23.10.16

Rozdział 1


Moje dłonie ślizgały się po młodym, jędrnym ciele i badały jego zakamarki. Piersi, twarde sutki, krągłe biodra i wreszcie coś, co najbardziej mnie interesowało. Coś, w co mogłem się zanurzyć, odlecieć i zapomnieć o całym świecie. Tylko tego chciałem i miałem zamiar to dostać. zawsze dostaję to, czego chcę.
- Ulotnijmy się stąd, Skarbie - szepczę do ucha uroczej blondynce, która wije się na moich kolanach i kusi.
- Chętnie, przystojniaku - odwraca głowę i posła mi seksowny uśmiech - Jesteś napalony jak diabli.
- Dziwisz się? Właśnie ocierasz się o mojego kutasa, jak mógłbym na to nie zareagować, hmm?
- Cieszę się, że tak na Ciebie działam - przygryza wargę i dociska pupę do mojego przyrodzenia.
- Kurwa! Jeśli zrobisz tak jeszcze raz obiecuję, że przelecę Cię dokładnie w tym miejscu. Chcesz tego? - zaciskam palce na jej biodrach, a ona niewinnie kręci głową. Nie wiem jakim cudem w ogóle dotrę do hotelu w takim stanie - Słusznie. Wychodzimy! - podnoszę się, stawiam ją na nogach i biorę za rękę. W mojej głowie widzę ją nagą, wijącą się pode mną i proszącą o więcej. Krzywię się, bo mój fiut reaguje na te wizje.
- A Ty dokąd?! - w drodze do wyjścia z klubu spotykam przyjaciela. Zakłada ręce na piersiach i unosi brew - Chyba nie chcesz zrobić tego, o czym właśnie myślę? - kręci głową i posyła mi to swoje poważne spojrzenie.
- Właśnie to mam zamiar zrobić, Hugo. Więc proszę, zejdź mi z drogi. Spotkamy się jutro w firmie.
- Poważnie?! Naprawdę sądzisz, że będziesz w stanie do niej dotrzeć?! Ojciec Cię zabije, wiesz o tym!
- Kurwa! Nie traktuj mnie jak dziecko! Opuszczam to miejsce, jasne? Czy Ci się to podoba, czy nie.
Nie odpowiada. Przesuwa się i przepuszcza nas. Wiem, że ma rację, ale w życiu mu tego nie powiem! Mam dość stresu i chcę się porządnie wyluzować, a ta śliczna blondynka, która idzie obok mi w tym pomoże.


Nazajutrz budzi mnie walenie do drzwi. Zaciskam szczękę, przecieram twarz rękami, ale ktoś jest potwornie uparty i nie przestaje. Łeb mi pęka, mam kapcia w pysku i ogromną ochotę przywitać gościa pięścią!
- Otwieraj, Justin! Wiem, że tam jesteś! - przewracam oczami, bo już wiem, kto stoi pod drugiej stronie. Podnoszę tyłek z łóżka, drapię się po brzuchu i ziewam przeciągle. W drodze przez hol przelotnie zerkam w lustro i krzywię się na ten widok. Kurwa! Co się ze mną stało?! Skąd ta malinka na szyi i przygryziona do krwi warga? Czyżby blondynkę nieco poniosło? Prycham pod nosem, ale była dobra! - Streszczaj dupę, cwelu!
- Idę, idę - wzdycham ciężko i otwieram drzwi. Przede mną stoi mój przyjaciel, opiera się o futrynę i zabija mnie spojrzeniem - No cześć, stary. Miło Cię widzieć - uśmiecham się, Hugo przewraca oczami i wchodzi do środka - Jasne, czuj się jak u siebie - trzaskam drzwiami, wchodzę do salonu i siadam na kanapie.
- Nie przyszedłem na pogaduszki. Ubieraj się, ogarnij do chuja, bo wyglądasz jakby przejechała po Tobie ciężarówka! Za czterdzieści minut mamy być w firmie, dzisiaj zebranie. Mam nadzieję, że pamiętałeś?
- Ja pierdole - chowam twarz w dłoniach, ale to fatalna wiadomość - Nie mogłeś mi wczoraj powiedzieć?
- Och, próbowałem! Wybacz, bo wczoraj myślałeś kutasem, a nie głową! Sam jesteś sobie winien.
- Potrafisz podnieść człowieka na duchu - burczę pod nosem, podnoszę tyłek z kanapy i idę do łazienki.

Do firmy wpadamy dosłownie w ostatniej sekundzie. Doprowadzenie się do normalnego stanu zajęło mi
więcej czasu, niż się tego spodziewałem. Kac męczy mnie niemiłosiernie, łeb nadal pęka i czekam z niecierpliwością, aż tabelka przeciwbólowa zacznie działać. W przeciwnym razie gówno ze mnie dzisiaj będzie, a ojciec ponownie się wkurwi i strzeli mi pouczającą gadkę, jakiż to jestem nieodpowiedzialny i moje zachowanie jest niewłaściwie, jak na moje dwadzieścia cztery lata. Bla, bla, bla! Jestem młody i chcę się bawić, a on włóczy mnie na te wszystkie ważne spotkania, przedstawia i dumnie głosi, że niebawem zasiądę w zarządzie jego firmy. Będę jego prawą ręką. Tsa! Nie mogę się wręcz doczekać! To oznacza tylko jedno - zapierdalanie, a mi szkoda na to czasu! Przecież trzeba korzystać z życia, brać je garściami, a nie siedzieć w firmie przez cały dzień. To takie nudne! Szkoda tylko, że moi rodzice mają zupełnie inne zdanie na ten temat. Wychowani dość rygorystycznie, z zasadami, w dobrym domu. Owszem, próbowali tego na mnie, ale coś poszło nie tak. Nie podobał im się mój bunt, posiadanie własnego zdania i mój tryb życia. Przewracam oczami, bo akurat mój tryb życia jak najbardziej mi odpowiada. Nie jestem kurwa księciem, żebym musiał chodzić odpicowany w garniturach, kłaniać się, całować kobiety w rękę i otwierać im drzwi.
- Justin! - głos ojca sprowadza mnie na ziemię. Podnoszę głowę i spotykam jego spojrzenie. Jak zawsze surowe i poważne - Jak Ty wyglądasz? Zabalowałeś wczoraj, tak? A prosiłem, żebyś dzisiaj był zwarty i gotowy! To ważne spotkanie! Przedstawię Cię członkom zarządu! Musisz się godnie prezentować!
- Chwileczkę! A co niby w moim wyglądzie jest nie tak? Mam na sobie drogi garnitur, krawat, wypolerowane buty i prezentuję się zupełnie tak samo, jak Ty! Więc o co chodzi tym razem? Jestem brudny?
- Jesteś skacowany! - uderza pięścią w stół, aż się wzdrygam. Czuję, jak Hugo kopie mnie w stopę i doskonale wiem, że przekazuje mi tym wiadomość, iż miał rację - Mogłeś chociaż ogarnąć swoje włosy!
- Hej! To jest artystyczny nieład, tato! Właśnie tak mają wyglądać, okej? To mój znak rozpoznawczy.
- Musisz się ogarnąć, rozumiesz mnie? Raz na zawsze, Justin! Więcej tego nie powtórzę i mam w nosie, że jesteś dorosły. Chcę być z Ciebie dumny i żebyś zasłużył na miejsce w zarządzie. Postaraj się! Chociaż raz daj mi powód do tego, abym nie żałował swojej decyzji - zaciskam dłonie w pięści, ale zabolało. Od zawsze staram się, chociaż wcale nie mam na to ochoty. Ojciec zmusza mnie do siedzenia w jego firmie i udzielania się. Chce zrobić ze mnie prezesa, a w przyszłości mam przejąć po nim firmę. To nie moja bajka! - Przejrzyj to - rzuca w moją stronę białą teczkę i kiwa na nią głową - To dokumentacja dzisiejszego tematu.

Po zebraniu wracam z ojcem do domu, jak posłuszny syn. Całe spotkanie poszło sprawnie, stanąłem na wysokości zadania i widziałem uśmiech ojca, kiedy opowiadałem o tym, dlaczego zasługuję na bycie członkiem zarządu. Tak naprawdę miałem to w dupie, ale zrobiłem to dla niego. Chciałem pokazać mu, że jestem twardym gościem i mimo rozrywkowego trybu życia, umiem dać z siebie wszystko. Widziałem, że był dumny i dopiąłem swego. Miałem miejsce w zarządzie firmy, a to oznaczało dodatkową, zajebistą kasę! To się właśnie liczyło, nic więcej. Dopóki miałem pieniądze, mogłem pojawiać się w firmie od czasu do czasu.
- Jak poszło? - mama wita nas w drzwiach buziakiem i prowadzi do jadalni. Rodzinny obiadek, jak uroczo!
- Bardzo dobrze. Mimo tego, że Justin był na kacu świetnie sobie poradził. Nawet mnie zaskoczył.
- To cudownie! - mama klaszcze w dłonie i uśmiecha się szeroko - Jesteś w zarządzie, Panie Prezesie.
- Tak, na to wychodzi - chrząkam i siadam przy stole. Wielka mi rzecz! - Postaram się was nie zawieźć.
- To poważna sprawa, synu. Będziesz prowadził rozmowy z różnymi firmami, zawierał transakcje. Od Ciebie wiele zależy, dlatego musisz się o postarać. Wiedz, że liczę na Ciebie - świetnie! To chciałem usłyszeć.
- Dam z siebie wszystko, tato. Właściwie... ile razy w ciągu tygodnia będę musiał być w firmie?
- Pytasz poważnie? - ojciec marszczy czoło i patrzy na mnie zdziwiony - Masz być codziennie, Justin.
- Codziennie?! - podnoszę głos, ale jestem w szoku! - Do tej pory bywałem tam dwa, trzy razy w tygodniu!
- Twoja pozycja uległa zmianie, awansowałeś. Chyba nie dotarła do Ciebie powaga sytuacji, synu. Pracujesz od ósmej do czternastej trzydzieści. Codziennie. Bez wyjątków. Tak jak ja i wszyscy ludzie w firmie.
- Niby kiedy mam się bawić, huh? - prycham pod nosem, ale jestem wkurzony. W co ja się wpakowałem?
- Cóż, pozostają Ci weekendy. Dwa dni na zabawę to całkiem sporo, synu. Praca jest ważniejsza.

- Chyba dla Ciebie! Jestem za młody, żeby spędzać w niej pięć dni w tygodniu, tato. To przesada.
- Ja tak nie uważam. Jesteś dorosłym mężczyzną, wyszalałeś się i trzeba spoważnieć. Poza tym, oboje z mamą uważamy, że powinieneś się ustatkować, ożenić i mieć dzieci. Przyszedł na to odpowiedni czas.

- Hej! Nie mam czternastu lat, tak? O tym kiedy, gdzie i z kim się ożenię to tylko i wyłączanie moja sprawa.
- Nie do końca - tata upija łyk wina i czuję, że zaraz jebnie mi taką niespodziankę, że się złożę w pół! - Nie śpieszno Ci do ślubu i wiem, że nie zrobisz tego, bo wolisz się bawić. Widzisz, sprawy się pozmieniały i nie możesz wciąż balować. Jesteś moim synem, jestem właścicielem firmy, która prowadzi interesy na całym świecie. Jesteś moją prawą ręką i nie dopuszczę do tego, abyś chlał w barach, przychodził skacowany do pracy i pieprzył przypadkowe dziwki! - podnosi głos, a ja uchylam usta zszokowany. Czy on mnie karci?! To chyba jakiś żart! - Musisz zmienić swoje życie i dumnie reprezentować firmę, której kiedyś będziesz  właścicielem. Nie mam zamiaru przeczytać w gazecie, że syn poważnego biznesmena to typowy fuckboy!
- Nie rozpędzaj się, tato! Jestem dorosły i mogę robić to, na co mam tylko ochotę! Czy to jest jasne?!
- Uważaj na słowa - mruży oczy i doskonale znam tę minę. Nie zwiastuje nic dobrego, wręcz przeciwnie - Mimo tego, iż jak sam uważasz, jesteś dorosły to wciąż daję Ci pieniądze, prawda? - unosi brew, ale doskonale wie, że wygrał. Pracuję w firmie, ale w każdej chwili może odciąć mnie od gotówki. Będę musiał wrócić do domu rodziców i płaszczyć się przed nimi. Niech to szlag! - Musimy dojść do porozumienia, Justin.
- Czego Ty ode właściwie chcesz? Wiesz, że mogę przejść do innej firmy i chrzanić Twoją kasę!
- Naprawdę? - ojciec śmieje się, jakbym opowiedział dobry dowcip - Pamiętaj, że jesteś zbyt leniwy, aby zapieprzać w innej firmie. Tam nikt nie da Ci miejsca w zarządzie, ani forów! Jesteś gotowy na prawdziwą pracę? Jeśli tak, nie zatrzymam Cię - wzrusza ramionami, spogląda na mamę i całuje jej dłoń. Nie odzywa się, nakłada odrobinę sałatki i nawet na mnie nie patrzy. Zawsze stawała po mojej stronie i kiedy teraz tego nie robi mam pewność, że jest prze.kurwa.poważnie! - Chcę zatrzymać Cię w firmie, synu. Jesteś ambitny, posiadasz wiedzę, spryt tylko brakuje Ci chęci i zapału. Wolisz się bawić, zamiast zapracować na pieniądze i moje uznanie. Możesz mieć dużo więcej, ale trzeba dać z siebie wszystko. Decyzja należy do Ciebie.
- Tsa! - przecieram twarz rękami i wzdycham ciężko. Ojciec ma na mnie haka i nie popuści! Wiem, że w innej firmie będzie o wiele gorzej, a ja nie mam ochoty opuszczać bezpiecznej przystani. Zdaję sobie sprawę również z tego, że nikt nigdy nie da mi takich pieniędzy, jakie daje mi ojciec. Mogę sobie jedynie o tym pomarzyć! Pytanie brzmi, czy opłaca mi się harówka w żałosnej, marnej firmie za grosze, czy zostanie z ojcem za grubą kasę i dostosowanie się do jego warunków? Odpowiedź wydaje się być prosta - Jeśli zostanę, czego ode mnie wymagasz? - pytam niepewnie, chociaż wcale nie podoba mi się fakt, że ustępuję.
- Oprócz obowiązków w firmie? Cóż... chcemy, abyś się ożenił - kurwa! Posrało go?! - Mówię całkowicie poważnie i to nie Ty wybierzesz sobie żonę - no nie! To już przesada! - To musi być porządna dziewczyna, ułożona, a nie byle jaka siksa z klubu. Taka, która będzie przy Tobie i będzie Twoją ozdobą i wsparciem.
- A skąd ja niby wytrzasnę Ci taką laskę, co? Nie znam nikogo takiego, tato! To nie moja liga!
- Czemu mnie to nie dziwi? - przykłada palec do ust i stuka w nie rytmicznie. Zaczyna mnie wkurzać ta rozmowa i najchętniej pojechałbym do siebie i upił się - Nie martw się o to, ponieważ mama zadbała o kandydatkę - co takiego?! Gapię się na nią, ale nie wierzę, że popiera szalony plan ojca! - Jest córką jej dobrej znajomej. Zaprosiliśmy ich dzisiaj na kolację. Lepiej dla Ciebie, żebyś dobrze wypadł w jej oczach.
- Świetnie! - odrzucam serwetkę, odsuwam krzesło i wstaję od stołu - Jadę do siebie, straciłem apetyt.


Korki w Nowym Jorku to prawdziwa masakra! Jestem potwornie wkurwiony i nie wierzę w to, czego się dowiedziałem! Ja, człowiek wolny, rozrywkowy, lubiący seks bez zobowiązań, dobrą zabawę, alkohol, piękne kobiety, mam się ustatkować i ożenić? Jak to ma niby wyglądać?! Nie umiem być wierny, nawet nie będę jej kochał. Ba! Dzisiaj zobaczę ją po raz pierwszy! Co mam zrobić, jeśli nie wpadnie mi w oko? Jeśli będzie nudna, zbyt porządna, grzeczna? Prędzej dostanę kurwicy, niż z nią wytrzymam! Ja pierdole dramat.

Kilka minut po dziewiętnastej jestem gotowy. Przyglądam się sobie w lustrze, poprawiam włosy i mrugam okiem. Wyglądam obłędnie i jestem pewny, że rzucę tą laskę na kolana. Hmm... tak, na pewno nie narzekałbym, gdyby opadła na kolana i zrobiła coś, co pozwoliłoby mi się odprężyć i zrelaksować. I chociaż to głupia myśl, przebiega po mojej głowie jak tornado: wcale nie muszę jej kochać. Wystarczy mi do tego, aby mnie zadowalać. Uśmiecham się szeroko i nagle wieczór staje się całkiem ciekawy!
- Wyluzuj, stary! Musisz na to poczekać - zerkam w dół i wzdycham. Za późno, bo mój kolega wyobraził sobie ów dziewczynę, która klęczy przede mną i ssie mojego fiuta - Świetnie! - przykładam dłoń do krocza i krzywię się. Tak cholernie chcę pojechać do klubu i wyrwać dobrą dupę, która pomoże mi ze sterczącym problemem - Zapomnij - przewracam oczami, biorę dokumenty, kluczyki od samochodu i opuszczam dom.


U rodziców jestem punktualnie. Wchodzę do domu, docieram do salonu i natychmiast mam ochotę roześmiać się na ten cyrk. Wszystko wygląda elegancko, z klasą, równo ułożone. Zastawa jest z najlepszej kolekcji mamy, dopasowane sztućce i szare serwetki. Dopiero teraz czuję, że sytuacja zaczyna mnie przerastać. Dlaczego nie zaproponowałem, abyśmy się spotkali sam na sam? Po co nam do tego rodzice?
- Cześć, braciszku! - do salonu wbiega moja siostra i rzuca się na mnie - Słyszałam, że się żenisz!
- Nie rozpędzaj się, Meggie. Dzisiaj mam ją dopiero poznać, do ślubu jeszcze daleka droga.
- Mam nadzieję, że nie będzie nudna! Nie znoszę nudnych ludzi - witaj w klubie! - I musi być ładna.
- Koniecznie - poruszam brwiami i czochram jej włosy - Przekonamy się, co to za dziewczyna.
- Wiesz, prawie oplułam się własną śliną, kiedy mama mi dzisiaj o tym powiedziała. Co Ty na to?
- To skomplikowane - wzdycham, ale wątpię, aby piętnastolatka to zrozumiała - Poza tym, jestem dorosły i trzeba się ustatkować - mam ochotę roześmiać się na własne słowa. To się za chuja nie uda!

- Och, Justin! - mama uśmiecha się, kiedy wchodzi do środka - Wyglądasz cudownie, Skarbie!
- Dzięki, mamo - wsuwam palce pod krawat, ale koszmarnie mnie uciska - Ty również - cmokam ją w policzek i chrząkam skrępowany - Kiedy ma zjawić się moja przyszła żona? - krzywię się na to dziwne słowo.
- Powinna być lada chwila. Ma na imię Marisa - hmm, ładnie - Spodoba Ci się, jest urocza i śliczna.
- Na to liczę - mówię cicho, kucam przy kominku i skupiam uwagę na trzaskającym ogniu. Zastanawiam się, jaka będzie ta dziewczyna. Czy znajdziemy wspólny język, czy będzie miła, a może wredna? Tego bym nie chciał, bo skakalibyśmy sobie do gardeł przy każdej nadarzającej się okazji. Wolę potulnego baranka, żebym mógł rządzić w tym związku - Małżeństwie - szepczę do siebie i chociaż jeszcze jej nie poznałem, dopadają mnie wątpliwości. Jestem ciekawy, dlaczego zgodziła się wyjść za człowieka, którego nigdy nie widziała na oczy? Sama tego chciała, czy może rodzice również zmusili ją do tego? - Hmmm - mruczę pod nosem, podnoszę się, ale nagle robi się małe zamieszanie. Odwracam się za siebie i staję jak wmurowany. W progu stoi kobieta, mężczyzna i dziewczyna. Gapię się na nią z zainteresowaniem i uśmiecham chytrze. Jest niższa ode mnie, mimo obcasów. Ma długie, prawie czarne włosy i ciemne oczy. Mam ochotę roześmiać się na głos, ale założyła sukienkę i nic nie mogę dojrzeć. Ani cyków, ani dupy, ani nóg. Co za cnotka! Mimo, iż to nie jest mój typ, wygląda... dobrze. 
Może wcale nie będzie tak źle?






Obserwatorzy

Template made by Robyn Gleams