie akceptują naszego związku, twierdzą, że Sean jest kryminalistą i sprowadzi mnie na złą drogę. Fakt, aniołkiem nie jest, ale nigdy nie przekonam do niego rodziców.
- To bardziej pojebana historia od mojej! Jednak ja miałem chyba trochę łatwiej. Miałem do wyboru pozostać w firmie, zarabiać pieniądze i wygodnie żyć. Jednak musiałem porzucić mój zajebisty, rozrywkowy tryb życia, który bardzo nie podobał się moim rodzicom. Ustąpiłem, bo kasa jest dla mnie ważniejsza.
- Wow, zazdroszczę dość prostego wyboru - uwalniam brodę z palców Justina i idę dalej. Szybko mnie dogania, chwyta moją dłoń i wsuwa pod swoje ramię - Jak to wszystko ma niby wyglądać? Nie znamy się.
- To prawda. Wydaje mi się, że do ślubu to się zmieni. Rodzice zapewne nie dadzą nam chwili wytchnienia, wiesz... spotkania, randki, rozmowy i te romantyczne bzdety. To kompletnie nie w moim stylu.
- Nie wyglądasz mi na romantyka - chichoczę, a Justin mruży oczy - No, co? Lubisz się bawić, tak?
- Owszem i cholernie nie podoba mi się fakt, że będę musiał z tego zrezygnować. Małżeństwo oznacza wierność, a ja nie umiem być wierny, Marisa - och! Zaciskam usta, ale czuję w brzuchu coś dziwnego. Mam mieć męża, który będzie pieprzył inne panienki? A co ze mną? Nie, chwila! O czym ja właśnie myślę?!
- Cóż, będziesz musiał się tego nauczyć - unoszę głowę i patrzę mu w oczy. Ha! Jest zaskoczony, ale chcę zrobić mu na złość - Nie uznaję zdrady, zakoduj to sobie. Skoro będziesz moim mężem, musisz być wierny.
- Serio? - ponownie przystajemy, ale ku mojemu zaskoczeniu, Justin przyciąga mnie do siebie. Mimo tego, iż mam wysokie szpilki wciąż jestem od niego ciut niższa - Mam być wierny, tak? Hmm, pomyślmy - odgarnia kosmyk moich włosów i przesuwa kciukiem po policzku. Gapię się na niego jak zahipnotyzowana, ale nie mam pojęcia, co on do cholery wyprawia! - Jestem facetem, potrzebuję seksu, rozluźnienia. Jeśli będę mógł liczyć w tej kwestii na moją żonę, kto wie? Może będę wierny? - wzrusza ramionami i uśmiecha się chytrze.
- Czy my właśnie omawiamy nasze życie seksualne? - unoszę brew, a Justin parska śmiechem - No co?
- Tak. Myślę, ze właśnie omawiamy nasze życie seksualne. Więc jak? Mogę na Ciebie liczyć, Skarbie?



Justin POV:
Marisa zawstydza się i próbuje schylić głowę. Nie pozwalam jej na to i mocniej wbijam palce w jej brodę. Nie sądziłem, że będzie taka nieśmiała w moim towarzystwie, ale nie zna mnie dobrze i nie powinno mnie to dziwić. Mam zamiar dobrze się bawić, a skoro ma zostać moją żoną, mam zamiar ją również pieprzyć.
- Nie odpowiesz na moje pytanie? Chyba to również należy do obowiązków żony. Mam rację?
- Nie chcę o tym mówić - wzdycha i wbija palce w moje ramiona - To dla mnie trudna sytuacja, Justin. Jestem zakochana w innym chłopaku - auć! Wali prosto z mostu - Wcale nie chcę za Ciebie wychodzić.
- Również tego nie chcę, ale wydaje mi się, że oboje nie mamy innego wyboru. Pozostaje nam się tylko dogadać, albo w przeciwnym razie nic dobrego z tego nie wyniknie. Chodzi mi to, że nie mam ochoty na kłótnie i skakanie sobie do gardeł. Ja chcę tylko spokojnie żyć, rozumiesz? A czeka nas życie we dwoje.
- Mam ochotę wygarnąć rodzicom, co o nich myślę - złości się, a na jej twarzy wykwita rumieniec. Muszę przyznać, że wygląda uroczo, czego się nie spodziewałem. Sądziłem, że będzie to jakaś zakompleksiona brzydula, a tu proszę! - Jak mogą zmuszać nas do czegoś tak ważnego? Przecież ślub to ogromne wydarzenie w życiu dwójki osób, prawda? - przytakuję, a Marisa schyla głowę - Możemy temu jakoś zapobiec?
- Chciałbym, ale jeśli chodzi o moich rodziców, nie ma opcji. Postawili jasne warunku, mam się ustatkować, skończyć z rozrywkowym życiem i założyć rodzinę. W innym przypadku odetną mnie od kasy, której mają po samą szyję! A ja nie mam zamiaru zapierdalać i marnować życia w nędznej firmie i zarabiać grosze. Wiem, że to może być dla Ciebie śmieszne, ale wolę wygodne życie z żoną na karku, niż tę pierwszą wersję.
- Rozumiem Cię. Ja mam nieco gorzej, bo muszę zrezygnować z chłopaka, którego obdarzyłam uczuciem. Ojciec załatwił mi wymarzoną szkołę, ale będąc z Seanem mogę o tym jedynie pomarzyć.
- Wychodzi na to, że nasi rodzice postawili nas w pojebanej sytuacji, mała. Jakoś musimy sobie poradzić.
- Mówisz tak, jakby to było proste. Będziemy małżeństwem, Justin. Wiesz, co to tak naprawdę oznacza?
- Nie i szczerze? Na razie wolę tego nie wiedzieć - burczę pod nosem i pociągam ją za rękę.


Kiedy tylko wchodzimy do salonu, wszystkie oczy kierują się na nas. Jestem nieco wkurwiony, bo po rozmowie z Marisą mam jeszcze więcej wątpliwości. Niby fajna z niej laska, ale jak sama wspomniała, ślub to zajebiście poważna sprawa. Jakim cudem ma nam się udać, skoro w ogóle się nie znamy? To będzie klapa!
- Bardzo ładnie razem wyglądacie - moja mama grucha słodko i spogląda na Marisę - Jak się rozmawiało?
- Dobrze, mamo - upijam łyk wina, ale muszę się rozluźnić - Mam wrażenie, że chcecie nam coś powiedzieć.
- Tak, chcemy - tym razem głos zabiera ojciec Marisy - Zgodnie ustaliliśmy, że nie powinniście czekać ze ślubem zbyt długo - co takiego?! - Dla naszej córki tak będzie lepiej. Twoi rodzice nie mają nic przeciwko.
- O czym Ty mówisz, tato? - Marisa marszczy brwi i zaciska dłonie w pięści. Wygląda na solidnie wkurzą i zaczynam się martwić, że zaraz wybuchnie jak bomba nuklearna i rozpęta prawdziwą masakrę - Co masz na myśli mówiąc, że "nie powinniśmy czekać ze ślubem zbyt długo", hmm? Nie bardzo to rozumiem.
- To bardzo proste, córeczko. Skoro decyzja zapadła, nie ma na co czekać. Rozmawialiśmy z rodzicami Justina i ustaliśmy termin - krzywię się, kiedy dziewczyna siedząca obok mnie wbija palce w moją dłoń. Już nie jest wściekła, teraz płonie gniewem! - Ślub odbędzie się w sobotę, dwudziestego trzeciego lipca.
- C-co? - szepcze cicho i poluźnia uścisk. Jezu! Ależ ona ma dużo siły - T-to za dwa tygodnie?
- Tak, dokładnie. Jutro dopełnimy wszelkich formalności i podpiszemy papiery. Nie ma na co czekać.
- Trzeba również porządnie sprężyć się z przygotowaniami. Wybrać salę, suknię, orkiestrę. Ale nie martw się, Skarbie - mama uśmiecha się i głaszcze dłoń Marisy - Mam mnóstwo znajomości i wszystko będzie gotowe na czas. To będzie ślub jak z bajki, sama się o tym przekonasz. Zrobię wszystko, aby tak było.
- D-dziękuję - Marisa odpowiada cicho i schyla głowę. Chociaż to kompletnie nie w moim stylu, robi mi się jej żal. Jest młodsza ode mnie, rodzice chcą rozdzielić ją z chłopakiem, a ja mam być tego powodem. Po prostu kurwa lepiej być nie mogło! - Jestem zmęczona i boli mnie głowa. Chciałabym wrócić do domu.
- Oczywiście, Kochanie! Wracajmy. Dziękujemy za przepyszną kolację i bardzo miły wieczór.
- Cała przyjemność po naszej stronie. Mam nadzieję, że niebawem ponownie się spotkamy.
- Chodź - podnoszę się, pociągam za sobą Marisę i opuszczamy salon. Prowadzę ją przed dom, zaciąga się świeżym powietrzem, ale dostrzegam łzy na jej policzkach - Nie płacz, okej? - układam dłonie na jej ramionach, ale jest za późno. Szloch ucieka z jej ust i cała się trzęsie. Przytulam ją do siebie, głaszczę po plecach i uspokajam - Bądź twarda, Marisa. Pokaż im, że nie mogą Cię tym złamać, dobrze? Mnie też nie jest to na rękę, ale za chuja im tego nie pokażę - odkleja się ode mnie i marszczy brwi zaskoczona - Unieś głowę wysoko i udowodnij, że wcale nie jesteś zagubiona i rozpieprzona. Oboje stawimy temu czoła, jasne?
- Jasne - uśmiecha się niepewnie, ocieram jej policzki i całuję w czoło. Patrzę przed siebie, ale w moim ciele szaleje złość. Pierwszy raz w moją głowę uderza wizja tego, aby zrobić rodzicom na złość. Pokazać im, że jestem dorosły, odpowiedzialny i zupełnie inny, niż za jakiego mnie mają. Chcę im udowodnić, że to małżeństwo może się udać, oboje możemy być szczęśliwi. I chociaż jestem zaskoczony tokiem swojego myślenia, muszę utrzeć im nosa! - Dziękuję, Justin - Marisa szepcze cicho i całuje mnie w policzek.








Obserwatorzy

Template made by Robyn Gleams