25.12.16

Rozdział 7


Justin POV:
Jadę do Gub Club i w międzyczasie dzwonię do Hugo. Muszę się napić, wyluzować i zapomnieć na chwilę o tym całym przedstawieniu. Im bliżej ślubu, tym mam ochotę spieprzyć jak najdalej stąd i mieć święty spokój! Jak mogłem pozwolić na to, żeby rodzice postawili mnie w takiej sytuacji? Od zawsze traktowali mnie jak wygodnego lenia, któremu nie chce się pracować. Faktycznie tak było, ale odkąd ojciec zatrudnił mnie u siebie w firmie nieco się jednak zmieniło. Pojawiałem się tam dwa, trzy razy w tygodniu i wszyscy byli zadowoleni. Dopiero teraz rodzice ubzdurali sobie jakiś chory plan i jakby tego było mało, zrobili to z premedytacją. Dobrze wiedzą, że lubię pieniądze i ich brak skutecznie wyprowadziłby mnie z równowagi. 

- Co tam, stary? - obok mnie, na wysokim barowym krzesełku siada Hugo - Co to za wisielczy humor?
- Jestem wściekły jak diabli - burczę pod nosem i upijam łyk whisky - Wszyscy mnie wkurwiają.
- Wszyscy? A kogo dokładnie masz na myśli? - unosi dłoń, przywołuje kelnera i zamawia to, co ja.
- Rodzice i Marisa, to chyba oczywiste? - unoszę brew i posyłam mu wymowne spojrzenie.
- Marisa? Znasz ją zaledwie tydzień, bracie i już Cię wkurwia? Aż boję się pomyśleć, co będzie po ślubie.
- Uwierz mi, ja też! Nie odzywa się do mnie od wczoraj, a rodzice kazali mi ją przeprosić. Czaisz?
- Hmm... będzie mi o wiele łatwiej, kiedy wyjaśnisz o co wam poszło. Jestem pewny, że zjebałeś.
- Ty też?! - prycham, ale czego mogłem się spodziewać? - Dobra! Może faktycznie mnie poniosło, ale jestem sfrustrowany! - szarpię za włosy, a Hugo śmieje się ze mnie - Chce poczekać do ślubu z seksem, a mnie nosi jak cholera! Prosto z mostu powiedziałem, że będzie moją żoną i powinna mi dawać, a jej nie zdradzę.
- Potwierdzam, zjebałeś! - klepie mnie po plecach i wzdycha ciężko - Musisz nauczyć się rozmawiać z kobietą, Justin. Do tej pory tylko je pieprzyłeś i nic więcej Cię nie obchodziło. Czas to zmienić. Marisa to fajna dziewczyna - och, serio? Jakbym tego nie wiedział. Jest wkurwiająca, ale jednak ma w sobie to coś - Wytrzymaj jeszcze te kilka dni, a na pewno sytuacja się zmieni. Ona potrzebuje czasu, przecież ledwo co się poznaliście! Jestem pewny, że nie należy do kobiet, które rozłożą nogi na pierwszym spotkaniu.
- No coś Ty, geniuszu? Jak do tego doszedłeś? - uśmiecham się jak debil, bo to przecież oczywiste!
- Nie żartuj sobie, tylko weź się w garść! Kup ogromny bukiet kwiatów i zapieprzaj z przeprosinami.
- Wiesz, że nie lubię tego robić - dąsam się jak dziecko, ale nienawidzę przepraszać! - Może jej przejdzie?
- Szczerze? Nie liczyłbym na to - wzrusza ramionami i upija whisky - Kobiety to bardzo skomplikowane istoty.
Co innego tylko je pieprzyć, a co innego być z nimi na co dzień. Musisz do tego przywyknąć.
- Jedynymi kobietami, z którymi przebywałem codziennie są moja matka i siostra. Miałem dość, serio!
- Przed Tobą ciężka droga, przyjacielu. Uzbrój się w cierpliwość, bo na pewno Ci się przyda.
- Dzięki, właśnie to chciałem usłyszeć - oddycham głęboko i opieram łokcie na barze. Cudnie!

W sobotę budzę się kilka minut po dziesiątej. Przecieram twarz rękami i w myślach układam sobie plan, jak przeprosić Marisę. Wcale nie mam na to ochoty, chociaż doskonale wiem, że przesadziłem. Hugo ma rację,
jest wrażliwa, a ja fatalnie dobrałem słowa. Mogła zrozumieć to na opak, co zresztą i tak się stało. Nie chciałem sprawić jej przykrości, ani potraktować jak rzecz. Dlatego muszę to jakoś odkręcić.
Piszę jej wiadomość, że o dziewiętnastej ma być gotowa, ponieważ ją porywam. Oczywiście, że nie odpisuje czym ponownie doprowadza mnie do szału! Jak ja mam z nią do cholery wytrzymać?!

Cały dzień jestem dziwnie zestresowany. Próbuję przygotować się na solidny odpierdol, jednak zasłużyłem. 

Przebieram się, układam włosy i jadę do kwiaciarni. Kupuję ogromny bukiet czerwonych róż i pakuję go do samochodu. Zaszalałem, ale jak już przepraszam, to wypada pójść na całość. Marisa to twarda sztuka i muszę się naprawdę postarać, aby ją udobruchać. Zahaczam jeszcze o jubilera i jestem gotowy na wszystko!

Jestem kilka minut przed czasem. Oddycham głęboko, przygotowuję się na to spotkanie i liczę, że obejdzie
się bez problemów i kolejnej kłótni. Muszę utrzymać język za zębami i jeśli trzeba, móc wyżalić się Marisie.
Czuję w kościach, co się będzie działo. Niech się wyżyje dziewczyna, będzie jej po tym lepiej.
- Justin! - przyszła teściowa wita mnie czułym uściskiem i cmoknięciem w policzek. Jest całkiem fajna, lubię
ją - Proszę, wejdź - przepuszcza mnie w drzwiach, wchodzę do środka i witam się z teściem. Mam ochotę przewrócić oczami na te dziwne określenia - Marisa zaraz będzie gotowa. Gdzie się wybieracie?
- To niespodzianka - szepczę cicho, a kobieta chichocze uroczo - Mam nadzieję, że Marisie się spodoba.
- Na pewno. Cieszę się, że wreszcie wyjdzie z domu. Ostatnio była dość... smutna i przygnębiona.
- Naprawdę? - niech to szlag! Dlaczego czuję ten dziwny uścisk w brzuchu? - Czy coś się stało?
- Nie wiem, nie chciała nic powiedzieć. Pokłóciła się z nami i w ogóle nie wychodzi ze swojego pokoju.
- Jestem - naszą rozmowę przerywa dziewczyna, która pojawia się w salonie. Wygląda obłędnie!
- Cześć - posyłam jej niepewny uśmiech, ale czuję się niezręcznie. Podchodzę i całuję ją w policzek.
- Możemy iść - zaciska usta, mocniej ściska małą torebkę i idzie w stronę wyjścia. Cholercia.
- Do widzenia, państwu. Proszę się o nią nie martwić, jest w dobrych rękach. Odstawię ją przed północą.
- Wcale nie musisz, Kochanie - jej mama mruga rozbawiona, całuje mnie w policzek i przytula.
- Dziękuję - żegnam się jeszcze z Panem Paulem i biegnę za dziewczyną. Czeka na mnie przy samochodzie, wpatruje się w swoje szpilki i wygląda na smutną - Wszystko w porządku? - podnoszę jej głowę palcem i nasze oczy się spotykają. Patrzy na mnie i nerwowo gryzie wargę - Co się dzieje, Marisa? Powiedz mi.
- Nic - wzrusza ramionami i uwalnia brodę z moich palców - Idziemy gdzieś, czy będziemy tak stać?
- Jasne, ale najpierw chciałem Ci coś dać - otwieram drzwi od strony pasażera i wyjmuję ogromny bukiet.
- O boże! Zwariowałeś?! - marszczę brwi, a Marisa przykłada dłoń do ust - Skąd wytrzasnąłeś tyle róż?
- Z kwiaciarni, maleńka. Specjalnie dla Ciebie, na przeprosiny. Wybacz mi, zachowałem się jak szczeniak.
- Nie zaprzeczę - wreszcie na jej ustach pojawia się lekki uśmiech, przysuwa nos do bukietu i zaciąga się jego zapachem - Uwielbiam róże - bingo! Jestem boski - Nie musiałeś wykupywać całej kwiaciarni, wiesz?
- Zaskoczę Cię, ale jeszcze trochę zostało - posyłam jej zadziorne spojrzenie, odkładam kwiaty tym razem na tylne siedzenie i pakuję ją do samochodu. Wsiadam za kierownicę, uruchamiam silnik i wyjeżdżam z jej posiadłości - Zjemy kolację i porozmawiamy. Musimy wyjaśnić sobie pewne sprawy, nie uważasz?
- Zdecydowanie. Bardzo nie spodobało mi się Twoje zachowanie, ale zaczekam z tym aż zjemy.
- Jestem wdzięczny - prycham pod nosem i wiem już, że czeka mnie prawdziwy armagedon!

Na miejscu jesteśmy prawie pół godziny później. Dzięki znajomościom, mogłem zorganizować coś super romantycznego, chociaż romantykiem nie jestem. Biorę Marisę za rękę i prowadzę w stronę plaży. Patrzy na mnie zaskoczona i zsuwa buty ze stóp, kiedy wchodzimy na piasek. Wciąż jest przyjemnie ciepły.
- Hmm... chcesz pospacerować? - pyta i przygląda mi się, kiedy idziemy przed siebie - Hej, powiedz coś!
- Trochę cierpliwości, mała. Już widać nasz cel, skup się - kiwam głową przed siebie, a naszym oczom ukazuje się przygotowana dla niej niespodzianka. Przystaje zszokowana, a jej oczy są wielkie jak spodki.
- Jezusie! To jest piękne - wzdycha rozmarzona i nareszcie szczerze się uśmiecha - Nie wierzę w to!
- To nic wielkiego - podaję jej dłoń, kiedy wchodzi na podest i rozgląda się dookoła. Po dżentelmeńsku odsuwam dla niej krzesło i czekam, aż usiądzie. Widzę, jak bardzo zaskoczona jest moim zachowaniem, ale zjebałem i muszę to naprawić. Jestem dupkiem, ale umiem przyznać się do błędu - Na co masz ochotę?
- Wybierz coś dla mnie - hmm, zaskakuje mnie, ale skoro tego chce - Zdaję się całkowicie na Ciebie.
- Nie ma sprawy - szybko wertuję menu i na pierwszy rzut wybieram zupę z kurczakiem, mleczkiem kokosowym i ostrą papryczką chili. Potem lecę z kaczką w sosie pomarańczowym, a na deser tartę z malinami i białą czekoladą. Powinno być w porządku. Składam zamówienie, nalewam białego wina do jej kieliszka i przygotowuję się na ciężką rozmowę - Więc... chcesz zacząć? Czy ja mam to zrobić? - mam cichą nadzieję, że rozpocznie, ale na moje nieszczęście daje mi znać dłonią, abym kontynuował. Niech to szlag! - Okej - chrząkam i oddycham głębiej - Wiem, że zachowałem się jak dupek i chciałem Cię za to przeprosić. Nie jesteś byle jaką laską z klubu, do której mogę się tak zwrócić. Przesadziłem i naprawdę jest mi przykro.
- Cieszę się, że to zrozumiałeś - uśmiecha się uroczo i poprawia niewidzialną fałdkę na białym obrusie - Poczułam się tanio, jakbym była od spełniania Twoich seksualnych zachcianek. Ja po prostu się boję nadchodzących zmian, dlatego chciałam poczekać. Znamy się przecież tak krótko - zaciska usta i wreszcie na mnie spogląda. Czuję się winny, a to paskudne uczucie - Wiem, że masz swoje potrzeby i ja doskonale to rozumiem. Seks jest wspaniały i na pewno przejdziemy dalej, ale daj nam te kilka dni, dobrze? Znamy się raptem tydzień, a Ty oczekujesz, że wskoczę Ci do łózka i to nie będzie problem. Nie jestem taka.
- Wiem! Naprawdę to wiem. Poniosło mnie, byłem napalony i powiedziałem o kilka słów za dużo. Hugo solidnie mnie za to ochrzanił i stwierdził, że zjebałem. Miał rację, dlatego tutaj jesteśmy - chwytam jej dłoń, którą trzyma na stole i ściskam mocniej - Nie zachowam się tak ponownie, obiecuję.
- Mam taką nadzieję - splata nasze palce i lekko drapie wierzch mojej dłoni - Musimy się lepiej poznać.
- Zdecydowanie, Skarbie. Dlatego nie będę zmuszał Cię do czegoś, na co nie jesteś jeszcze gotowa.
- To miłe, że zmieniłeś podejście do tego tematu - wzdycham, ale cóż mam zrobić? Mogę psioczyć, namawiać ją, ale po co? Nic mi to nie da, a przez to będziemy się tylko kłócić - Więc, między nami już okej?
- Tak - mrugam zadziornie, a Marisa uroczo się zawstydza - Wyglądasz dzisiaj przepięknie, wiesz?
- Och! - schyla głowę, ale teraz już jest dosłownie czerwona - D-dziękuję, starałam się.
- Państwa zamówienie - przy stoliku zjawia się kelner i wreszcie możemy coś zjeść.



Marisa POV:
Po romantycznej kolacji, którą Justin potwornie mnie zaskoczył, zabiera mnie na spacer po plaży. Jest ciemno, cicho i tak spokojnie. Delektuję się tym, wyłączam myślenie i cieszę tą chwilą. Mam dość nerwów, a ostatnie dni były dość ciężkie. Zachowanie Justina, wybór sukni ślubnej, pogadanka z rodzicami, Sean. Byłam przygnębiona i sama, a samotność w takich chwilach jest najgorsza. Mimo to cieszę się, że Justin przeprosił mnie za te głupie słowa i między nami wszystko wróciło do normy. Nie chcę podobnych sytuacji, ponieważ mamy być małżeństwem. Znamy się krótko i musimy się lepiej poznać, aby zaobserwować swoje przyzwyczajenia i nawyki. Jestem bardzo ciekawa, jak to wszystko się potoczy, ale po cichu chyba liczę, że będzie dobrze. Skoro nie mam wyboru, byłoby fajnie móc cieszyć się takim życiem, jakie mam.


Grubo po dwudziestej trzeciej, Justin parkuje pod swoim domem. Dzisiejszego wieczoru jestem zaskoczona
po raz trzeci, bo liczyłam, że odstawi mnie do mojego domu. Co znowu chodzi mu po głowie?
- Mam dla Ciebie jeszcze jeden prezent - och, poważnie?! - Wejdziemy? - przytakuję głową, Justin opuszcza samochód, obchodzi go i pomaga mi wysiąść. Obejmuje opiekuńczo w talii i ponownie jestem
w jego domu. To tutaj się pokłóciliśmy, ale nie chcę teraz o tym myśleć. To przeszłość - Tędy - nie zatrzymujemy się, a wychodzimy na tył. Przystaję wmurowana, ale to jest chyba jakiś sen! - Coś nie tak?
- Nie, po prostu to miejsce robi wrażenie - uśmiecham się zawstydzona, ale jest dzisiaj taki kochany!
- Nawaliłem, więc chcę Ci to wynagrodzić - patrzy mi w oczy, głaszcze kciukiem mój policzek, aż mam ochotę zamknąć oczy. Czy zawsze już taki będzie? - Usiądźmy - pomaga mi, schodzimy niżej i siadamy na wygodnej, ogromnej kanapie. Zmieściłoby się tutaj mnóstwo ludzi - Masz ochotę na szampana? - przytakuję i chociaż wypiłam już trochę wina, mam ochotę na jeszcze. Wieczór jest cudowny i fajnie jest się niczym nie martwić - Proszę - podaje mi kieliszek i stuka nim swoim - Za nas i za nasze wspólne życie, maleńka.
- Tak, oby szło z górki - chichoczę i upijam spory łyk. Mmm, jest pyszny! - Nie poznaję Cię dzisiaj.
- Czyżby? - unosi brew, opiera się i układa ramię na oparciu, tuż za moimi plecami - Dlaczego?
- Bo zachowujesz się jak słodki chłopiec - uśmiecham się szeroko, a Justin się krzywi. Oho! - Nie dąsaj się. Wiem, że nie lubisz tego określenia, więc zmienię to na... uroczy chłopiec? Brzmi lepiej, co?
- Nie, to wciąż brzmi beznadziejnie. Wolałbym coś w tylu: jesteś niesamowity, wariuję na Twoim punkcie, Justin! - udaje mój piskliwy głos, wybucham śmiechem, bo zdecydowanie marnie mu to idzie - No, co?
- Jesteś zabawny - ocieram łzy i przewracam oczami. Co za typ! - Ale wolę, kiedy taki jesteś, wiesz?
- Hmmm, dobrze wiedzieć - przysuwa się, odgarnia kosmyk moich włosów i dziwnie patrzy mi w oczy. 

- Moje kwiaty zwiędną - wypalam nagle, a Justin wybucha śmiechem. Lubię, kiedy się śmieje.
- Umiesz zepsuć nastrój, to trzeba Ci przyznać - kręci głową rozbawiony i upija łyk szampana - Ale ja jestem mistrzem każdej sytuacji, więc szybko to naprawię - mruga zadziornie, sięga dłonią do kieszeni jeansów i wyjmuje małe, kwadratowe opakowanie. Jest w błękitnym kolorze i zastanawiam się, cóż to takiego - Za tydzień bierzemy ślub - zaczyna i chwyta moją dłoń. Głaszcze jej wierzch i patrzy mi prosto w oczy. Cholercia! Jest przystojny, skubany! - Jesteś moją narzeczoną, chociaż oficjalnie Cię o to poprosiłem - och! Gapię się na niego zaskoczona i powoli składam fakty do kupy. Chce się oświadczyć?! Dlaczego, skoro rodzice zmusili go do tego ślubu? Wcale nie musi tego robić - Mam coś dla Ciebie - otwiera pudełeczko, a moim oczom ukazuje się pierścionek. Przysięgam, nigdy nie widziałam nic piękniejszego - Wyjdziesz za mnie?
- T-tak - jąkam się, bo naprawdę mnie zaskoczył. Wyjmuje pierścionek, wsuwa go na mój palec i co dziwne, pasuje wręcz idealnie - Jest piękny, musiałeś wydać na niego majątek. Niepotrzebnie, Justin.
- O to się nie martw. Cieszę się, że Ci się spodobał. Wybierałem go długo, ale nie znam Twojego gustu.
- Trafiłeś idealnie - uśmiecham się lekko, pochylam się i cmokam go w usta. Sama jestem zaskoczona swoim zachowaniem, ale nie znałam go od tej strony. Ba! Przecież znam go raptem tydzień! - Dziękuję.
- Nie za co, Skarbie - odsuwa się, ponownie uzupełnia nasze kieliszki i pijemy za nasze życie.




Justin POV:
Dochodzi prawie trzecia rano, a my nadal świetnie się bawimy. Opróżniliśmy prawie dwie butelki szampana, Marisa jest już solidnie podpita i złapała świetny humor. Po tej nieśmiałej, grzecznej dziewczynce nie ma nawet śladu! Nie sądziłem, że się upije i zacznie szaleć na maksa. Kto by pomyślał.
- No chodź! - krzyczy wesoło, kręci biodrami w rytm muzyki i okręca się dookoła - Jest świetnie!
- Proszę, nie zrób sobie krzywdy - przewracam oczami, ona wystawia język i tańczy na stole. Gapię się na nią, ale miło popatrzeć na tę drugą wersję Marisy. Nie przejmuje się tym, czy dobrze robi czy źle. Jej włosy są lekko rozwiane, makijaż odrobinę rozmazany, a ona i tak ma to w nosie. Świetnie się bawi i to mnie cieszy. Powinna nieco wyluzować, bo ostatnie dni to prawdziwy kocioł - Hej! - zrywam się na równe nogi, obejmuję ją w talii i przytrzymuję - Zaraz spadniesz i nabijesz sobie guza! Jesteś pijana, masz słabą głowę.
- Kto by się tym przejmował - zarzuca dłonie na moją szyję i seksownie oblizuje usta - Siadaj.
- C-co robisz? - popycha mnie z powrotem na kanapę i posyła mi zadziorny uśmieszek. Marszczę brwi, ale nie rozumiem, co ona kombinuje. Orientuję się sekundę później, kiedy powoli, seksownie, poruszając przy tym biodrami, pozbywa się swojej krótkiej spódnicy. Orzesz w mordę! - Marisa, to idzie w złym kierunku.
- Ciii - przykłada palec do ust, przygryza opuszek i patrzy wprost na mnie. Nawet nie mrugam, gapię się na nią jak zahipnotyzowany, ale takiej jej jeszcze nie widziałem! Alkohol dodał jej takiej odwagi i zmienił w diablicę? Co za dziewczyna! - Idę do Ciebie - robi jeden, niewielki krok, podaję jej dłoń i ląduje na moich kolanach - Cześć - szepcze wprost w moje usta i wsuwa palce w moje włosy. Na dodatek zaczyna poruszać biodrami, ocierać się o mnie, a to działa na mnie jak diabli. Przytulam ją do siebie mocniej, układam dłonie na jej pupie i ściskam zachłannie. Cichutki jęk ucieka z jej ust, a to balsam na moje uszy. Jezu! Mam ogromną ochotę ją przelecieć - Wiem, co chodzi Ci po głowie, Skarbie - pociera nosem o mój i dociska się do mnie mocniej. Jak mam się powstrzymać, skoro sama mnie kusi i na dodatek siedzi na mnie pół naga?
- Mówiłaś, że nie jesteś gotowa na więcej. Dlaczego więc siedzisz na mnie i ocierasz się o mojego kutasa?
- Och, tak podniecająco brzmi to w Twoich ustach - co?! Świetnie, nie tego się spodziewałem - Chcę Cię.
- Poważnie, Kwiatuszku? - prycham pod nosem, unoszę się razem z nią i wchodzę do domu. Nie tracę czasu na dojście do sypialni, otwieram drzwi do jednego z pokoi na dole i rzucam ją na łóżko - Skoro tego właśnie chcesz, będziesz to miała - mrugam do niej zadziornie, jednym ruchem zsuwam z niej majki i górę. Przełykam ślinę, ale jest kurewsko piękna! - Zabawmy się - pochylam się nad nią i całuję zachłannie. 






****************************
Hello!
Odzwyczaiłam się pisać notek i proszę! Zapomniałam o życzeniach :P
Oczywiście życzę wam wszystkim Wesołych Świąt, pyszczusie moje kochane ♥




18.12.16

Rozdział 6


Justin POV:
Wyprowadzam Lunę przed dom i odwracam w swoją stronę. Jestem wściekły i mam chęć ją zamordować!
- Jakim prawem wchodzisz do mojego domu jak do siebie, huh?! Od tego jest dzwonek, nie zauważyłaś go?
- Och, poważnie?! Nie raz tutaj bywałam i wcześniej nigdy nie narzekałeś! Kim jest ta dziewczyna?
- To skomplikowane, Luna. Po prostu... - zacinam się, ale i tak muszę powiedzieć prawdę. Przecież nie będę mógł się z nią spotykać, chociaż bardzo chcę! - To Marisa. W przyszły weekend bierzemy ślub.
- Ś-ślub? - patrzy na mnie zszokowana i uchyla usta. Wszystko się spieprzyło - Jak to ślub, Justin? A my?
- Wybacz, nie mam wyjścia, Luna! Rodzice mnie do tego zmusili, bo według nich muszę się kurwa ustatkować! Wybrali Marisę, bo pochodzi z dobrego domu, jest ułożona i grzeczna. Już nie ma... nas.
- Mówisz poważnie? - pyta cicho i widzę coś dziwnego w jej oczach. Rozczarowanie i żal - Tak po prostu?
- Tak po prostu, wybacz. Muszę to zrobić, muszę być wierny! Bardzo Cię lubię, ale to musi się skończyć.
- Ale my... jeszcze wczoraj, przecież... - zacina się i nerwowo oblizuje usta - Wykorzystałeś mnie, tak?
- Nie, skąd! Pragnąłem Cię - przysuwam się do niej, biorę w dłonie jej głowę i pocieram nosem o nos Luny. Spędziliśmy razem mnóstwo czasu i zawsze świetnie się bawiliśmy. To rozrywkowa dziewczyna i zawsze była na skinienie mojego palca. Jest śliczna, urocza i słodka. Jednak nasza przygoda musi dobiec końca, bo granie na dwa fronty może się dla mnie źle skończyć. Ojciec urwałby mi jaja! - Musisz już iść, Skarbie.
- Nie chcę, żeby to się kończyło, Justin. Przecież wiesz, że zależy mi na Tobie, prawda? Zostań ze mną!
- Gdybym mógł, zrobiłbym to. Jednak chcąc nie chcąc, muszę podporządkować się ojcu. Tego właśnie chce.
- Więc możesz ożenić się ze mną! - och, Skarbie! Rodzice dostaliby zawału - W czym jest problem?
- To oni wybrali dla mnie Marisę, to ich decyzja. Nie mam nic do gadania, nie mogę tego zmienić, Luna.
- To popieprzone! Masz dwadzieścia cztery lata, Justin! Jak rodzice mogą wybierać Ci żonę, huh?
- Mogą, bo postawili mi pewne warunki. Możesz tego nie zrozumieć, słodziutka - cmokam ją w usta, ale nie mam zamiaru tłumaczyć całej sprawy. Przeklęłaby mnie i nazwała pieprzonym leniem, bo jestem wygodny i chcę korzystać z majątku ojca. Ma forsy pod dostatkiem, jak mógłbym harować za marne grosze i zrezygnować z jego pieniędzy? Nawet za cenę tego ślubu - Może kiedyś jeszcze się spotkamy, ale nie możesz już tutaj przychodzić. Diego odwiezie Cię do domu. Bądź dzielna - głaszczę jej policzki, całuję w czoło i przywołuję mojego szofera. Pakuję Lunę do samochodu, zamykam drzwi i oddycham z ulgą. Musiałem spławić dziewczynę, nie mogę tak żyć! Szarpię za włosy, bo dociera do mnie powaga sytuacji. Koniec z pieprzeniem panienek, dobrą zabawą i szlajaniem się po klubach do samego rana. Muszę zamienić to na porządne życie u boku żony, pracę i wracanie do domu o danej godzinie. Jak długo będę w stanie tak wytrzymać, zanim wpadnę w szał i rozpieprzę wszystko dookoła? Marisa jest w porządku, ale nie kocham jej! Jest dobrą dupą, mogę ją pieprzyć, ale żyć z nią pod jednym dachem? Słuchać marudzenia, narzekania, pretensji i znosić humorki przed-okesowe? No kurwa! Przecież to nie jestem ja! - Niech to szlag! - kopię mały kamyczek, wzdycham ciężko i wchodzę do domu. Muszę się uspokoić, chociaż będzie to niezmiernie trudne - Jestem - wchodzę do salonu, Marisa stoi przy oknie i patrzy na basen na tyłach domu - Chcesz drinka? - kiwa przecząco głową, więc nalewam do jednej szklaneczki trochę whisky i dodaję lodu.
- Kim była ta dziewczyna, Justin? - pyta cicho, ale nie odwraca się w moją stronę - Chcę to wiedzieć.
- Po co? - wzruszam ramionami i podchodzę do niej - Jakie to ma znaczenie, skoro już jej nie ma, hmm?
- To Twoja dziewczyna? - przekręca się w moją stronę i unosi głowę, aby spojrzeć mi w oczy. Zaprzeczam, a Marsia uśmiecha się lekko - Naprawdę? Wasze pożegnanie wyglądało naprawdę na czułe - kurwa, widziała nas?! Zajebiście! - Jeśli chcesz ją zatrzymać, powiedz mi to. Na pewno ten ślub da się jeszcze okręcić.

- Nic nie będziemy odkręcać, jasne? - burczę wkurzony, a ona marszczy brwi - Luna to moja dobra znajoma, okej? Nie łączyło nas nic więcej, oprócz dobrego seksu. Właśnie zerwałem naszą znajomość, bo się żenię.
- Zapamiętaj, że jeśli będziesz mnie zdradzał na pewno z Tobą nie będę. Nie chcę być tą drugą.
- Jeśli będziesz mi dawać, nie zdradzę Cię - Marisa uchyla usta w szoku i patrzy na mnie z niedowierzaniem - No, co? Jestem szczery, okej? Potrzebuję seksu, bo jestem facetem. A żona chyba daje mężowi, prawda?
- Jesteś dupkiem, Justin - prycha ze złością, bierze torebkę z kanapy i kieruje się do wyjścia z domu.
- Hej! Co Ty wyprawiasz?! Wracaj! - odkładam szklankę i biegnę za nią. Doganiam ją na podjeździe, chociaż dumnie idzie przed siebie i ma mnie w dupie - Marisa, do cholery! O co Ci chodzi?! Co ja znowu takiego powiedziałem?! - krzyczę za nią, ale mam tego dość! Przyśpieszam, doganiam ją i odwracam w swoją stronę, aż włosy uderzają ją w twarz - Możesz łaskawie wyjaśnić, co odpierdalasz?! Nie zachowuj się tak.
- Puszczaj mnie! - wyrywa się i posłusznie uwalniam ją z uścisku - Sam odpowiedz sobie na pytanie, cóż takiego powiedziałeś! - wrzeszczy, aż mam ochotę zasłonić sobie uszy! Auć, ależ ona ma charakterek! - Traktujesz mnie jak dziwkę, nie widzisz tego?! Dobierasz się do mnie, obmacujesz i oczekujesz, że będę Ci dawać! Jak to brzmi, co?! - gapię się na nią, ale nadal nie rozumiem. Widzi to, bo teatralnie przewraca oczami - Naucz się mnie szanować, potem możemy poruszyć temat ślubu - odwraca się i po prostu odchodzi.




Marisa POV:
Po czterdziestu minutach docieram do domu. Jestem potwornie wściekła i lepiej, żeby nikt nie wchodził mi w drogę. Na szczęście rodziców nie ma, z czego niezmiernie się cieszę. Od razu biegnę na górę, zrzucam ubrania i wchodzę pod prysznic. Rozluźniam napięte mięśnie i próbuję nie myśleć o tym dupku. Niestety marnie mi idzie i ponownie się złoszczę. Nie pozwolę, żeby Justin odzywał się do mnie w ten sposób i traktował jak rzecz, która ma spełniać jego seksualne zachcianki. Jeśli oczekuje ode mnie tylko tego, niech wraca do swojej seks-koleżanki. Na pewno chętnie się nim zajmowała, skoro tak trudno było mu się z nią pożegnać. Zostawił mnie w domu, aby móc ją pocałować na zewnątrz. Nie kocham go, ale poczułam coś dziwnego w brzuchu. Nie chcę być dla niego zabawką, chcę, żeby mnie szanował. Sean nie zawsze to robił, teraz ma być tak samo? W życiu! Nie dopuszczę do tego po raz kolejny.


W piątek budzę się kilka minut po ósmej rano. Nie mogę spać, podnoszę się z łóżka i przebieram w czarne spodnie, top i zakładam na nogi adidasy. Biorę telefon, słuchawki i idę pobiegać. Wciąż jestem nabuzowana po wczorajszej rozmowie z Justinem i nie odezwałam się do niego słowem! Wydzwaniał, napisał kilka wiadomości, ale olałam to. Niech sobie nie myśli, że naprawi wszystko krótkim: "przepraszam". Słowa mają wielką moc i mogą bardzo zranić. Musi nauczyć się, jak dobrze traktować kobietę. Nie jestem jak te dziewczyny, z którymi spotykał się do tej pory. Widoczne miał je gdzieś, skoro zależało mu tylko na seksie. Ze mną jest inaczej, przecież będziemy pieprzonym małżeństwem! Nie może się tak zachowywać, ponieważ mnie rani. Znamy się zbyt krótko, co zaczyna mnie poważnie przerażać. Za osiem dni nasz ślub i mam pewność, że to zdecydowanie za szybko! Nie jestem na to gotowa teraz i nie będę gotowa za osiem dni.

Wracam do domu przez park, jestem spocona, jest mi potwornie gorąco i żałuję, że nie wzięłam niczego do picia. Jednak od domu dzieli mnie zaledwie kilka kroków i pragnę się w nim znaleźć jak najszybciej.
- Marisa! - przez muzykę przebija się głos, który od razu rozpoznaję. Zatrzymuję się, odwracam za siebie i natychmiast tego żałuję. Przede mną stoi Sean, wyjmuje słuchawki z moich uszu i uśmiecha się uroczo - Cześć, Kochanie - przytula mnie do siebie, całuje w głowę i głaszcze po plecach - Uwielbiam Cię w takim wydaniu, wiesz? - szepcze wprost do mojego ucha i chociaż wygląda na spokojnego, spinam się - Pamiętasz, jak doprowadziłem Cię do końca samymi palcami? Byłaś po treningu, spocona tak jak teraz - nie! Nie chcę tego słuchać! - Wróć do mnie. Bardzo za Tobą tęsknię - odsuwa się i wpatruje we mnie jak w obrazek.
- N-nie mogę - jąkam się, a serce chce wyskoczyć mi gardłem - Nic nie mogę na to poradzić, przepraszam.
- Nie możesz, czy nie chcesz? - przechyla głowę i patrzy na mnie podejrzanie - Dawniej broniłaś naszego związku jak lwica. Jestem zaskoczony tym, jak szybko zmieniłaś zdanie. Nie kochasz mnie już?
- Nie wiem - oddycham głęboko i schylam głowę - Nie jestem pewna, czy w ogóle Cię kochałam, Sean.
- Ach, więc tylko Ci się wydawało, tak? - prycha wkurzony i ściska palce na moich ramionach - Odpowiedz.
- Jestem młoda, byłam Tobą zachwycona! Ale po tej akcji, kiedy do Twojego klubu wpadła policja i zaczęła węszyć, zaczęłam się bać - podnoszę głowę i patrzę mu w oczy. Muszę mu to powiedzieć, teraz albo nigdy - Mogłam trafić do więzienia, ponieważ byłam Twoją dziewczyną. Twój klub jest wypchany prochami po brzegi, Sean, niby jak miałabym się z tego wyplątać, co? - przełykam ślinę, ale zaschło mi w gardle.
- Nie dopuściłbym, abyś wylądowała w kiciu, Skarbie. Ochroniłbym Cię za wszelką cenę. Wiesz o tym!
- Wiem! Ale moi rodzice nigdy nie zgodzą się na ten związek, rozumiesz? Nie zaakceptują Cię!
- Od kiedy obchodzi Cię ich zdanie, hmm? Zamieszkaj ze mną, pomogę Ci, będziemy mogli być razem.
- Naprawdę myślisz, że to takie proste? Kocham swoich rodziców, wiele im zawdzięczam. Nie zrobię tego.
- Więc wolisz wyjść za mąż, tak?! Kto to jest, Marisa?! Co to za frajer! - och! Nie mogę tego zdradzić!
- To grzeczny chłopiec, który ma wyprowadzić mnie na lepszą drogę. Twierdzą, że to dla mojego dobra.
- Nigdy w życiu nie słyszałem czegoś równie głupiego, wiesz? Zmuszają Cię do ślubu z obcym gościem?
- Właściwie to tak - zaciskam usta, ale widzę, że nie podoba mu się ten pomysł - Nie mam wyjścia.
- Zawsze jest wyjście! Musisz tylko tego chcieć, ale chyba podjęłaś już decyzję. Prawda? Wolisz jego?
- To nie o to chodzi, kogo wolę. Ojciec zagroził, że anuluje moją szkołę! Wiesz, że o niej marzyłam.
- Chrzanić go! Mam mnóstwo pieniędzy i opłacę Ci tę szkołę, Skarbie. To dla mnie pestka, Marisa.
- Wiem, ale nie wystarczy ją tylko opłacić. Trzeba również zabłysnąć dobrym nazwiskiem, Sean.
- Okej, pieprzyć szkołę! Po co Ci ona, huh? Ze mną niczego Ci przecież nie zabraknie, zaopiekuję się Tobą.
- Chcę się uczuć, chcę zostać projektantką - mówię smutno, ale on nic nie rozumie - To moje marzenie.
- Wkurwiasz mnie, Skarbie - zaciska szczękę i czuję, że zbliżamy się do końca - Nie podoba mi się to, w jakim kierunku podąża ta rozmowa. Chcę, żebyś się do mnie przeprowadziła, najlepiej jeszcze dzisiaj.
- Nie zrobię tego, wybacz - próbuję się odsunąć, jednak nie pozwala mi na to - Proszę, odpuść, Sean.

- Naprawdę tego chcesz? Spójrz mi w oczy i powiedz, że nigdy więcej nie chcesz mnie widzieć.
- Sean - moja warga zaczyna drżeć, ale nie chcę tutaj płakać. Odbierze to jako oznakę słabości, bo właśnie taki jest. Nigdy nie lubił, kiedy płakałam i wiem, że muszę to zakończyć raz na zawsze. Oddycham głęboko i patrzę mu w oczy - Nigdy więcej nie chcę Cię widzieć - przy ostatnim słowie lekko załamuje mi się głos.
- Powiedziałaś to - puszcza mnie i odsuwa się - Nie będę uganiał się za małolatą, która sama nie wie czego chce. Nie mam zamiaru robić z siebie kompletnego debila, jesteś smarkulą - spluwa, odwraca się i odchodzi.


Wieczorem do domu wracają rodzice. Czekam na nich w holu, witam się i chcę z nimi pogadać.
- Cześć - uśmiecham się, tata całuje mnie w czoło, mama w policzek i patrzą na mnie niepewnie - Możemy porozmawiać? - chrząkam, gestem dłoni zapraszam ich do salonu i siadamy na kanapie. Tata z mamą, ja naprzeciwko nich. Do dzieła! - Powiem szczerze, bez owijania w bawełnę. Nie jestem gotowa na ślub.

- Jak to nie jesteś gotowa? - mama marszczy czoło i spogląda na ojca zaskoczona - Co to za pomysł?
- Po prostu to wszystko idzie zdecydowanie za szybko! Znam Justina niecały tydzień, mamo! To wariactwo!
- Wiem, ale będziecie mieć mnóstwo czasu, aby poznać się po ślubie. Zamieszkacie razem, będzie wam łatwiej. Nie martw się o nic, córeczko. Zawsze Ci pomożemy. Możesz na nas liczyć i nie bój się.
- Dlaczego tak bardzo zależy wam, żeby ten ślub odbył się tak szybko? Nie może być za kilka miesięcy?
- Marisa, to nie podlega dyskusji - głos zabiera ojciec, ale brzmi ostro jak cholera - Pogódź się z tym.
- Pogodziłam się, tylko nie mogę zrozumieć, dlaczego ślub jest za tydzień. O co wam chodzi?
- Wiesz, o co! - tata podnosi głos, aż podskakuję - Nie możemy czekać, ponieważ nie mam pojęcia, co strzeli
Ci do głowy! Justin ma Cię ogarnąć, pilnować i nie dopuścić do tego, aby Sean się obok Ciebie kręcił.
- Ale jego nie ma już w moim życiu, tato. Rozmawiałam z nim dzisiaj, zerwaliśmy definitywnie.
- Co takiego?! Jak to z nim rozmawiałaś? Bez mojej wiedzy? To karygodne! - chodzi wkurzony i nerwowo przeczesuje włosy. Jezu, co się z nim dzieje? - Od dzisiaj będziesz miała ochroniarza - och, świetnie!
- Nie potrzebuję ochroniarza! Nic mi nie grozi, Sean nie będzie mnie już nękał. Proszę, wyluzuj, tato!
- Dałem Ci już wystarczająco dużo swobody, nie uważasz? Pochodzisz z dobrego domu, na poziomie, a co wyprawiałaś przez ostatnie trzy miesiące? - wymierza ze mnie palec, a ja czuję się jak idiotka. Naprawdę zauroczyłam się w Sean'ie i straciłam głowę! - Sąsiedzi spoglądali na nas jak na trędowatych, bo nasz córka wymykała się z domu po cichu i biegła do starszego faceta, który jest kryminalistą - chce mi się płakać, bo tata patrzy na mnie z pogardą - Nie tolerowałem Twojego zachowania, zakazałem Ci się z nim spotykać, dałem szlaban! Wszystko to miałaś w dupie, własnych rodziców również! Wstydziliśmy się za Ciebie. Masz dwadzieścia lat, dziewczyno! Czas dorosnąć i nie przynosić wstydu rodzinie! - jego słowa tną mnie na pół. Schylam głowę, łzy kapią po moich policzkach, ale jest mi potwornie przykro - Ślub odbędzie się za tydzień. Koniec rozmowy - spoglądam na mamę. Oddycha głęboko, zaciska usta i posłusznie wychodzi za ojcem. 



Justin POV:
Od rana dzwonię do Marisy, ale nie odebrała żadnego z moich telefonów. Nie widziałem jej od wczorajszej awantury i sam nie wiem, jak się z tym czuję. Ta dziewczyna solidnie gra mi na nerwach i już teraz pokazuje pazurki. Nigdy nie musiałem się przejmować humorkami, kapryszeniem i pretensjami, bo nigdy nie byłem z nikim związany. Niestety teraz moja sytuacja uległa zmianie, co doprowadza mnie do szału! Wcale nie mam ochoty uganiać się za Marisą, błagać i łasić się. Najchętniej olałbym ją w cholerę i poszedł się zabawić do klubu. A może to wcale nie jest taki głupi pomysł? Wzdycham, bo nie mogę tego zrobić.

Jadę do rodziców. Muszę obgadać z ojcem szczegóły mojej pracy. Jestem ciekawy, od kiedy mam zacząć.
- Synku! - do salonu wchodzi mama i uśmiecha się szeroko - Cieszę się, że nas odwiedziłeś. Co słychać?
- Wszystko w porządku, dziękuję. Przyjechałem porozmawiać z ojcem, pracuje dzisiaj w domu, tak?
- Jak zawsze w piątki, Skarbie. Czy coś się stało? - mama marszczy brwi i układa dłoń na moich plecach.
- Nie, wszystko jest w porządku. Po prostu chciałem pogadać o sprawach związanych z firmą.
- Witaj, synu - do salonu wchodzi ojciec i wita się ze mną męskim uściskiem dłoni - Cieszę się, że tak poważnie podszedłeś do całej sprawy - posyła mamie znaczący uśmiech, który mówi coś w stylu: "a nie mówiłem, że ten ślub to świetny pomysł?" - Zanim zaczniemy o pracy, powiedz, co słychać u Marisy?
- Pokłóciliśmy się wczoraj - kiedy tylko kończę mówić, mama głośno wciąga powietrze. Rany! Też mi coś.
- Pokłóciliście się? O co? Justin, przecież mieliście się poznawać, nie kłócić, synku! Musisz ją przeprosić.
- Ja?! - zrywam się na równe nogi i patrzę na nią z niedowierzaniem - Dlaczego ja? Nic nie zrobiłem.
- Jesteś tego pewny? Marisa to wrażliwa dziewczyna, cóż mogła takiego powiedzieć, co was skłóciło?
- Mogę to zatrzymać dla siebie? Jesteśmy dorośli i załatwimy to między sobą - przewracam oczami, ale rodzice wpatrują się we mnie jak w obrazek. Doskonale wiem, że wdepnąłem w gówno i łatwo się z niego nie wygrzebię - Okej! Zeszliśmy na temat seksu i się wkurzyła. Jest taką cnotką, że pewnie nigdy mi nie da.
- Justin! - mama podnosi głos i kręci głową zdegustowana - Jak mogłeś się tak zachować! To nieodpowiednie.
- Poważnie? Dlaczego tak uważasz? Jestem tylko facetem, będzie moją żoną i seks to normalna sprawa.
- Owszem, ale trzeba mieć do tego odpowiednie podejście. Musisz być bardziej taktowny, nie wulgarny.
- Pamiętaj, synu - ojciec zaczyna i patrzy na mnie groźnie - Ta kobieta będzie Twoją żoną, nie chcę słyszeć, że mimo tego szlajasz się po klubach i pieprzysz te wszystkie dziwki. Czy to jasne? - świetnie! Wiedziałem, że do tego dojdzie - Jeśli jednak to zrobisz, musisz wiedzieć, że natychmiast odetnę Cię od wszystkich pieniędzy, sprzedam Twój dom i zostaniesz z niczym - chyba sobie kurwa żartuje! - Żadnych zdrad.
Zwijam dłonie w pięści, mój oddech przyśpiesza, płonę ze złości i mam ochotę wszystko rozpierdolić! Prycham ze złością, nawet się z nimi nie żegnam i opuszczam dom. Mam tego serdecznie dość!




11.12.16

Rozdział 5


Justin POV:

Przed dwudziestą, meldujemy się w Gun Club. Wysiadam z samochodu, obchodzę go i otwieram drzwi od strony Marisy. Kulturalnie podaję jej dłoń, obdarza mnie uroczym uśmiechem i chwyta ją pewnie. Kiedy wysiada, obejmuję ją w talii i prowadzę do wejścia. Jest środek tygodnia, ale ludziom to nie przeszkadza, bo jest ich dzisiaj całkiem sporo. Ja również potrzebuję drinka i nieco rozluźnienia, chociaż Luna się mną zajęła. Ta dziewczyna potrafi wyczyniać cuda ustami i długo nie mogłem dojść do siebie po orgazmie.
- Hugo już na nas czeka - skręcamy w prawo i docieramy do loży, którą zawsze zajmujemy z przyjacielem. Odpicowany w czarną koszulę i czarne spodnie, prezentuje się naprawdę świetnie. Cały on! - Cześć, bracie! - witam się z nim męskim uściskiem dłoni i klepnięciem po plecach - To Marisa, moja przyszła żona. Mariso, to mój przyjaciel od dziecka. Jeśli palnie coś głupiego, nie przejmuj się. Czasami mu się to zdarza.
- Och, przestań frajerze! - uderza mnie w bok, a Marisa chichocze - Witaj, Mariso. Miło Cię poznać.
- Ciebie również - ściskają sobie dłonie, ale widzę spojrzenie mojego przyjaciela. Podoba mu się!
- Usiądźmy - wskazuję na wygodną, czarną sofę i zajmuję miejsce obok dziewczyny - Czego się napijesz?

- Może być Mojito. Zacznę od czegoś łagodnego, co bardzo lubię - okej, muszę to koniecznie zapamiętać.
- Jasne, Skarbie. A Ty, stary? - wskazuje na pustką szklaneczkę z whisky i wiem wszystko - Robi się! Zaraz wracam - idę do baru i składam zamówienie. Barman dobrze mnie zna, gawędzę z nim chwilę i wracam do Marisy i Hugo. Rozmawiają zawzięcie, a moja dziewczyna nawet się uśmiecha. To ciekawe! - Jaki jest temat rozmowy? Wtajemniczycie mnie? - stawiam przed nimi drinki i sam upijam łyk pysznej whisky z lodem.
- Właściwie to ostrzegam Marisę przez tym, że jesteś wiecznie napalony i lubisz dobrą zabawę.
- C-co? - prawie krztuszę się drinkiem, ale Hugo wcale mi nie pomaga! - Hej, skończyłem z tym!
- Tylko żartowałem, wyluzuj! - śmieje się ze mnie i Marisa idzie w jego ślady - Za nowe życie!
- Tsa - stukamy się szklaneczkami i wznosimy toast - Więc? Jak tam Twoja Rosalie, przyjacielu?
- Mamy ciche dni - och! To nowość - Wkurzyła się na mnie, musiałem wyjechać, a miała plany na cudowny weekend w Paryżu - wow, ostro! - Niestety nie miałem innego wyjścia, musiałem być na konferencji.
- Przejdzie jej, to w końcu Twoja praca, nie? - mrugam do niego, ale sam będę musiał do tego przywyknąć.
- Szkoda tylko, że Rosalie tego nie rozumie. Mam nadzieję, że Marisa będzie bardziej wyrozumiała.
- Jasne - zsuwa z ramion marynarkę, a ja prawie dostaję zawału. Wygląda dzisiaj obłędnie, chociaż jej bluzko-stanik, czy co to tam jest, wcale mi się nie podoba. Przyciąga uwagę innych mężczyzn - Praca jest ważna i skoro wyjazd to konieczność, nie będę się w to mieszać. Porozmawiaj z Rosalie i wytłumacz jej to.
- Tak, chyba będę musiał to zrobić. Ale nie psujmy sobie tym humoru, jak idą przygotowana do ślubu?
- Pełną parą! Mama Justina zajęła się wszystkim i sprawuje nad tym kontrolę. Dzisiaj wybrałam suknię.
- Właśnie! Zapomniałem o tym, ale chyba zostaniesz moim drużbą, prawda? To oczywista oczywistość!
- Już myślałem, że nigdy o to nie zapytasz - Hugo przewraca oczami i kręci głową rozbawiony - Jasne!
- Cieszę się. Za cholerę nie wyobrażam sobie nikogo innego w tej roli. W końcu znamy się od pieluch.
- Tylko spróbowałbyś mnie kimś zastąpić! Gwarantuję, że skopałbym Ci dupę i nie myśl, że żartuję.
- Wiem na co się stać, już nie raz mnie pokonałeś! A jesteś młodszy o całe cztery miesiące, szczylu!
- Jesteście tacy zabawni - Marisa spogląda raz na mnie, raz na Hugo i uśmiecha się szeroko.
- Zabawni, tak? - przysuwam się i muskam ustami jej ucho. Czuję, jak się spina i nie kumam tego.
- Zaraz wracam - Hugo posyła mi znaczący uśmieszek, kiwa głową i zostawia nas samych.
- Justin, proszę - przytula ramię do policzka i niewinnie na mnie spogląda - Musisz poczekać.
- Wcale nie chcę czekać. Jesteś niesamowicie seksowna, a Twój strój działa na mnie jak cholera!
- To tylko spodenki i krótki top, nic wielkiego - och, serio?! - Obiecałeś, że poczekamy. Pamiętasz?
- Nie? Naprawdę coś takiego obiecałem? - marszczę brwi i bardzo staram się sobie to przypomnieć.
- Może nie obiecałeś, ale powiedziałeś coś w stylu: "nie ma sprawy", a to brzmi jak obietnica.
- Poważnie? Jak dla mnie brzmi to jak: "nie ma sprawy", a z obietnicą nie ma nic wspólnego.
- Po prostu bądź grzeczny, dobrze? Nie zapominaj, że znamy się zaledwie trzy dni. To jest nic.
- Nie zapominaj, że za dziesięć dni będziesz moją żoną. Wtedy też będziemy się znać ledwo co.
- Wiem - schyla głowę i nagle smutnieje. Niech to szlag! Dlaczego nie mogę się zamknąć?
- Hej, głowa do góry, tak? - podnoszę ją palcami i patrzę w jej śliczne oczy - Nie smuć się, dobrze?
- Masz rację, jesteśmy przecież w klubie, nie? - bierze się w garść, upija łyk drinka i oblizuje usta.

Cały wieczór mija w zajebistej atmosferze. Sporo wypiliśmy, nasze humory od razu się poprawiły i nie było czasu na smutki. Marisa złapała świetny kontakt z Hugo, co bardzo mnie cieszyło. W końcu miała być moją żoną, więc pozna wszystkich moich znajomych. Zapewne będą w szoku, że ktoś taki jak ja bierze ślub.



Marisa POV:
Czwartek budzi mnie lekkim kacem. Przecieram oczy, ziewam leniwie i przeciągam się. Przypominam sobie wczorajszy wieczór i uśmiecham się do siebie. Ku mojemu zaskoczeniu, było naprawdę bardzo fajnie i miło. Hugo to świetny gość i wspaniały przyjaciel. Zazdroszczę Justinowi, bo to niesamowita sprawa móc na kimś polegać, dzielić się radościami, smutkami i przeżywać sukcesy i porażki. Ja nie mam obok siebie nikogo bliskiego i zastanawiam się, któż miałby być moją druhną? Moje przyjaciółki olały mnie, z kuzynkami mam słaby kontakt, a rola druhny jest przecież bardzo ważna. Wzdycham rozczarowana, ale ten fakt mnie smuci. 


Biorę prysznic, robię lekki makijaż i upinam włosy w koka. Zakładam zwykłe krótkie spodenki, białą bokserkę i schodzę na dół. W kuchni zastaję mamę, co bardzo mnie dziwi. Zawsze o tej godzinie jest w pracy.
- Hej, mamo - cmokam ją w policzek, podchodzę do ekspresu i robię kawę - Dlaczego nie jesteś w pracy?
- Och, zapomniałaś? Przecież dzisiaj jedziemy obejrzeć salę na wesele. Za pół godziny wychodzimy.
- Muszę tam jechać? - burczę pod nosem, a mama piorunuje mnie wzorkiem - No, co? To tylko sala.
- Nie bądź kapryśna, Marisa! Mary naprawdę się stara i staje na głowie, aby to był piękny ślub.
- Wiem, ufam jej. Na pewno wybrała cudowną salę i będę z niej zadowolona. Po co jestem tam potrzebna?
- Po to, żeby ją zatwierdzić? Jedno Twoje słowo, a Mary zmieni miejsce. Musisz ją zobaczyć.
- W porządku - otwieram lodówkę i przewracam oczami, aby mama nie widziała - Umieram z głodu!
- Więc jedz szybko i przygotuj się. Nie mamy zbyt dużo czasu - wzdycham, ale najchętniej zostałabym w domu i leniuchowała przez cały dzień. Ten cały ślub idzie zdecydowanie za szybko. Ledwo się o tym dowiedziałam, znam Justina zaledwie czwarty dzień, a ślub za dziewięć dni. Czy to są jakieś żarty? - Marisa? Gapisz się w ścianę, dziecko! - mama karci mnie i sprowadza na ziemię. Wznosi oczy ku niebu, jakby miała mnie serdecznie dość. Cóż, może faktycznie ma? - Och, ktoś dzwoni do drzwi. Któż to? - upija łyczek kawy ze swojej ulubionej filiżanki i idzie otworzyć. Wkładam dwie kromki do tostera i otwieram słoiczek z masłem orzechowym. Nabieram trochę na łyżeczkę, słodzę kawę i czekam na jedzenie - Co Ty tutaj robisz?! - słyszę nagle  podniesiony, wściekły głos matki i natychmiast się spinam - Jak śmiesz przychodzić do naszego domu,  kryminalisto?! - o boże, Sean?! Rzucam łyżeczkę, wybiegam z kuchni i pojawiam się holu. Mama zabija Sean'a spojrzeniem, ale on patrzy prosto na mnie i zaciska dłonie w pięści - Wynoś się albo wezmę policję! Nigdy więcej tutaj nie przychodź i nie zbliżaj się do naszej córki! Rozumiesz?! Nie powtórzę tego więcej.
- Tak się składa, że wasza córka jest moją dziewczyną, paniusiu! Mogę ją widzieć, kiedy tylko chcę!
- Tak się składa, że nasza córka wychodzi za mąż! - o.kurwa.mać! Zaciskam usta, Sean marszczy brwi i nie spuszcza ze mnie wzorku. Jest zszokowany, ale z pewnością nie tego się spodziewał. Nie jest dobrze!

- Co ona właśnie powiedziała, Kochanie? - pyta, mija matkę i podchodzi do mnie. Nie wiem, dlaczego, ale mam ochotę się cofnąć. Jest wkurwiony na maksa i zaczynam się go bać. Nigdy nie zrobił mi krzywdy, jednak potrafił solidnie przerazić - Zechcesz wyjaśnić swojemu chłopakowi to, co się tutaj wyprawia?
- Ona nic nie będzie Ci wyjaśniać! - mama nie daje za wygraną i podchodzi do nas - Zostaw Marisę w spokoju! Dobrze wiesz, że nie dopuścimy do tego, abyś zniszczył jej życie! Niebawem będzie mężatką, urodzi dzieci - co kurwa?! - I będzie szczęśliwa. Zaakceptuj to, odejdź i nie wracaj tutaj. Inaczej pożałujesz.
- Uważaj na słowa! - krzyczy, aż podskakuję - Nie masz pojęcia, do kogo właśnie mówisz! Myślisz, że wolno Ci się do mnie odzywać w ten sposób?! Jestem kurwa panem tej dzielnicy i to Ty możesz pożałować!
- Sean! - staję między nim, a matką. Boję się go, ale muszę z nim porozmawiać - Proszę, nie odzywaj się do mojej mamy w ten sposób! Szanuj ją! - przewraca oczami, jakbym go nudziła - Zrozumiałam, że naprawdę nie możemy być razem - mówię ciszej, a Sean kręci głową. Wiem, że tak łatwo się z tym nie pogodzi - Byłam Tobą zauroczona, światem, w którym się obracasz również. Ale mam tylko dwadzieścia lat i boję się, że pewnego dnia wpakujemy się wszyscy do więzienia - zaciska usta, chociaż mam rację. Sean robi cholernie niebezpieczne rzeczy, a ja nie chcę brać w tym udziału. Jestem zaskoczona faktem, że dopiero teraz przejrzałam na oczy. Czy to Justin mi je otworzył? Jeśli tak, powinnam mu podziękować - Proszę, odpuść.
- Naprawdę sądzisz, że to zrobię? - chwyta moje ramiona i przyciąga do siebie. Cichy jęk ucieka z moich ust, ale wkłada w uścisk mnóstwo siły - Wiele razy powtarzałaś, jak bardzo mnie kochasz! Co się z tym stało, huh?! Przeszło Ci?! - potrząsa mną jak szmacianą lalką, a z moich oczu wypływają łzy. W takim stanie jeszcze go nie widziałam - Należysz do mnie, Kochanie i oboje dobrze o tym wiemy. Wybrałem Ciebie, zdobyłem i walczyłem z Twoimi rodzicami. Naprawdę każesz mi teraz odpuścić? Pojebało Cię?!
- Odsuń się od niej! - nagle dobiega mnie dobrze znany głos ochroniarza, który pracuje dla nas od dobrych dziesięciu lat - Zostaw ją, albo strzelę - och! Przekręcam głowę i dostrzegam pistolet w jego dłoniach. Zastanawiam się, czy jest prawdziwy - Liczę do trzech, nie chcesz poczuć mocy tego gnata, kolego.
- Pierdol się! - Sean spluwa i obrzuca go nienawistnym spojrzeniem. Jednak kiedy nasze oczy znowu się spotykają, widzę w nich coś dziwnego. Nie smutek, żal, ale wręcz mord - Nie powinnaś była ze mną zadzierać, złotko - prycha wkurzony, puszcza mnie, poprawia skórzaną kurtkę i bez słowa opuszcza dom.
- Marisa! - mama podchodzi, przytula mnie do siebie i głaszcze po plecach - Już wszystko dobrze, Skarbie.


Mimo wydarzeń w naszym domu, jedziemy na spotkanie z Mary. Mama stwierdziła, że dobrze mi to zrobi, ale nie jestem tego taka pewna. Wciąż widzę przepełniony złością wzrok Sean'a, czuję jego mocny uścisk na ramionach i słyszę słowa, które mnie wręcz paraliżują. Jednak teraz wiem, że dobrze zrobiłam. Dociera do mnie, że ten człowiek jest niebezpieczny i może mnie skrzywdzić. Przecież robi czarne interesy, sprzedaje broń, narkotyki i ma własny klub ze striptizem, który jest ich bazą. Jak mogłam być aż tak głupia?
- To tutaj - mama parkuje na żwirowym podjeździe i gasi silnik. Rozglądam się, ale nie wiele tutaj jest. Tylko ogromny pałac, fontanna na środku i las. Cudnie! - Chodźmy, Mary już czeka. Proszę, rozchmurz się.
- Wybacz - chrząkam, poprawiam bluzkę i człapię za mamą. Wcale nie mam ochoty na oglądanie sali i na jakiekolwiek towarzystwo. Wolałabym się zakopać pod kołdrą, bo mój nastrój jest na samym dnie. Niestety! Kiedy tylko wchodźmy do środka, w oczy rzuca mi się mama Justina, Meggie oraz sam Justin! Witam się z Mary, młodą i podchodzę do chłopaka - Hej - staję na palcach i nieśmiało cmokam go w policzek.
- Hej, Skarbie - przyciąga mnie do siebie i namiętnie całuje w usta. Jestem trochę zaskoczona jego zachowaniem, ale kiedy się od niego odklejam widzę spojrzenia naszych mam. Są wręcz zachwycone i szepczą coś do siebie - Jak się masz, maleńka? - odsuwa kosmyk moich włosów i głaszcze czule po policzku.
- Dobrze - szepcze cicho i zamykam oczy. Jestem rozbita, ale nie mogę dać tego po sobie poznać.
- Wyglądasz na zmęczoną, masz kaca? - kręcę przecząco głową i oddycham głęboko - Spójrz na mnie - jego głos się zmienia i brzmi dość poważnie. Uchylam powieki i spotykam jego oczy - Powiedz mi, co się dzieje.
- Wszystko jest w porządku, Justin. Chyba jestem po prostu zmęczona, ale nie chciałam zawieść Mary.
- Daj spokój! Przestań się do niej dostosowywać, okej? Jeśli nie masz na coś ochoty, nie musisz tego robić. Jasne? - przewracam oczami. Żeby to było takie proste! - Obejrzymy salę i zmywajmy się stąd - obejmuje mnie ramieniem i prowadzi przed siebie. Rozglądam się z zachwytem, to miejsce jest przepiękne! Wzruszenie chwyta mnie za serce, bo za kilka dni będziemy się tutaj bawić. To brzmi wręcz niewiarygodnie! - Podoba Ci się, czy wolisz coś innego? Masz powiedzieć prawdę, Marisa! Dobrze? Nie ściemniaj, wal śmiało.
- Jest cudownie, Justin - uśmiecham się szeroko i patrzę na niego - To wymarzone miejsce na wesele.
- Cieszę się. Szczerze powiedziawszy, właśnie na to liczyłem. Nie chciało mi się szukać niczego więcej.
- Dupek! - uderzam go w ramię i prycham rozbawiona - Masz szczęście, bo ta sala to bajka!
- O to chodziło, Marisa. Skoro już bierzemy ślub, musi być wyjątkowy. Właśnie dla Ciebie.
- Dziękuję. To miłe, że tak uważasz. Myślałam, że podpiszemy papierek i będzie po wszystkim.
- O nie! Na pewno nie z moimi rodzicami. Nigdy nie odpuściliby sobie wesela, muszą się pochwalić.
- Wiesz, mi zdecydowanie wystarczyłby cichy ślub tylko w gronie rodziny. Nic tak głośnego i dużego.
- Zgadzam się z Tobą, ale niestety moi rodzice są straszni! Na dodatek wciągnęli w to Twoich i koniec.
- Moja mama dostaje świra - przewracam oczami i spoglądam na nią - Zupełnie, jakby to ona brała ślub.
- Przejdziemy przez to i będziemy mieć z głowy. A potem będziemy mogli skupić się na nocy poślubnej.
- O boże! Jesteś okropny! - odsuwam się od niego i wystawiam środkowy palec - Jesteś napaleńcem!
- Dziwisz się? Będę miał piękną żonę - porusza brwiami, jednym ruchem przerzuca mnie przez ramię, aż piszczę. Pewnie nasze mamy patrzą na nas jak na debili, ale Justin się tym nie przejmuje i wychodzi z sali.


Ku mojemu zaskoczeniu, Justin zabiera mnie do swojego domu! Jestem w szoku, bo kompletnie się tego nie spodziewałam! Jednak kiedy tylko wysiadam z samochodu, moja szczęka spotyka się z ziemią. Wow! Ma naprawdę przepiękny dom! Duży, ciemny, z ogrodem i ogromnymi oknami. Mieszka tutaj całkiem sam?
- Mam nadzieję, że zamieszasz ze mną po ślubie. Co Ty na to? - pyta i otwiera dla mnie drzwi domu.
- Cóż, chyba wypada to zrobić, czyż nie? Przecież nie będziemy małżeństwem na odległość, prawda?
- Prawda. To byłoby bez sensu - uśmiecha się i prowadzi mnie do salonu - Oprowadzę Cię - chwyta moją dłoń i po kolei pokazuje pomieszczenia. Przepiękną kuchnię, pokój gier, sypialnię, łazienki i każdy pokój, a jest ich tutaj od cholery! - Jeśli będziesz chciała coś zmienić, nie ma sprawy. Możesz działać, Skarbie.
- To nie będzie konieczne. Wszystko jest piękne, idealne i dopasowane. Nic nie trzeba zmieniać.
- Justin?! - nagle naszą rozmowę przerywa piskliwy, kobiecy głos. Marszczę czoło, wpatruję się w Justina, ale widzę w jego oczach przerażenie. Cholera, o co chodzi? - Och, jesteś! - do salonu wchodzi urocza brunetka i uśmiecha się szeroko. Jednak kiedy nasze oczy się spotykają, przystaje zaskoczona - Kto to jest?
- Nie Twoja sprawa - burczy wkurzony i przeczesuje włosy - Zaraz wracam - podchodzi do dziewczyny, chwyta ją pod ramię i wychodzą. Jestem zdezorientowana i zastanawiam się, kim jest ów dziewczyna!







Obserwatorzy

Template made by Robyn Gleams