20.11.16

Rozdział 4


Marisa POV:

We wtorek budzę się wcześnie. Przeciągam się leniwie, a w mojej głowie pojawia się Justin. Mimowolnie uśmiecham się na myśl o nim, bo wczorajsza randka była świetna. Zabrał mnie do niesamowitej restauracji, zaopiekował się mną, traktował jak księżniczkę. To nowość dla mnie, bo Sean nigdy nie zrobił czegoś takiego. Smutno mi z tego powodu, bo jestem dziewczyną i chciałabym, aby mój mężczyzna zabrał mnie gdzieś i potraktował wyjątkowo. Mogłam o tym jednak zapomnieć, bo Sean to twardziel i nie w głowie mu takie ckliwe rzeczy. I gdybym miała ich do siebie porównać, zdecydowanie w tym starciu wygrywa Justin. Jestem zaskoczona własnym tokiem myślenia i zaczyna podobać mi się to, jaki stosunek ma do mnie Justin.
Czy tata miał rację i moja "miłość" do Sean'
a to faktycznie zwykłe zauroczenie? W tym momencie nawet za
nim nie tęsknię, a w moich myślach jest Justin. Cholera... nie spodziewałam się tego!


Dzisiaj czeka mnie wybór sukni ślubnej. Jestem trochę zdenerwowana, ale w przeszłości nigdy o tym nie myślałam, a teraz będę musiała się na coś zdecydować. Na dodatek na miejscu czeka na nas mama Justina
oraz jego siostra. Nie jestem pewna, czy to dobry pomysł. Jak nic przegłosują mnie i postawią na swoim!
- Marisa! - Mary, mama Justina ściska mnie i całuje w policzki - Jak zawsze wyglądasz przepięknie.
- Dziękuję, Pani również - uśmiecham się niepewnie i witam również z jego siostrą - Jaki mamy plan?
- Wybrać najpiękniejszą suknię ślubną na całym świecie! - Meggie klaszcze w dłonie i ciągnie mnie za sobą.
- Suknia musi być spora, ponieważ miejsce jest jak z bajki - słyszę głos Mary, która mówi do mojej mamy. Zupełnie tak, jakby mnie tutaj nie było. Co z tego, że to mój ślub? I tak mam mało do powiedzenia - Karen! Jak dobrze Cię widzieć! - mam ochotę przewrócić oczami, kiedy Mary przytula do siebie właścicielkę salonu. Wysoką, rudą, prześliczną kobietę - To moja przyszła synowa. Potrzebujemy coś naprawdę wyjątkowego.
- Możesz na mnie liczyć. Jestem pewna, że znajdziemy dla przyszłej Panny młodej prawdziwy skarb.


Tych "skarbów" okazało się być ponad trzydzieści! Po prawie czterech godzinach marudzenia, wybrzydzania, psioczenia i moich nerwów, poszukania wreszcie dobiegają końca. Nie widzę jednak zachwytu w oczach mojej przyszłej teściowej, a tym bardziej mamy. Jedynie Meggie pała entuzjazmem i nawija, że Justin padnie, kiedy mnie zobaczy. Uśmiecham się, ale tylko ona jedna jest po mojej stronie. Dobre i to!
- Nie jestem pewna czy Twój wybór był słuszny, Kochanie - mama nie daje za wygraną nawet w drodze powrotnej do domu. Jestem głodna, zmęczona, chce mi się pić, a ona wciąż nawija - Tam było mnóstwo piękniejszych sukien, wiesz? Mary również była bardzo niepocieszona Twoim wyborem, córeczko.
- Mamo! To jest mój ślub, czy wasz? - zaciskam dłonie na kierownicy, ale mam wielką ochotę wysiąść i pójść pieszo - Mam swój własny styl, tak? Wybrałam taką, która najbardziej mi się spodobała, pasowała do mojej figury i w której czułam się świetnie. Jestem pewna, że Justinowi spodoba się tak samo, jak mnie.
- Chyba nie masz zamiaru pokazać mu jej przed ślubem?! Przecież wiesz, że to przynosi pecha!
- Jezu, nie krzycz! Nie, nie mam zamiaru mu jej pokazać wcześniej. Nie przesadzaj z tym pechem.
- Zrobiłaś się ostatnio bardzo nerwowa, wiesz? Jest coś, o czym chciałabyś ze mną porozmawiać?
- Nie, mamo. Dziękuję za dobre chęci, ale nie chcę rozmawiać. Jestem po prostu zmęczona.
- Tak, trochę nam zeszło. Jutro pojedziemy obejrzeć salę, zakochasz się w niej. Jest cudowna!
- Właściwie dlaczego nikt nie zapytał mnie o to, jaki ślub chcę? Wolałabym coś skromnego, cichego.

- Rodzice Justina prowadzą firmę, która jest znana na całym świecie. Chcą, aby ślub ich syna był ogromnym wydarzeniem, Marisa. Musisz ich zrozumieć, ponieważ są rozpoznawalnymi ludźmi. Są bardzo zamożni.
- Och, no tak. Pieniądze - wzdycham wkurzona, ale nic więcej nie mówię. Mam serdecznie dość!



Justin POV:
W środę umawiam się z Hugo. Nie widzieliśmy się od sobotniego zebrania w firmie, ale wyjechał na konferencję do Las Vegas. Wrócił wczoraj wieczorem i jest do tyłu z nowościami w moim życiu.
- Sorry za spóźnienie - opada na krzesło i rozpina guzik marynarki - Te przeklęte korki mnie wykończą.
- Powinieneś się do tego przyzwyczaić. Mieszkasz tutaj całe życie - kręcę głową i nabijam się z niego.
- Wiem, ale to nie zmienia faktu, że korki to najbardziej wkurwiająca rzecz na świecie!
- Wyluzuj, napij się wody. Mam dla Ciebie taką wiadomość, że się posrasz ze zdziwienia, stary!
- O czym Ty mówisz? - upija łyk wody i wlepia we mnie spojrzenie - Tylko nie mów, że którąś zapyliłeś?
- Ochujałeś?! - wybucham śmiechem i przeczesuję włosy - Debil z Ciebie, Hugo. Za każdym razem mam głowę na karku i wiem, co to takiego gumka. Nie martw się o to - mrugam okiem i biorę oddech - Właściwie chodzi o kobietę - opieram łokcie na stole i widzę w jego oczach ogromną ciekawość - W skrócie: żenię się.
- Co się? - gapi się na mnie jakby zobaczył ducha, dosłownie! - Jaja sobie robisz? Ty? Bo uwierzę!
- Zapytaj mojego ojca, a wszystko Ci opowie. Wymyślił sobie z matką sposób na ustatkowanie mnie.
- Pierdolisz! Więc mówisz poważnie? - gapi się na mnie zszokowany i głośno wypuszcza powietrze - Nie ukrywam, wbiłeś mnie w ziemię, stary! Jakim cudem do tego doszło? Ty i ślub? To zupełnie nie Twoja liga.
- Zdaję sobie z tego sprawę, jednak ojciec naprawdę postawił mnie pod ścianą. Zażądał, abym się ożenił i założył rodzinę albo odetnie mnie od pieniędzy. Czaisz to?! - prycham wkurzony i chyba wciąż nie wierzę, że wymyślił coś takiego - Zagroziłem nawet, że mogę przejść do innej firmy, ale wyśmiał mnie i powiedział, że jestem zbyt leniwy na porządne zapierdalanie. Ma rację, niestety! - przewracam oczami, a Hugo parska śmiechem - Nikt nie da mi takiej forsy jak ojciec. Musiałbym harować jak wół, przyjacielu.
- To prawda, a Ty masz takie delikatne dłonie - uderza mnie w ramię, aż się krzywię - Jestem w szoku, poważnie! Więc, zgodziłeś się ożenić tylko po to, aby móc nadal dostawać forsę od ojca? Nie wierzę!
- Poniekąd. Jestem Prezesem, będę w zarządzie i muszę pojawiać się w firmie codziennie. Podoba mi się moje wygodne życie, Hugo i chcę, żeby takie zostało. Zresztą, to tylko ślub, nie? Pestka, nic wielkiego.
- Och, serio? Jak dla mnie ślub to bardzo poważna sprawa. Wiesz, taka na całe życie. Nie byle co!
- Nie przesadzaj, zawsze można się rozwieść. Chociaż z Marisą może być cholernie interesująco.
- Marisa, tak? - Hugo uśmiecha się chytrze i przykłada palec do brody - Kiedy ją poznam, hmm?
- Może dzisiaj wieczorem? Moglibyśmy wybrać się na drinka do Gub Club. Przyda nam się.
- Chętnie. Nie mogę się wręcz doczekać, kiedy zobaczę Twoją przyszłą żonę na własne oczy.
- Jest niezłą laską, bracie! Na początku bałem się, że to będzie kompletna katastrofa, ale chociaż Marisa
to nie jest mój typ, cholernie mi się podoba. Zdecydowanie ma w sobie to coś. Sam się o tym przekonasz.
- No proszę! Usłyszeć takie słowa z Twoich ust to naprawdę coś wielkiego! Jestem pod wrażeniem.
- Nie przesadzaj - mrugam okiem, kelner przynosi lunch dla Hugo, a ja upijam łyk pysznej kawy.


W drodze do domu zahaczam o dom Marisy. Mógłbym zadzwonić, ale skoro byłem w okolicy to osobiście poinformuję ją o spotkaniu z moim przyjacielem. Oby tylko miała na to ochotę, bo nie chcę go rozczarować.
- Justin! - w progu wita mnie Chloe, mama Marisy - Jak miło Cię widzieć, Skarbie. Proszę, wejdź.
- Dzień dobry. Byłem niedaleko i pomyślałem, że zajrzę do mojej przyszłej żony. Zastałem ją?
- Oczywiście! Jest u siebie, ostatnie drzwi na lewo. Jestem podekscytowana waszym ślubem! Szkoda, że nie zdecydowała się na żadnen model sukni, którą doradzałam jej razem z Twoją mamą. Jest taka uparta!
- Wierzę, że suknia jest piękna - uśmiecham się, Chloe wzdycha rozczarowana i zostawia mnie samego na schodach. Nie rozumiem, dlaczego kobiety przywiązują aż tak ogromną wagę do sukienki. Przecież to tylko kiecka, nie? - Z babami - prycham pod nosem, wchodzę na piętro i idę wzdłuż długiego, jasnego korytarza. Docieram na sam jego koniec i pukam cichutko do drzwi Marisy. Nie odpowiada, zastanawiam się czy w ogóle tam jest i postanawiam wejść. Cichutko uchylam drzwi, wsadzam głowę do środka i rozglądam się z zainteresowaniem. Jestem tutaj po raz pierwszy, ale Marisa ma naprawdę świetny gust. Uśmiecham się, wchodzę do środka i zamykam za sobą drzwi. Podchodzę do łóżka i przyglądam się dziewczynie, która słodko śpi. Jej długie, ciemne włosy rozrzucone są po całej poduszce, ręce ułożone nad głową i ma lekko rozchylone usta. Przełykam ślinę, ale ma na sobie tylko krótkie, białe spodenki i bluzkę, która odsłania cały jej brzuch. Niech to szlag! Jej ciało jest niesamowite i przyłapuję się na tym, jak bardzo chciałbym jej dotknąć. Tak, jak facet dotyka kobietę - Och, maleńka - szepczę do siebie, siadam obok niej i odsuwam kosmyk włosów z jej czoła. Nie reaguje i nadal smacznie sobie śpi, a do mojej głowy wpada niezły pomysł. Jednym ruchem zsuwam buty i układam się obok niej. Kładę dłoń na jej brzuchu, a usta przykładam do szyi. Składam na niej mokre pocałunki, przygryzam, a Marisa porusza się niespokojnie. Przestaję na moment, aż nieruchomieje i zabieram się do dalszej pracy. Tym razem zsuwam się w dół i moje usta lądują na brzuchu, który jest płaski i opalony. Pieszczę go dłonią, całuję i sunę w górę. Odchylam koszulkę i zamieram, bo orientuję się, że Marisa nie ma na sobie stanika! Gapię się na jej cyki jakbym nigdy wcześniej nie widział piersi, ale są kurewsko zajebiste! Bez namysłu obejmuję je dłońmi, a usta zaciskam na sutku. Dziewczyna natychmiast się porusza, oblizuje wargę i jęczy cicho. Nie przerywam pieszczot, chociaż powinienem to zrobić. Kutas uwiera mnie boleśnie i nie marzę o niczym innym, jak zanurzyć się w niej i odlecieć! - Ja pierdole - syczę przez zęby, rozchylam jej nogi i układam się wygodniej. Jaka, że dzielą nas ubrania.
- J-Justin? - głos Marisy sprowadza mnie na ziemię. Podnoszę głowę, nasze oczy się spotykają, ale widzę, jak bardzo jest zaskoczona i wciąż zaspana. Wygląda uroczo, słodko i tak... seksownie! - Co Ty tutaj robisz?
- Przyszedłem do Ciebie? - uśmiecham się i niewinnie cmokam ją w usta - Stęskniłem się, złotko.
- Och! Dlaczego trzymasz dłonie na moich piersiach? - otwiera szeroko oczy i zawstydza się.
- Ponieważ mogę? - unoszę brew i pocieram sutek kciukiem. Zaciska usta, ale doskonale wiem, jak działa to na kobiety. Mam to w jednym palcu! - Dobrze Ci, prawda? Powiedz to, chcę usłyszeć to z Twoich ust.
- Przestań, Justin - chwyta moje nadgarstki i próbuje je odciągnąć - Nie żartuję, nie powinieneś tego robić. Znamy się raptem kilka dni, rozpędziłeś się - dyszy ciężko, kiedy szczypię sutek palcami - Nie rób tego.
- Ciii, spokojnie. Nie zrobię Ci krzywdy, chcę sprawić Ci przyjemność. Odpręż się, nie myśl o niczym.
- Powiedziałam nie! - podnosi nieco głos i jakimś cudem uwalnia się spod mojego ciała. Świetnie!
- Jeeezu, o co Ci chodzi? - przekręcam się na plecy, zakładam ręce za głowę i patrzę na dziewczynę.
- Jeszcze pytasz? Wchodzisz do mojego pokoju i dobierasz się do mnie! Przecież czekamy do ślubu, tak?
- Ty chciałaś czekać, ja najchętniej już teraz poszedłbym na całość. Jestem podniecony jak diabli.
- Radzę Ci się uzbroić w cierpliwość, Justin. Do ślubu pozostało całe dziesięć dni. Dasz radę?
- Czy dam radę? No nie wiem... dam? - pytam i wlepiam w nią spojrzenie. To proste, że oszaleję!
- Mam nadzieję, że Ci się to uda. Pamiętaj, że nienawidzę zdrady i powinieneś nauczyć się wierności.
- Dziękuję za radę, Kochanie. Jednak Ty musisz wiedzieć, że nigdy nie dochowałem nikomu wierności.
- Więc wychodzi na to, że będę pierwsza - uśmiecha się, klaszcze w dłonie i narzuca na siebie cieniutką narzutkę. Szkoda! Widok był naprawdę zajebisty! - Skoro tutaj jesteś, masz do mnie sprawę?
- Tak. Dzisiaj o dwudziestej jesteśmy umówieni w pabie z moim przyjacielem. Chciał Cię poznać.
- Och - schyla głowę, ciaśniej owija się narzutką i wygląda na smutną - W porządku. Nie mam nic przeciwko.
- Coś się stało? Jeśli nie masz ochoty, wcale nie musimy tam iść. Nie będę Cię do niczego zmuszał.
- Nie, jest okej. Po prostu... - wzdycha zrezygnowana i opada na krzesło - Przypomniałam sobie, że nie mam przyjaciółki - jak to nie ma?! Każda dziewczyna ma psiapsiółkę, prawda? - Odkąd zaczęłam spotykać się z Sean'em, wszyscy się ode mnie odwrócili - niepewnie podnosi głowę i patrzy na mnie oczami szczeniaka.

- Chodź tutaj - wystawiam dłoń, Marisa marszczy brwi i patrzy na mnie zaskoczona - No śmiało, nic Ci nie zrobię. Nie bój się - podnosi się, podchodzi do łóżka i układa się obok mnie. Przytulam ją do siebie, ale wciąż zapominam, że ona ma tylko dwadzieścia lat. Dzieli nas zaledwie lub aż cztery lata, a jednak jestem dorosłym facetem, a ona wciąż dzieckiem. Dlaczego jej posrani rodzice chcą wydać ją za mąż? Czy to normalne? - Skoro się od Ciebie odwrócili, to znaczy, że nie byli prawdziwymi przyjaciółmi. Prawdziwi przyjaciele są na dobre i na złe, maleńka. Choćby się waliło i paliło, trwają u boku i podają pomocną dłoń. Skoro uciekli tylko dlatego, bo byłaś z nieodpowiednim gościem to nie powinnaś w ogóle się nimi przejmować. Nie warto - głaszczę ją po włosach i wreszcie rozluźnia napięte ciało - Niebawem pójdziesz do nowej szkoły i poznasz wielu ludzi. Na pewno się z kimś zaprzyjaźnisz - podnosi głowę i obdarza mnie lekkim, ale jakże pięknym uśmiechem.


Wracam do swojego domu i rzucam klucze na szafkę. Jestem nieco sfrustrowany i mój fiut nie daje mi spokoju. Nie uprawiałem seksu od... soboty, a to dla mnie wieczność! Sądziłem, że Marisą pójdzie mi dzisiaj sprawnie, ale cholerne się pomyliłem. Kurwa! Podnieciłem ją, doskonale to widziałem, a mimo wszystko i tak mnie olała! Zachciało jej się czekać do ślubu, jakby to miało cokolwiek zmienić. Świetnie! Poważnie myśli, że wytrzymam dziesięć, koszmarnie długich dni? Prędzej mój kutas uschnie i nici z nocy poślubnej.

Biorę orzeźwiający prysznic, owijam ręcznik wokół bioder, ale nagle rozlega się dzwonek do drzwi. Marszczę brwi i zastanawiam się, kogo niesie o tej godzinie. Dochodzi dopiero siedemnasta i nie spodziewam się nikogo. A może to moja przyszła żona się rozmyśliła i przyszła po więcej? Na mojej twarzy pojawia się głupkowaty uśmiech, ale szybko znika, kiedy otwieram drzwi i widzę, kto postanowił złożyć mi wizytę.
- Cześć, Skarbie. Wpuścisz mnie, czy mam tak stać? - Luna uśmiecha się, sunie palcem po moim nagim torsie i przygryza usta. Ta laska doprowadza mnie do obłędu! - Tęskniłam za Tobą. Dawno się nie widzieliśmy.
- Naprawdę? Chyba w zeszłą środę - mrugam zadziornie i wciągam ją do środka. Nie daję szansy na odpowiedź, przypieram ją do ściany i wpijam się w jej usta. Jestem podniecony po akcji z Marisą, ale teraz nareszcie będę mógł pozbyć się tego ciśnienia z mojego ciała - Mam ochotę na dobrą zabawę.
- Wiem, po co tutaj jestem - patrzy mi w oczy, odsuwa się nieco i jednym ruchem pozbywa swojej krótkiej sukienki. Nie ma nic pod spodem i muszę przytrzymać się ściany, bo jej widok zwala mnie z nóg - Od czego mam zacząć, hmmm? - kusi mnie, sunie dłońmi po moim torsie i kieruje się w dół. Mój ręcznik ląduje obok sukienki, a Luna wpatruje się w mojego kutasa - Podoba mi się ten widok. Czyżbyś na mnie czekał?
- Zdecydowanie, Skarbie. A teraz bierz się do roboty i spraw, żebym totalnie odleciał. Potrzebuję tego.
- Wiem - seksownie oblizuje usta, opada na kolana i wsuwa mojego kutasa do ust. Och, tak!





13.11.16

Rozdział 3



Marisa POV:
Poniedziałek budzi mnie dość wcześnie. Przeciągam się leniwie, spoglądam na zegarek, ale dochodzi dopiero ósma piętnaście. Liczę na to, że rodziców nie ma już w domu i dzięki temu będę miała święty spokój. Potrzebuję tego po wczorajszej kolacji, chociaż wypadła całkiem nieźle. Co dziwne, Justin okazał się być w porządku i trochę podniósł mnie na duchu. Zawsze mogłam trafić o wiele gorzej, prawda?

Biorę prysznic, jem śniadanie i przenoszę się do ogrodu. Wystawiam twarz do słońca, wyłączam myślenie i delektuję się tym pięknym dniem. Jednak czuję, jak ktoś niespodziewanie zasłania mi oczy i całuje w głowę.
- Cześć, maleńka - Sean przysiada obok i natychmiast porywa mnie na swoje kolana - Tęskniłem za Tobą jak jasna cholera! - zachłannie wpija się w moje usta, wślizguje język do środka i pieści go namiętnie. Jego dłonie wędrują po moim ciele, ściskają pupę, piersi i jednym ruchem odsuwa miseczkę od bikini - Mmmm, pragnę Cię - odwraca mnie, układa na leżaku i sunie ustami po moim brzuchu. Cholera! Nie mogę.
- S-sean, nie - odsuwam się od niego, siadam i widzę jego zaskoczone spojrzenie - Nie mam ochoty.
- Poważnie?! To coś nowego, Skarbie - prycha rozbawiony i wpatruje się we mnie - Od kiedy, hmm? 

- Przestań, dobrze? Nie żartuj sobie - wsuwam palce we włosy i schylam głowę - Sytuacja się zmieniła.
- Zmieniła? Co masz przez to na myśli? - przesuwa się, podnosi moją głowę i unosi brew - No mów.
- Musimy się rozstać - zaciskam usta, ale te słowa ledwo przechodzą mi przez gardło. Jednak nie mam innego wyjścia, ponieważ to małżeństwo ma nas przecież rozdzielić - Tak będzie lepiej. To i tak się nie uda.
- Co Ty pieprzysz, Marisa?! - podnosi głos, zrywa się na równe nogi i zakłada ręce na biodrach. Bywały chwile, kiedy Sean'a ponosiła złość i wyładowywał ją na wszystkich dookoła. Nigdy mnie nie uderzył, chociaż wrzeszczał nie raz - Skąd ten pomysł, że to się nie uda? Twój ojciec maczał w tym palce, mam rację?
- Nie. To jest tylko i wyłącznie moja decyzja. 
Nasz związek ma marne szanse na przetrwanie, ponieważ dzieli nas naprawdę wiele, Sean. Jestem młoda, Ty jesteś dorosły. Chyba dopiero teraz to do mnie dotarło.
- A co ma do tego wiek, huh?! Jakoś wcześniej w ogóle Ci to nie przeszkadzało! Ba! Podobało Ci się!
- Wiem! Nie krzycz! - oddycham głębiej, ale sytuacja zaczyna mnie przerastać. Najchętniej wtuliłabym się w jego silne ramiona i rozpłakała jak małe dziecko. Mimo wszystko muszę być silna, bo zostały mi postawione jasne zasady. Marzę o nowej szkole, a wiem, że ojciec może mi to odebrać w jednej chwili. Nawet nie drgnie mu powieka - Kocham Cię, ale mamy inne priorytety w życiu. Ty masz swój biznes, a ja szkołę.
- Nadal nie rozumiem, o czym do mnie mówisz? Możesz podać mi konkretny powód? Będzie łatwiej.
- Nie utrudniaj mi tego, okej? Nie możemy być razem, bo moi rodzice nigdy tego nie zaakceptują.
- Chrzanić ich! Od kiedy obchodzi Cię ich zdanie, co? Od trzech miesięcy miałaś to kompletnie w dupie!
- Po prostu uszanuj moją decyzję, o to Cię proszę. Nie chcę się z Tobą kłócić, rozstańmy się w zgodzie.
- W zgodzie?! - krzyczy, podnosi mnie i wbija palce w moje ramiona. Jego wzrok dosłownie mnie morduje i doskonale znam takiego Sean'a - Zależy mi na Tobie, a Ty chcesz mnie spławić?! Co jest z Tobą nie tak?! - nim się orientuję, wybucham płaczem. Trzęsę, bo sytuacja jest ostro skomplikowana i popieprzona! - Ciii, przepraszam. Nie powinienem był krzyczeć, ale wyprowadziłaś mnie z równowagi - przytula mnie, uspokaja i kołysze na boki - Uwielbiam Cię. Wiesz o tym - przytakuję, bo brak mi słów. Wszystko poszło nie tak, a jego ramiona dają mi wsparcie i poczucie bezpieczeństwa - Obiecuję, że wszystko będzie dobrze.


Kilka minut po dwunastej w południe dzwoni do mnie mama. Nie mam ochoty na rozmowę, ale odbieram.
- Marisa? Byłam w kościele z mamą Justina! Udało nam się zarezerwować termin! Cudownie, prawda?
- Tak, mamo. To świetna wiadomość, cieszę się - wzdycham i opadam na łóżko - Coś jeszcze?
- Jutro jesteśmy umówione w salonie sukien ślubnych! Musisz coś wybrać, bo czasu jest nie wiele.
- Wiem, ale to tylko i wyłącznie wasza zasługa, prawda? Bardzo wam się śpieszy, nie podoba mi się to.
- Wiem, Kochanie. Niestety nic na to nie poradzę, bo to ojciec ma tutaj decydujące słowo.
- Szkoda. Dawnej byłaś moją przyjaciółką, mówiłam Ci o wszystkim. Teraz już nie wiem, kim jesteś.
- Córeczko, nie mów tak. Wiesz, że zawsze możesz na mnie liczyć! Zawsze Ci we wszystkim pomogę.
- Naprawdę? Więc pomóż mi teraz i odwalaj tą całą szopkę. Nie chcę tego ślubu, Justin też nie.
- Uwierz mi, to dla waszego dobra. Zobaczycie, jak to małżeństwo dobrze na was wpłynie
.
- Tak, z pewnością. Poznaliśmy się zaledwie wczoraj, a za dwa tygodnie bierzemy ślub. Bosko!
- Justin zabierze Cię dzisiaj na randkę - och, cudnie! - Powinien niebawem do Ciebie zadzwonić.
- Muszę kończyć, mamo. Miłego dnia - rozłączam się, nie dając jej powiedzieć nic więcej.

Justin nie dzwoni, a zjawia się u mnie punkt piętnasta. Jestem nieco zaskoczona, ale wpuszczam go do
środka. Prowadzę do salonu, rozgląda się i uśmiecha uroczo. Nie wierzę, że będzie moim mężem.
- Miałem zadzwonić, jednak postanowiłem zrobić Ci niespodziankę. Rozmawiałem z Twoją mamą, poinformowała mnie, że masz wakacje i nudzisz się w domu. Więc oto jestem! - rozkłada ramiona i czeka,
aż podejdę. Przewracam oczami i posłusznie przytulam się do jego torsu - Jak się ma moja przyszła,
śliczna żona? - mam ochotę mu przywalić! Serio ma zamiar mnie tak nazywać? - Wyglądasz na smutną.
- Wszystko jest w porządku. Chyba po prostu mam dzisiaj gorszy dzień. Nie przejmuj się, to nic wielkiego.
- Poprawię Ci go. Ubierz się i zabiorę Cię w fajne miejsce. Myślę, że powinno Ci się spodobać.




Justin POV:
Prowadzę samochód, obok siedzi Marisa i przełącza stację w radiu. Od kilku minut szuka czegoś ciekawego
do posłuchania, ale jak na złość zero muzyki, a same wiadomości. Irytuje się wreszcie i kapituluje.
- Jeśli chcesz posłuchać muzyki, możesz włączyć odtwarzać. Wiesz o tym, Skarbie? - uśmiecham się i mrugam okiem. Chichocze uroczo i zawstydza się. Sam uruchamiam muzykę i chyba trafiam w jej gust, bo wreszcie opiera się o siedzenie i odpręża - Niestety trafiliśmy na korki. Po prostu kocham to w tym mieście.
- Znam ten ból. Jeździłam tędy do szkoły i codziennie musiałam to przerabiać. Istne szaleństwo! - poprawia pas i wierci się na siedzeniu - Justin, mogę Ci coś powiedzieć? - marszczę brwi, ale zaciekawiła mnie. Przytakuję głową, a Marisa kontynuuje - Zachowaj to dla siebie, bo nie chcę, żeby rodzice się o tym dowiedzieli - oho! Chyba czuję nosem, co się święci - Dzisiaj rano był u mnie Sean - wzdycha ciężko i odgarnia włosy z czoła - Chciałam z nim zerwać, jednak cała rozmowa potoczyła się fatalnie. Moje argumenty do niego nie trafiły, ma mnie w nosie i czuję, że on tak łatwo nie odpuści. Co mam zrobić?
- Nie mam pojęcia. Pewne jest to, że jeśli nie odpuści, Twój ojciec wpadnie w szał i będzie źle. Właśnie po to chce Cię wydać za mąż, aby was rozdzielić. Obawiam się, że może narobić sobie kłopotów.
- Wiem, a wcale tego dla niego nie chcę. Kocham go, ale jakie mam inne wyjście? Muszę to zrobić.
- Naprawdę go kochasz, czy może to głupie zauroczenie, hmm? Wybacz to pytanie, nie chcę Cię urazić.
- Nie wiem, Justin. Wydaje mi się, że go kocham. Imponował mi, jest starszy ode mnie, zajmuje się szemranymi interesami. Zły chłopiec, który jest z grzeczną dziewczynką. Kręciło mnie to, bo był to zupełnie inny świat. 
I tak ostatnio coś zaczęło się między nami psuć. Teraz mam mętlik w głowie i mieszane uczucia. 
- Wiesz, że to nie jest miejsce dla Ciebie? Jesteś za młoda i tutaj podzielam zdanie Twojego ojca. Po co masz się wpieprzyć w kłopoty, skoro ten chłopak mógłby do tego doprowadzić? Przed Tobą fajna przyszłość, idziesz na wymarzone studia i szkoda byłoby to zaprzepaścić, czyż nie? - przytakuje od razu i ku mojemu zaskoczeniu, chwyta moją dłoń. Zatrzymuję się na światłach i przekręcam głowę, aby spojrzeć jej w oczy - Nie martw się, coś wymyślimy. Twój tata nienawidzi tego gościa i nie pewno nie pozwoli, żeby kręcił się obok Ciebie. Zresztą, ja chyba też tego nie chcę - poruszam brwiami, a Marisa uderza mnie w ramię - Ej, za co oberwałem? - oburzam się na żarty, ale zaczynam lubić tą dziewczynę. Jest zabawna i zadziorna.
- Nie udawaj takiego zazdrosnego - wystawia język, kręcę głową rozbawiony i ruszam ze świateł.


Pomagam wysiąść Marisie, podaję jej dłoń i prowadzę do restauracji. Lubię to miejsce i często jem tutaj szybki lunch razem z Hugo. A właśnie! Nic nie wie o szalonym planie moich rodziców i chyba padnie na zawał, kiedy mu opowiem. Będzie potwornie zaskoczony tym, jaką kobietę wybrali dla mnie rodzice. Marisa nie jest w moim typie. Wolę blondynki ze sporymi cyckami i fajną dupą. Mojej przyszłej żonie niczego nie brakuje, ale chętnie zobaczyłbym jej kuszące ciało nago. Dzisiaj wygląda pięknie i ma świetne nogi.
- Musimy wjechać na samą górę - prowadzę ją do rzędu wind, wciskam guzik i jak na zawołanie dociera do nas charakterystyczny dźwięk. Przepuszczam ją w drzwiach, wciskam przycisk z ostatnim piętrem i ruszamy w górę - Mam nadzieję, że Twój humor nieco się już poprawił? - obejmuję ją w pasie i przyciągam do siebie. Niepewnie przytakuje i nerwowo wbija zęby w wargę. Poznałem ją zaledwie wczoraj, ale wiem już, że jest to odruch jej zdenerwowania - Wstydzisz się mnie? - pytam cicho, dotykam kciukiem jej ust, a Marisa się spina. Czuję to doskonale - Nie musisz. Nie zrobię Ci krzywdy, wiesz o tym - uśmiecha się lekko, przenosi dłonie na moje ramiona i wreszcie się rozluźnia. Jest naprawdę piękną kobietą i myślę sobie, że seks z nią również będzie całkiem przyjemny. Wręcz nie mogę się już tego doczekać, chociaż mam dziwne przeczucie, że będę musiał poczekać z tym do ślubu. Dwa tygodnie bez seksu? Odpada! - Mogę Cię pocałować? - wolę zapytać, niż ją przestraszyć. Nie wiem jakiej reakcji się spodziewać, a nie chcę ją do siebie zniechęcić. Jednak Marisa pierwsza zbliża się i dotyka moich ust swoimi. Od ostatniej imprezy nie miałem kobiety, a minęły trzy długie dni. Pocałunek działa na mnie jak porażenie pioruna i nim się orientuję, zachłannie wpijam się w jej soczyste, słodkie usta i wślizguję język do środka. Uczucie jest niesamowicie dobre i nabieram ochoty na dużo więcej. Dociskam ją do siebie mocniej, jedną dłoń wsuwam w jej włosy, a drugą układam na plecach. Liczę na to, że mnie nie odepchnie, ale ku mojemu zaskoczeniu wcale tego nie robi. Za to z jej ust ucieka cichutki, kurewsko seksowny jęk i mój fiut budzi się do życia. Jak mógłby na to nie zareagować, skoro w mojej głowie już jest naga, wijąca się i prosząca o więcej? - Kurwa - dyszę w jej usta i wariuję. Dosłownie! - Pragnę Cię, maleńka - zsuwam usta na szyję, przygryzam ją zębami, a Marisa odchyla głowę i daje mi lepszy dostęp. Jestem zaskoczony, że mi na to pozwala. Sądziłem, że da mi w pysk.
- J-Justin - jąka się, sunie dłońmi po moich plecach i wbija w nie paznokcie - Jesteśmy w windzie.
- Wiem - zbieram w sobie wszystkie siły i odrywam się od niej. Oddycha głęboko, ma lekko rozchylone usta i patrzy na mnie tymi wielkimi, ciemnymi oczami - Wybacz, trochę mnie poniosło. Jesteś na mnie zła?
- Nie. Przecież będziesz moim mężem - zawstydza się i poprawia kołnierzyk w mojej koszulce.
- Więc mam pozwolenie na coś więcej? - uśmiecham się chytrze i układam dłoń na jej piersi. Och, tak!
- Nie. Na to jest zdecydowanie za wcześnie, mój drogi - mruga rozbawiona i odpycha moją dłoń.
- Chcesz czekać do ślubu, tak? - pytam, chociaż doskonale znam odpowiedź - Po prostu mi to powiedz.
- Tak, chciałabym poczekać. Wiesz, znamy się od wczoraj, a to wszystko idzie w szalonym tempie.
- Nie ma sprawy, poczekamy - poprawiam jej włosy, jednak wcale łatwo nie będzie. Muszę uzbroić się w cierpliwość albo przed ślubem zaliczyć 
jeszcze kilka lasek. Przecież ona wcale nie musi o tym wiedzieć, prawda? Zrobię takie małe pożegnanie mojego kawalerskiego życia - Jesteśmy - wreszcie docieramy na samą górę, opuszczamy windę i idziemy wzdłuż korytarza. Kiedy wchodzimy do restauracji, Marisa uśmiecha się szeroko. Wiedziałem, że spodoba jej się to miejsce - I jak, Kochanie? - układam dłoń na jej plecach i prowadzę do stolika. Odsuwam dla niej krzesło, ale trzeba być dżentelmenem dla swojej kobiety. A co!
- Tutaj jest po prostu obłędnie! - zaciąga się powietrzem i na chwilę zamyka oczy - Piękne miejsce.
- Cieszę się, że Cię nie zawiodłem - nalewam wody do jej kieliszka i to samo robię ze swoim.
- Witamy w Vista Bar - miły kelner podaje mi menu i czeka, aż złożymy zamówienie. Wybór jest spory.
- Mam ochotę na pyszny makaron - Marisa spogląda w kartę i wybiera ten z krewetkami i pietruszką.
- Ja poproszę to, co zawsze - mrugam do kelnera, oddaję menu i ponownie zostajemy sami.
- To, co zawsze? - Marisa unosi brew, opiera łokcie na stole i podpiera brodę na dłoniach - Bywasz tutaj?
- Tak, dosyć często. Spotykam się z moim przyjacielem w tej restauracji. Jego znajomy jest szefem kuchni.
- Ile kobiet tutaj zabrałeś? - wow, zaskakuje mnie jej pytanie - Nie patrz tak na mnie, jestem ciekawa.
- Żadnej - wzruszam ramionami i upijam łyk wody. Marisa prycha pod nosem i mruży oczy - Mówiłem Ci, że jestem typem imprezowicza, który lubi się zabawić. Nie zapraszam kobiet na randki, Skarbie - mrugam zadziornie, a ona kręci głową i przewraca oczami - Jesteś pierwszą, którą tutaj zabrałem.
- Chyba czuję się... zaszczycona? Tak, to zaszczyt, że taki chłopak jak Ty, zaprosił mnie na randkę.
- Cóż, czas się zmienić, prawda? Tego oczekują ode mnie moi rodzice, więc staram się dla Ciebie.
- To miłe - patrzy na mnie z rozczuleniem i oblizuje usta - Nigdy nie byłam na randce - co takiego?

- Nie? A to nowość! Twój chłopak nigdy nie zabrał Cię do restauracji, czy w jakieś ładne miejsce?
- Nie. Sean nie miał czasu na takie rzeczy, musiał pilnować interesu. Przebywałam tylko w jego domu.
- Cienias z niego, wiesz? Kiedy posiada się dziewczynę, trzeba o nią dbać. Słabo mu to wychodziło.
- Myślę, że Sean nie lubi tych słodkich rzeczy. Wiesz... randki, trzymanie się za ręce, czułe pocałunki.
- Też nie jestem typem romantyka, ale jeśli wymaga tego sytuacja, umiem to dobrze zorganizować.
- To prawda, dzisiaj Ci się udało - przekręca głowę i spogląda na przepiękny widok - Tak tu cicho.
- Państwa zamówienie - do stolika podchodzi kelner i stawia przed nami talerze. Umieram z głodu!
- Dziękujemy, Pablo - klepię go po ramieniu, salutuje i zostawia nas samych - Wcinaj. Mają pyszne jedzenie.
- Tak, to wygląda naprawdę świetnie! - klaszcze w dłonie i zabiera się za makaron - O jezusie! Pycha!
- Jesteś taka zabawna - kręcę głową z rozbawieniem i tym razem nalewam wina do jej kieliszka.

Randka przebiega w zajebistej atmosferze. Przenosimy się tuż obok, na uroczą, okrągłą kanapę z kilkoma poduszkami. Marisa leży obok mnie, opowiada o swoim dzieciństwie i nawija jak katarynka. Wino dodało jej odwagi, jednak całkiem przyjemnie się jej słucha. Wcale nie przeszkadza mi jej wesołe trajkotanie, wręcz przeciwnie, mam wrażenie jakbym znał ją całe życie. Może nasze małżeństwo nie będzie takie złe?
- To Twój? - pyta, kiedy nagle rozlega się dzwonek telefonu. Wyciągam swój z kieszeni, ale wyświetlacz jest czarny - Więc jednak mój - przewraca oczami, podnosi się i sięga po torebkę. Kiedy spogląda, kto dzwoni, nagle na jej twarzy pojawia się smutek - To Sean - wzdycha ciężko i niepewnie na mnie spogląda.
- Nie odbieraj - biorę telefon z jej rąk, odrzucam połączenie i wyłączam go - Nie przejmuj się nim, to przeszłość. Ja jestem Twoją przyszłością, Kochanie. A teraz chodź do mnie - przyciągam ją na swoje ciało, nie czekam na jej sprzeciw i nasze usta ponownie się spotykają. Cholera! Zdecydowanie to polubię.







*****************************************************
Hello! :)
Jako, że nie ma jeszcze ustalonego dnia dodawania rozdziałów, pasuje wam jak będę dodawać w niedzielę?
MSL w środy, to w niedziele. Pasuje? :)

Jak wrażenia po koncercie? :)
Ja nadal nie mogę się pozbierać i wciąż nie wierzę, że tam byłam! Coś niesamowitego!
- pomimo tego, że organizacja koncertu to tragedia przez duże T
 - pomimo stania pod areną od 11 do 18:30,
- pomimo wkurwa, ponieważ nie weszliśmy wcześniej, a mieliśmy GC EE (teraz już tak nie narzekam, bo czytałam, że ludzie z trybun weszli na drugiej czy trzeciej piosence Justina) :O
- pomimo tłumu, przepychanek, igrzysk śmierci, walki o życie
- pomimo zamieszania na arenie

B Y Ł O   W A R T O!

Najpiękniejszy moment koncertu, Justin mówiący "Kocham Was" 

tak blisko Justina ♥


Okej, już was nie zanudzam :D
Do następnego :*





2.11.16

Rozdział 2



Marisa POV:
Czmycham przez ogród i rozglądam się dookoła. Dochodzi prawie ósma rano i byłoby słabo, gdyby któryś z sąsiadów mnie przyłapał. Wiem, że większość o tej godzinie jeszcze śpi, ale zdarzają się wyjątki.
Po cichutku otwieram drzwi od strony spiżarni, zamykam je delikatnie i przechodzę na palcach przez hol. Wreszcie docieram do schodów, już oddycham z ulgą, ale nic nie idzie po mojej myśli. Po prostu cudnie!
- Marisa! - głos ojca dociera do moich uszu i wiem już, że mam przechlapane! - Nie wierzę, że znowu to zrobiłaś! - krzyczy, aż chce wywalić bębenki. Odwracam się w jego stronę i wzdycham ciężko - Dostałaś szlaban, prawda? Czego nie zrozumiałaś z tego, co powiedziałem Ci wczoraj? Wytłumacz mi to.
- Zrozumiałam wszystko, okej? Nie traktuj mnie jak dziecko, tato! Mam dwadzieścia lat, zapomniałeś?
- Szczerze? Tak, zapomniałem! A wiesz, dlaczego? Ponieważ zachowujesz się jak gówniara!
- Och, serio?! Twierdzisz tak dlatego, ponieważ chcę spotykać się z chłopakiem, a Ty mi nie pozwalasz?
- Oboje wiemy, co to za chłopak! Zabroniłem Ci się z nim spotykać, ale nie posłuchałaś mnie!
- Pozwól mi samej zdecydować - szepczę cicho i schylam głowę - Sean jest dla mnie naprawdę ważny.
- Masz o nim zapomnieć, zrozumiano?! Nie będziesz spotykać się z człowiekiem, który bierze narkotyki, spędził część swojego życia w więzieniu i robi nielegalne interesy! Nigdy do tego nie dopuszczę! Nigdy!
- Kochanie, nie krzycz - do holu wchodzi mama i kręci głową zrezygnowana - Słychać Cię na całej ulicy.
- Widocznie mam do tego powód, Chloe! Nasza córka przechodzi samą siebie, nie słucha tego, co do niej mówimy! Szlaban nie pomaga, więc trzeba poszukać innej metody. Nie będziesz z Seansem i radzę Ci o nim zapomnieć. Im szybciej, tym lepiej dla Ciebie - zaciskam dłonie w pięści, ale nienawidzę go w tym momencie! - Marsz do siebie! Nie wyjdziesz z domu do końca wakacji i osobiście tego dopilnuję.
- Pieprz się, tato! - krzyczę, rzucam szpilki na podłogę i wbiegam po schodach. Niech to wszystko szlag!
- Marisa! Jak Ty się do mnie odzywasz?! Przechodzisz samą siebie! - krzyczy za mną, ale mam to w nosie.
Zamykam się w swoim pokoju i wybucham płaczem. Zsuwam się po ścianie, bo nikt w tym domu mnie nie rozumie. Dlaczego ojciec tak bardzo chce rozdzielić mnie i Sean'a? Wiem, że ma sporo na sumieniu, ale nigdy nie wyrządził mi krzywdy. Ba! Zależy mu na mnie, troszczy się, jest dobry. Co mnie to obchodzi, czym tak właściwie się zajmuje? To jego życie, niech robi, co chce. Nie miałam prawa się w to wtrącać.
Może nie jesteśmy ze sobą zbyt długo, bo trzy miesiące to jednak niezbyt wiele, mimo to było nam razem dobrze i poznawaliśmy się każdego dnia. Nasza sielanka trwała, 
dopóki kilka dni temu ojciec się o tym dowiedział. Wpadł w szał, dosłownie! Myślałam, że zabije i mnie i Seana. Pojechał do niego, zrobił awanturę i zabronił się do mnie zbliżać. Stwierdził, że mój chłopak jest przestępcą, a to, że jest starszy o siedem lat wprawiło ojca w zdumienie. Wciąż powtarzał, jak bardzo jest rozczarowany moim zachowaniem i tym, że mogłam zakochać się w dorosłym mężczyźnie. Mimo zakazu nadal się widywaliśmy, ale nie mogłam posłuchać ojca. Ciągnęła mnie do Sean'a niewidzialna siła i nic więcej się dla mnie nie liczyło. 

Spędzam w pokoju prawie cały dzień. Kiedy dochodzi siedemnasta i rodzice wracają z pracy, zapraszają mnie na "poważną" rozmowę. Siadam naprzeciwko nich, schylam głowę i chcę to mieć już za sobą.
- Twoje zachowanie jest rozczarowujące, Marisa - tata zaczyna surowo i nie spuszcza ze mnie wzroku. Czuję się, jakbym stała przed sądem i czekała na wyrok - To musi się skończyć, rozumiesz mnie? Nie dopuszczę do tego, żeby ten chłopak zniszczył Ci życie, a prędzej czy później tak właśnie się stanie. Wplącze Cię w te brudne interesy i być może wpakujesz się w kłopoty - mam ochotę przewrócić oczami, bo Sean nigdy nie kazał robić mi nic nielegalnego. Fakt, święty nie jest, ma swoje humorki, ale nie zmuszał mnie do robienia złych rzeczy - Kilka dni temu mama spotkała się ze swoją znajomą, która ma syna - podnoszę głowę i marszczę brwi. Syna? Do czego zmierza ta rozmowa? - Ma dwadzieścia cztery lata i jego rodzice również nie mogą nad nim zapanować - co?! Nad dorosłym facetem?! Och, boże! - Oboje musicie zmienić swoje życie, postawić sobie inne priorytety i wydorośleć. Jesteś jeszcze bardzo młoda, ale pogubiłaś się i czuję, że muszę działać natychmiast - gapię się na niego, mój oddech przyśpiesza i zaczynam mieć złe przeczucia. Co oni planują? - Postanowiliśmy z mamą, że wyjdziesz za mąż - uchylam usta, ale chyba się przesłyszałam!
- Z-za co? - jąkam się, bo szok odbiera mi mowę! To nie dzieje się naprawdę, zaraz się obudzę!
- Za mąż, Marisa. Poślubisz Justina - nie, nie, nie! - Nie widzę innego rozwiązania, a Ty wymykasz nam się spod kontroli. Pomożecie sobie nawzajem, poznacie, stworzycie rodzinę. To dla waszego dobra. Rozumiesz?
- Przecież ja go nawet nie znam! On nie zna mnie! - podnoszę się i wsuwam palce we włosy - Jak możecie robić coś takiego? Mam zaledwie dwadzieścia lat, jak mogę wziąć ślub?! Nie chcę tego, jestem za młoda!
- W naszych czasach ślub zawierało się o wiele wcześniej. Nie widzę w tym nic dziwnego, córeczko.
- Ale to było w waszych czasach, okej? Teraz czasy są zupełnie inne i nie mam zamiaru brać ślubu!
- Przykro mi, ale w tej kwestii nie masz nic do powiedzenia, daliśmy Ci szansę. Dzisiaj o dwudziestej jesteśmy umówieni na kolację u Państwa Hess'ów. Przygotuj się, ubierz odpowiednio i nie zawiedź nas.
- Nie zrobię tego! Nie możecie zmusić mnie do ślubu! To chore! Jak wpadliście na ten durny pomysł?
- Pomysł jest bardzo dobry, Marisa. Justin będzie Twoim mężem, zapomnisz o Sean'ie raz na zawsze.
- O boże! Mówisz tak, jakby to była najprostsza rzecz na świecie! Ja go kocham, tato! Dociera?
- Nie odzywaj się w ten sposób do ojca, córeczko - mama karci mnie i posyła surowe spojrzenie.
- To tylko głupie zauroczenie. Ten człowiek omamił Cię, zauroczył. Musisz się od niego natychmiast odsunąć.

- Nigdy nie sądziłem, że będziecie chcieli wydać mnie za mąż wbrew mojej woli. Co jest z wami nie tak?
- Z nami? Powinnaś zadać to pytanie sobie, Marisa. Przypomnij sobie, jaka byłaś zanim poznałaś tego chłopaka! Pamiętasz? - zaciskam usta i czuję łzy pod powiekami. Tak, tata ma rację. Byłem zupełnie inną dziewczyną i podobało mi się to. Uczyłam się dobrze, spotykałam się z przyjaciółmi, byłam lubiana. Po poznaniu Sean'a pewne rzeczy uległy zmianie, bo każdy uważał go za kryminalistę. Miałam jego, ale zostałam bez znajomych i przyjaciółek. Wszyscy się ode mnie odwrócili, bo spotykałam się ze złym człowiekiem, który miał na mnie fatalny wpływ. Alkohol, imprezy, podejrzane towarzystwo. Tak wiele razy uniknęłam starcia z policją, kiedy robiliśmy głupie rzeczy. Gdyby ojciec się o tym dowiedział, byłabym martwa! - On Cię niszczył tylko tego nie widziałaś. Kochamy Cię z mamą, jesteś dla nas najważniejsza. Jeśli trzeba posunąć się do małżeństwa, nawet się przed tym nie zawahamy - patrzę na nich, a łzy spływają po moich policzkach. Jestem rozdarta na kawałki, pierwszy raz ojciec powiedział mi prawdę. Jestem załamana, bo kocham go, ale nasza bajka nie będzie miała szczęśliwego zakończenia. Sean to nie jest uroczy chłopak, którego mogę przyprowadzić na spotkanie z rodzicami, zabrać na kręgle w towarzystwie przyjaciół i pójść z nim na szkolny bal. Bycie z Seanem to odizolowanie się od wszystkich - Od października idziesz na wymarzone studia. Chciałaś być projektantką, tak? Załatwiłem, co trzeba i proszę Cię, nie każ mi tego anulować. Chcemy być z Ciebie dumni, Kochanie! Bądź taka, jak dawniej. Ten człowiek może to przekreślić.
Nie odpowiadam. Odwracam się na pięcie, wchodzę po schodach i chowam się w swoim pokoju. Mam mętlik w głowie i czuję, że będzie jeszcze gorzej. Sean, nowy chłopak, małżeństwo. Boże, jak do tego doszło?!


Stoję przed lustrem i sunę dłonią po mojej czarnej sukience. Przyglądam się sobie, poprawiam włosy i oddycham głęboko. Nie wiem, co tak właściwie powinnam o tym wszystkim myśleć, ale dojdzie do tego spotkania czy tego chcę, czy nie. Ojciec nie odpuści i jeśli go nie posłucham poniosę za to karę. Czy Sean jest warty tego, abym zrezygnowała ze swoich marzeń? Szkoły, projektowania? Moja podświadomości krzyczy nie, za cholerę! Jednak serce wyrywa się do człowieka, z którym spędziłam trzy miesiące swojego życia. Zaciskam usta, schylam głowę i próbuję wyłączyć myślenie. I tak nie mam nic do powiedzenia, mogę kopać, drapać, a i tak wiem, że jestem na przegranej pozycji. Nigdy nie wygrałam z tatą, to on zawsze decyduje.

Do domu Państwa Hess'ów docieramy prawie czterdzieści minut później. Jestem zdenerwowana, kiedy wysiadam z samochodu i idziemy alejką w stronę domu. Robi ogromne wrażenie, jest duży i piękny.
- Dobry wieczór - w drzwiach pojawia się kobieta. Niska, szczupła i ślicznie ubrana. Uśmiecha się do nas,
cmoka mamę w policzki, a tata całuje jej dłoń. Również się z nią witam i przyklejam na twarz lekki uśmiech. Dam radę! - Jesteś prześliczna, Skarbie - kobieta przygląda mi się uważnie i pocieszająco pociera moje ramiona - Wejdźcie do środka, kolacja zaraz będzie gotowa - przepuszcza nas i pojawiamy się w holu.
- Tędy, zapraszam - mężczyzna wskazuje dłonią w prawą stronę, przechodzimy kilka kroków i wchodzimy do ogromnego salonu. Jest tak samo elegancki jak nasz, chociaż dominuje tutaj biel i czerń. Ktoś ma naprawdę świetny gust. Rozglądam się z zachwytem, ale nagle moje oczy trafiają na chłopaka, który stoi przy kominku. Patrzy wprost na mnie i skanuje z góry na dół. Zawstydzam się, wbijam zęby w wargę, a mój oddech przyśpiesza. Wygląda obłędnie w czarnym, dopasowanym garniturze i ułożonych do góry włosach. Czy to jest mój przyszły mąż?! - Justin, to są państwo Tomei. Marisa, to mój syn - przedstawia nas sobie, chłopak rusza w naszą stronę i wystawia dłoń. Czuję spojrzenia wszystkich, co koszmarnie mnie krępuje.
- Miło Cię poznać, Mariso - oblizuje usta, a serce podskakuje mi do gardła. Odruchowo chwytam jego dłoń i widzę, jak przysuwa ją i całuje lekko. Nie spodziewałam się tego! Czy tacy faceci jeszcze istnieją?
- Ciebie również - szepczę cicho, ale ledwo słyszę swój własny głos! To jest cholernie niezręczna sytuacja.
- Marcus! Proszę, przyprowadź gości. Kolacja gotowa - z oddali dobiega nas głos kobiety i zmieniany miejsce.


Kolacja mija w miłej atmosferze, co osobiście mnie zaskakuje. Sądziłam, że nie będę w stanie odnaleźć się w tej szopce, ale nie jest tak źle. Jedzenie jest pyszne, moi rodzice rozmawiają z rodzicami Justina o interesach, ale nie jestem w temacie. Jego siostra to szalona nastolatka, której buzia się nie zamyka, ale dzięki temu nie panuje między nami niezręczna cisza. Nie ma nic gorszego, niż niekomfortowa sytuacja.
- Może masz ochotę przejść się po ogrodzie? - głos Justina wyrywa mnie z zamyślenia. Rodzice przekręcają głowy i patrzy na mnie wymownie. Tata unosi brew i czeka, aż się ruszę. Świetnie! Wycieram usta, odkładam serwetkę, a Justin pomaga mi wstać. Dziękuję mu cichutko, wystawia ramię i niepewnie go chwytam. Oddycham z ulgą, kiedy opuszczamy dom i wchodzimy na alejkę, która ciągnie się wzdłuż ogrodu
- Wybacz, musiałem odetchnąć. Atmosfera robiła się dość gęsta, prawda? - uśmiecha się i spogląda na mnie.

- Dzięki, że o tym pomyślałeś - chrząkam i poprawiam sukienkę - Więc? Jak podoba Ci się cały ten pomysł?
- Bez urazy, wcale mi się nie podoba - och! Więc jest nas dwójka - Kiedy tylko rodzice mi o tym powiedzieli, sądziłem, że zwariowali. Kto w tych czasach swata swoje dorosłe dziecko? Obłęd! - przewraca oczami i kręci głową. Jest nawet uroczy - Jednak sprawa się skomplikowała i zdecydowałem się zgodzić. A Ty?
- Rodzice poinformowali mnie o tym zaledwie trzy godziny temu. Byłam zszokowana, że coś takiego w ogóle mogło przyjść im do głowy. Jestem jeszcze młoda, wcale nie mam ochoty wychodzić za mąż. Myślałam, że mam na to jeszcze czas, a zrzucili na mnie niezłą bombę - schylam głowę i gapię się w swoje czarne szpilki - Nie mam wyjścia, bo rodzice mają nade mną kontrolę. Postanowili wydać mnie za mąż, aby rozdzielić mnie z moim chłopakiem - Justin przystaje nagle, unosi moją głowę i widzę ogromne zaskoczenie na jego twarzy.
- Mówisz poważnie? - przytakuję, a on prycha wkurzony - Mam Cię rozdzielić z Twoim facetem? Serio?!
- Tak, taki jest właśnie plan. Rodzice nie akceptują naszego związku, twierdzą, że Sean jest kryminalistą i sprowadzi mnie na złą drogę. Fakt, aniołkiem nie jest, ale nigdy nie przekonam do niego rodziców.
- To bardziej pojebana historia od mojej! Jednak ja miałem chyba trochę łatwiej. Miałem do wyboru pozostać w firmie, zarabiać pieniądze i wygodnie żyć. Jednak musiałem porzucić mój zajebisty, rozrywkowy tryb życia, który bardzo nie podobał się moim rodzicom. Ustąpiłem, bo kasa jest dla mnie ważniejsza.
- Wow, zazdroszczę dość prostego wyboru - uwalniam brodę z palców Justina i idę dalej. Szybko mnie dogania, chwyta moją dłoń i wsuwa pod swoje ramię - Jak to wszystko ma niby wyglądać? Nie znamy się.
- To prawda. Wydaje mi się, że do ślubu to się zmieni. Rodzice zapewne nie dadzą nam chwili wytchnienia, wiesz... spotkania, randki, rozmowy i te romantyczne bzdety. To kompletnie nie w moim stylu.
- Nie wyglądasz mi na romantyka - chichoczę, a Justin mruży oczy - No, co? Lubisz się bawić, tak?
- Owszem i cholernie nie podoba mi się fakt, że będę musiał z tego zrezygnować. Małżeństwo oznacza wierność, a ja nie umiem być wierny, Marisa - och! Zaciskam usta, ale czuję w brzuchu coś dziwnego. Mam mieć męża, który będzie pieprzył inne panienki? A co ze mną? Nie, chwila! O czym ja właśnie myślę?!
- Cóż, będziesz musiał się tego nauczyć - unoszę głowę i patrzę mu w oczy. Ha! Jest zaskoczony, ale chcę zrobić mu na złość - Nie uznaję zdrady, zakoduj to sobie. Skoro będziesz moim mężem, musisz być wierny.
- Serio? - ponownie przystajemy, ale ku mojemu zaskoczeniu, Justin przyciąga mnie do siebie. Mimo tego, iż mam wysokie szpilki wciąż jestem od niego ciut niższa - Mam być wierny, tak? Hmm, pomyślmy - odgarnia kosmyk moich włosów i przesuwa kciukiem po policzku. Gapię się na niego jak zahipnotyzowana, ale nie mam pojęcia, co on do cholery wyprawia! - Jestem facetem, potrzebuję seksu, rozluźnienia. Jeśli będę mógł liczyć w tej kwestii na moją żonę, kto wie? Może będę wierny? - wzrusza ramionami i uśmiecha się chytrze.
- Czy my właśnie omawiamy nasze życie seksualne? - unoszę brew, a Justin parska śmiechem - No co?
- Tak. Myślę, ze właśnie omawiamy nasze życie seksualne. Więc jak? Mogę na Ciebie liczyć, Skarbie?



Justin POV:
Marisa zawstydza się i próbuje schylić głowę. Nie pozwalam jej na to i mocniej wbijam palce w jej brodę. Nie sądziłem, że będzie taka nieśmiała w moim towarzystwie, ale nie zna mnie dobrze i nie powinno mnie to dziwić. Mam zamiar dobrze się bawić, a skoro ma zostać moją żoną, mam zamiar ją również pieprzyć.
- Nie odpowiesz na moje pytanie? Chyba to również należy do obowiązków żony. Mam rację?
- Nie chcę o tym mówić - wzdycha i wbija palce w moje ramiona - To dla mnie trudna sytuacja, Justin. Jestem zakochana w innym chłopaku - auć! Wali prosto z mostu - Wcale nie chcę za Ciebie wychodzić.
- Również tego nie chcę, ale wydaje mi się, że oboje nie mamy innego wyboru. Pozostaje nam się tylko dogadać, albo w przeciwnym razie nic dobrego z tego nie wyniknie. Chodzi mi to, że nie mam ochoty na kłótnie i skakanie sobie do gardeł. Ja chcę tylko spokojnie żyć, rozumiesz? A czeka nas życie we dwoje.
- Mam ochotę wygarnąć rodzicom, co o nich myślę - złości się, a na jej twarzy wykwita rumieniec. Muszę przyznać, że wygląda uroczo, czego się nie spodziewałem. Sądziłem, że będzie to jakaś zakompleksiona brzydula, a tu proszę! - Jak mogą zmuszać nas do czegoś tak ważnego? Przecież ślub to ogromne wydarzenie w życiu dwójki osób, prawda? - przytakuję, a Marisa schyla głowę - Możemy temu jakoś zapobiec?
- Chciałbym, ale jeśli chodzi o moich rodziców, nie ma opcji. Postawili jasne warunku, mam się ustatkować, skończyć z rozrywkowym życiem i założyć rodzinę. W innym przypadku odetną mnie od kasy, której mają po samą szyję! A ja nie mam zamiaru zapierdalać i marnować życia w nędznej firmie i zarabiać grosze. Wiem, że to może być dla Ciebie śmieszne, ale wolę wygodne życie z żoną na karku, niż tę pierwszą wersję.
- Rozumiem Cię. Ja mam nieco gorzej, bo muszę zrezygnować z chłopaka, którego obdarzyłam uczuciem. Ojciec załatwił mi wymarzoną szkołę, ale będąc z Seanem mogę o tym jedynie pomarzyć.
- Wychodzi na to, że nasi rodzice postawili nas w pojebanej sytuacji, mała. Jakoś musimy sobie poradzić.
- Mówisz tak, jakby to było proste. Będziemy małżeństwem, Justin. Wiesz, co to tak naprawdę oznacza?
- Nie i szczerze? Na razie wolę tego nie wiedzieć - burczę pod nosem i pociągam ją za rękę.


Kiedy tylko wchodzimy do salonu, wszystkie oczy kierują się na nas. Jestem nieco wkurwiony, bo po rozmowie z Marisą mam jeszcze więcej wątpliwości. Niby fajna z niej laska, ale jak sama wspomniała, ślub to zajebiście poważna sprawa. Jakim cudem ma nam się udać, skoro w ogóle się nie znamy? To będzie klapa!
- Bardzo ładnie razem wyglądacie - moja mama grucha słodko i spogląda na Marisę - Jak się rozmawiało?
- Dobrze, mamo - upijam łyk wina, ale muszę się rozluźnić - Mam wrażenie, że chcecie nam coś powiedzieć.
- Tak, chcemy - tym razem głos zabiera ojciec Marisy - Zgodnie ustaliliśmy, że nie powinniście czekać ze ślubem zbyt długo - co takiego?! - Dla naszej córki tak będzie lepiej. Twoi rodzice nie mają nic przeciwko.
- O czym Ty mówisz, tato? - Marisa marszczy brwi i zaciska dłonie w pięści. Wygląda na solidnie wkurzą i zaczynam się martwić, że zaraz wybuchnie jak bomba nuklearna i rozpęta prawdziwą masakrę - Co masz na myśli mówiąc, że "nie powinniśmy czekać ze ślubem zbyt długo", hmm? Nie bardzo to rozumiem.
- To bardzo proste, córeczko. Skoro decyzja zapadła, nie ma na co czekać. Rozmawialiśmy z rodzicami Justina i ustaliśmy termin - krzywię się, kiedy dziewczyna siedząca obok mnie wbija palce w moją dłoń. Już nie jest wściekła, teraz płonie gniewem! - Ślub odbędzie się w sobotę, dwudziestego trzeciego lipca.
- C-co? - szepcze cicho i poluźnia uścisk. Jezu! Ależ ona ma dużo siły - T-to za dwa tygodnie?
- Tak, dokładnie. Jutro dopełnimy wszelkich formalności i podpiszemy papiery. Nie ma na co czekać.
- Trzeba również porządnie sprężyć się z przygotowaniami. Wybrać salę, suknię, orkiestrę. Ale nie martw się, Skarbie - mama uśmiecha się i głaszcze dłoń Marisy - Mam mnóstwo znajomości i wszystko będzie gotowe na czas. To będzie ślub jak z bajki, sama się o tym przekonasz. Zrobię wszystko, aby tak było.
- D-dziękuję - Marisa odpowiada cicho i schyla głowę. Chociaż to kompletnie nie w moim stylu, robi mi się jej żal. Jest młodsza ode mnie, rodzice chcą rozdzielić ją z chłopakiem, a ja mam być tego powodem. Po prostu kurwa lepiej być nie mogło! - Jestem zmęczona i boli mnie głowa. Chciałabym wrócić do domu.
- Oczywiście, Kochanie! Wracajmy. Dziękujemy za przepyszną kolację i bardzo miły wieczór.
- Cała przyjemność po naszej stronie. Mam nadzieję, że niebawem ponownie się spotkamy.
- Chodź - podnoszę się, pociągam za sobą Marisę i opuszczamy salon. Prowadzę ją przed dom, zaciąga się świeżym powietrzem, ale dostrzegam łzy na jej policzkach - Nie płacz, okej? - układam dłonie na jej ramionach, ale jest za późno. Szloch ucieka z jej ust i cała się trzęsie. Przytulam ją do siebie, głaszczę po plecach i uspokajam - Bądź twarda, Marisa. Pokaż im, że nie mogą Cię tym złamać, dobrze? Mnie też nie jest to na rękę, ale za chuja im tego nie pokażę - odkleja się ode mnie i marszczy brwi zaskoczona - Unieś głowę wysoko i udowodnij, że wcale nie jesteś zagubiona i rozpieprzona. Oboje stawimy temu czoła, jasne?
- Jasne - uśmiecha się niepewnie, ocieram jej policzki i całuję w czoło. Patrzę przed siebie, ale w moim ciele szaleje złość. Pierwszy raz w moją głowę uderza wizja tego, aby zrobić rodzicom na złość. Pokazać im, że jestem dorosły, odpowiedzialny i zupełnie inny, niż za jakiego mnie mają. Chcę im udowodnić, że to małżeństwo może się udać, oboje możemy być szczęśliwi. I chociaż jestem zaskoczony tokiem swojego myślenia, muszę utrzeć im nosa! - Dziękuję, Justin - Marisa szepcze cicho i całuje mnie w policzek.








Obserwatorzy

Template made by Robyn Gleams