25.6.17

Rozdział 39


Justin POV:

W pomieszczeniu panuje idealna cisza. Stoję naprzeciwko Anastasii, patrzę na nią, ale w mojej głowie szaleje tornado myśli. Jak to Marisa jest w ciąży?! Od kiedy? Dlaczego mi o tym nie powiedziała? Jakim cudem Ana o tym wie?! I jak do tego doszło, skoro brała tabletki? Czy to są jakieś pieprzone żarty?
- Zbladłeś, Skarbie - uśmiecha się lekko i nalewa dla mnie wody do szklanki. Wypijam całość, ale potwornie zaschło mi w gardle - Jestem zaskoczona, że Cię o tym nie poinformowała. To dobra wiadomość, prawda?
- Jak jasna cholera - burczę pod nosem, odstawiam szklankę na blat i wychodzę z pokoju. Zwijam dłonie w pięści, wracam do naszego apartamentu i trzaskam drzwiami. Jestem wściekły i mam zamiar poważnie porozmawiać z Marisą - Wstawaj! - podnoszę głos, kiedy tylko wchodzę do sypialni. Potrząsam jej drobnym ciałem, budzi się gwałtownie i przykłada dłoń do serca. Jest uroczo zaspana i patrzy na mnie spanikowana.
- Co się stało, Justin? Dlaczego tak krzyczysz i dlaczego do cholery mnie szarpiesz? Co jest z Tobą?
- Ze mną?! - zrywam się na równe nogi i prycham z kpiną - Powinnaś zadać to pytanie sobie, Kochanie.
- Może po prostu powiesz, o co Ci chodzi, hmm? Będzie nam o wiele prościej, nie chcę się domyślać.
- Rozmawiałem z Aną - kiedy tylko wypowiadam jej imię, Marisa marszczy brwi i zaciska usta - Powiedziała mi bardzo ciekawą rzecz i jestem niezmiernie ciekawy, czy jest to prawdą. Jesteś w ciąży? - uchyla usta, jej oczy są wielkie jak spodki i patrzy na mnie przerażona. Kurwa, nic nie musi mówić, wiem już wszystko! - Więc jednak to prawda - chodzę tam i z powrotem, podpieram ręce na biodrach i nie dowierzam - Dlaczego mi kurwa nie powiedziałaś, huh?! - schyla głowę, przyciska do piersi kołdrę i nic nie mówi - Marisa!
- Chciałam, okej?! - wybucha płaczem, trzęsie się i chowa twarz w dłoniach - Nie byłam na to gotowa.
- Co za brednie! Od kiedy wiesz? Od kiedy jesteś w ciąży? To dlatego tak fatalnie się czujesz, prawda?
- T-tak, dlatego. Dowiedziałam się w szpitalu, kiedy zemdlałam i zrobili badania. To piąty tydzień.
- Piąty?! Jakim cudem? Przecież przez cały czas brałaś tabletki, tak? No chyba, że mnie okłamałaś?
- Nie okłamałam, Justin! Przestań! - podnosi głowę i patrzy na mnie ze złością - Byłam chora, pamiętasz? Wymiotowałam i zwracałam te tabletki. Po prostu nie zadziałały! Nie spodziewałam się tego.
- Nie powinienem był Ci zaufać w tej kwestii, jestem idiotą! Sam mogłem wziąć sprawy w swoje ręce, ale uwierzyłem, że ta metoda jest skuteczna! A teraz co się okazało? Jesteś kurwa w ciąży! Cudownie!
- Jak sam widzisz, również nie skaczę pod sufit, ale stało się! Już nic z tym nie zrobimy, Justin.
- Jesteś moją żoną od trzech miesięcy, nadal się poznajemy i myślisz, że jestem gotowy na dziecko?!
- Przestań się drżeć! - otula kolana ramionami i szlocha głośno. Chociaż bardzo chcę ją przytulić, nie mogę. Coś trzyma mnie w miejscu i skutecznie blokuje - Nie powiedziałam Ci, bo bałam się Twojej reakcji.
- I słusznie! Nie wierzę, że jesteś w ciąży! To zdecydowanie za wcześnie, zdajesz sobie z tego sprawę?!
- Zdaję! I co według Ciebie powinnam teraz zrobić, huh? Usunąć to dziecko? Pozbyć się go i żyć dalej?
- Nie wiem, Marisa. Naprawdę nie wiem - gapię się na nią, ale nic nie czuję. Dosłownie nic - To jest solidnie popierdolone, muszę ochłonąć - odwracam się na pięcie i po prostu wychodzę. Mam dość.



Marisa POV:

Wpatruję się w drzwi, przez które właśnie wyszedł Justin i płaczę jak małe dziecko. Czułam, że jego reakcja na wieść o ciąży będzie zła, ale nie sądziłam, że aż tak. Zostawił mnie z tym samą, wyszedł i nawet nie obejrzał się za siebie. Wiem, że to wszystko dzieje się zdecydowanie za szybko, ale jest za późno! Na pewno nie zrobię krzywdy własnemu dziecku, przecież jestem jego mamą! Jestem za nie odpowiedzialna i będę je kochać! Chrzanić go! Jeśli ma być takim dupkiem, sama wychowam nasze dziecko. Będę dla niego i mamą i tatą, a Justin niech spada! Nie chcę jego łaski! Jeśli nie zmądrzeje, nie zaakceptuje tego, odejdę. Nic na siłę, a skoro nie jest gotowy, nasze małżeństwo może się szybko skończyć.

Dochodzi druga w nocy, a Justina nadal nie ma. Chodzę po pokoju, jestem spanikowana i cholernie się o niego martwię. Wydzwaniam bez przerwy, jednak nie odbiera moich telefonów. Nie ma go ponad jedenaście godzin i zaraz dostanę zawału! Gdzie on się podziewa, do cholery?! Naprawdę chce mnie tak ukarać?
- Pieprzony dupek - psioczę pod nosem i wychodzę z pokoju. Muszę go poszukać, może jest gdzieś niedaleko? Oby tylko nic mu się nie stało - Christina? - krzyczę przez cały korytarz, ale widzę ją jak otwiera drzwi do swojego pokoju. Biegnę do niej, sapię i widzę jej zaskoczone spojrzenie - Widziałaś może Justina?
- Justina? - marszczy brwi i znam już odpowiedź - Ostatni raz jak jedliśmy obiad popołudniu. Coś się stało?
- Właściwie tak. Wyszedł około piętnastej i od tamtej pory go nie widziałam. Pokłóciliśmy się i tak wyszło.
- O cholera, trzeba go poszukać. Zajrzę do chłopców, może jest u nich. Zjedź na dół i sprawdź w barze.
- Jasne, daj mi znać - kiwam głową, docieram do windy i wciskam przycisk. Nerwowo podryguję nogą, ale nagle w moją głowę uderza pewna myśl - Proszę, tylko nie to - szepczę do siebie, odwracam się i po chwili pukam do drzwi pokoju, w którym jest Ana. Czekam niecierpliwie, pukam ponownie i mija chwila, zanim w drzwiach pojawia się dziewczyna. Jest zaspana i ma na sobie tylko szlafrok - Widziałaś może Justina?
- Zgubiłaś męża? - opiera się ramieniem o futrynę i uśmiecha chytrze - Po naszej rozmowie już niestety nie.
- Och, tak. Wasza rozmowa, fakt. Jestem ciekawa skąd wiesz, że jestem w ciąży? Nie mówiłam Ci tego.
- Rozmawiałam z Luną - och! Jeszcze tylko jej brakowało - Spotkała Cię w sklepie dziecięcym i zaczęła główkować - poważnie?! - Stwierdziła, że z rozczuleniem patrzyłaś na maleńkie skarpetki i podejrzewała, że jesteś w ciąży. Kiedy jednak zobaczyłam na własne oczy Twoje samopoczucie, wszystko było już jasne. Jaka szkoda, że nie podzieliłaś się tą radosną nowiną z własnym mężem. To niezbyt ładnie z Twojej strony.
- Pierdol się! To nie jest Twoja sprawa, Ana. Nie wpieprzaj się tam, gdzie Cię nie chcą! Jesteś przebiegłą suką, która tylko czeka na okazję, żeby wbić szpony w Justina. Jakież to żałosne! Pieprzona desperatka!
- Jesteś strasznie pyskata! Uważaj na słowa, ponieważ pewnego dnia możesz ich gorzko pożałować.
- Grozisz mi? - prycham rozbawiona, a Ana dumnie unosi brodę - Nie boję się Ciebie, masz pecha. A teraz wybacz, pójdę poszukać swojego męża - mrugam do niej, odchodzę i ponownie docieram do windy.

Chodzę po mieście, ale nie oddalam się. Nie znam okolicy, a nie mam zamiaru się zgubić. Wciąż próbuję dodzwonić się do Justina, jednak tracę nadzieję. Czuję łzy pod powiekami i cholerną bezradność! Tak bardzo się o niego martwię, a on perfidnie mnie olał i nie raczył odebrać mojego telefonu! Miałabym pewność, że jest cały i zdrowy, nic mu nie jest i mogłabym spokojnie zasnąć. Jak zawsze nic nie idzie po mojej myśli i włóczę się po nocy. Dochodzi trzecia piętnaście, owijam się sweterkiem i wracam do hotelu.

W hotelu czeka na mnie Christina oraz dwóch mężczyzn, który przylecieli razem z nami. Jest również Ana, ale ją akurat ignoruję. Niestety mają złe wieści, a raczej brak jakichkolwiek. Nadal nie wiemy, gdzie podziewa się Justin i przez głowę przebiega mi myśl, żeby pójść na policję i zgłosić zaginięcie.
- Powinnaś się położyć i odpocząć - Christina pociera moje ramię, kiedy ziewam - My nadal będziemy szukać.
- Nie ma opcji. Nie zasnę, zbyt mocno się o niego martwię - schylam głowę, pocieram czoło i główkuję, gdzie mógłby pójść. Przecież nie zna tego miejsca, więc co mogło się stać? - Chodźmy na policję, już tak długo go nie ma - patrzę na nich, ale wszyscy jednocześnie przytakują głowami. Wzdycham ciężko, ogarniam się i kiedy mamy wychodzić, rozlega się dzwonek mojego telefonu. Wyjmuję go z kieszeni jeansów, a moje serce natychmiast podskakuje w piersi - Mój boże, Justin! Gdzie Ty się podziewasz, do jasnej cholery?!
- Cii, nie krzycz, Kochanie. Wszystko jest w porządku, chciałem pobyć po prostu sam. Już wracam do hotelu.
- Chciałeś pobyć sam? Mówisz poważnie? Odchodzę od zmysłów, bo nie ma Cię tyle godzin. Czy Ty jesteś normalny? Wszędzie Cię szukaliśmy i właśnie mieliśmy iść na policję zgłosić Twoje zaginięcie!
- Woohoo! Nie rozpędzajcie się! Nic mi nie jest, Marisa. Byłem na polu naftowym, musiałem pomyśleć.
- Rozumiem to, mogłeś chociaż mnie o tym poinformować. Nie martwiłabym się i poszłabym spać.
- Wybacz, mój błąd. Uspokój wszystkich i wracaj do łóżka, dobrze? Będę za jakieś dwadzieścia minut.
- Okej. Nienawidzę Cię za to, że nie odezwałeś się przez cały dzień. Tak bardzo się o Ciebie bałam, dupku.
- Jeszcze raz przepraszam, zostawiłem telefon w samochodzie i kompletnie o nim zapomniałem.
- Porozmawiamy sobie poważnie na osobności. Czekam na Ciebie i proszę, jedź ostrożnie. Jasne?
- Jasne, mała. Nie denerwuj się już, nie powinnaś. Niebawem będę, do zobaczenia, Skarbie.
- Pa - kończę połączenie i ocieram łzę z policzka - Wyobrażacie sobie, że ten dupek chciał pobyć sam i pojechał sobie na pole naftowe? - prycham z kpiną, a Christina przewraca oczami - Skopię mu za to dupę!
- Jeśli możesz, zrób to również za nas - Sergio mruga okiem i razem z Christiną i Robertem idą do wind.
- Widzisz? Zguba się znalazła - Ana uśmiecha się krzywo, ale mam ją w nosie i idę przed siebie. Nie dam się sprowokować - Jestem pewna, że Justin nie zaakceptuje tego dziecka, nigdy nie chciał ich mieć - och!
- Możesz się przymknąć? Akurat Twoje zdanie na ten temat najmniej mnie obchodzi. Nie wtrącaj się.
- Sama się przekonasz - idzie obok mnie, ale wkurza mnie jak nikt inny! Jest tak samo irytująca jak jej przyjaciółka Luna! - Widzisz, może moja szansa akurat nadchodzi? Godnie Cię zastąpię, obiecuję.
- Na Twoim miejscu nie rozpędzałabym się aż tak daleko, moja droga. Jesteś za bardzo pewna siebie.
- Po prostu znam Justina. To chłopak, który nie lubi zobowiązań i odpowiedzialności. Dziecko to już coś.
- Możesz się ode mnie odczepić? Nie mam zamiaru z Tobą rozmawiać, jesteś natręta i niesamowicie wkurzająca. Nie dziwię się Justinowi, że nie mógł z Tobą wytrzymać. Można zwariować! - przewracam oczami, wchodzę po schodkach i w zasięgu wzroku wreszcie pojawia się rząd wind. Jestem zmęczona i marzę o łóżku. Niestety Ana dogadania mnie, prawie mija, ale zahacza o moje ramię i bezczelnie mnie szturcha. Tracę równowagę, pisk ucieka z moich ust, ale na jakikolwiek ratunek jest już za późno.




Justin POV:
Wracam do hotelu, prowadzę samochód i rozmyślam nad tym, czego się dowiedziałem. Musiałem wyjść, ochłonąć i pobyć sam ze sobą. Wiadomość o ciąży była dla mnie prawdziwym szokiem i w życiu nie spodziewałbym się czegoś takiego. Byłem spokojny i pewny, że tabletki nas ochronią i nie musimy bać się wpadki. Stało się jednak na odwrót i Marisa jest w ciąży. Na dodatek to już piąty tydzień i nie raczyła powiedzieć mi prawdy. Wiedziała od tygodnia! Patrzyła mi prosto w oczy i perfidnie wciskała kit, że to przez alkohol i osłabienie. Teraz, kiedy już o tym wiem mam ochotę przyłożyć sobie za swoją głupotę! Nie poskładałem wszystkiego do kupy, ale nawet przez myśl mi nie przeszło, że powodem złego samopoczucia Marisy jest ciąża. Spodziewałbym się wszystkiego, ale na pewno nie tego. To jak bomba i zdecydowanie nie byłem na to przygotowany. Nie jestem gotowy na dziecko, przecież jesteśmy małżeństwem prawie cztery miesiące, chciałem nacieszyć się Marisą, poznać ją jeszcze lepiej, zwiedzić piękne miejsca, a teraz mam zostać ojcem? Jak to w ogóle brzmi? Ja i bycie ojcem? Nie, to zdecydowanie nie przejdzie! Nigdy nie miałem do czynienia z małymi dziećmi, nawet szczególnie za nimi nie przepadam. Jak miałbym odnaleźć się w tej trudnej roli? Jestem, a raczej byłem rozrywkowym człowiekiem. Małżeństwo to był dla mnie prawdziwy kosmos i zajęło mi trochę czasu, żeby się do tego przyzwyczaić. Mimo wszystko dziecko to zupełnie inna bajka i wiem, że to nie dla mnie. Cholera, czy właściwie mam jakiś wybór? Marisa powiedziała, że stało się i jest już za późno. Ma rację. Cóż nam pozostało? Mamy pozbyć się dziecka, które jest nasze? To kompletnie bez sensu i chociaż mam w głowie totalny mętlik, jestem przerażony i nie wyobrażam sobie tego, muszę przy niej być! Nie mogę stchórzyć, ponieważ jestem dorosłym facetem, mężem! Moje dawne życie zostawiłem za sobą, nie wrócę do niego i teraz jestem nowym Justinem. Mam pracę, żonę i dziecko w drodze. Nie pozostaje mi nic innego jak ogarnąć się i wziąć odpowiedzialność za swoją rodzinę. Mam nadzieję, że będę w stanie to zrobić.

Docieram pod hotel przed czwartą rano. Wychodzę z samochodu, a w moje oczy rzuca się karetka i migające na wszystkie strony światła. Marszczę czoło, podchodzę nieco bliżej i próbuję zobaczyć cokolwiek.
- Justin! Nareszcie! - przekręcam głowę i widzę biegnącą w moją stronę Christinę - M-marisa - dyszy ciężko, przykłada dłoń do czoła i pociąga nosem. Jest cała zapłakana i mam kurewsko złe przeczucia!
- Marisa? Co z nią? - gapię się na Christinę, która wskazuje na karetkę. O nie! - Więc to ona jest w środku?! - przytakuje głową, zrywam się na równe nogi i dopadam do sanitariusza - Co się stało? To moja żona.
- Zabieramy ją do szpitala, jeśli Pan sobie życzy, może pojechać z nami. W drodze opowiem, teraz nie mamy czasu - gestem dłoni zaprasza mnie do środka, wskakuję i siadam obok łóżka, na którym leży moja żona. Biorę jej dłoń, głaszczę wierzch, a moje serce podchodzi do gardła - Pana żona spadła ze schodów.
- Co takiego? - uchylam usta zszokowany, ale nie tego się spodziewałem - Dlaczego jest nieprzytomna?
- Podaliśmy jej środek uspokajający, zasnęła. Musimy się spieszyć, ponieważ wystąpiło krwawienie.
- O boże, nie. Ona jest w ciąży - patrzę na niego spanikowany, ale to nie brzmi zbyt dobrze - Co z nią?
- Zostaliśmy o tym poformowani, dlatego jak najszybciej musi trafić do szpitala. Wszystko będzie dobrze.
- Musi być dobrze, będziemy mieli dziecko - szepczę cicho, patrzę na Marisę i czuję się podle. Zniknąłem na cały dzień, a powinienem być przy niej i ją wspierać. Dlaczego jestem takim impulsywnym idiotą?!


Mija minuta za minutą. Spoglądam na zegarek, ale minęło dwadzieścia minut. Chodzę tam i z powrotem, denerwuję się i to czekanie mnie wykończy. Nie wiem, ile będą ją badać, ale muszę wiedzieć natychmiast! Modlę się po cichu, aby wszystko było w porządku i zastanawiam się, jakim cudem do tego doszło? Jedyne schody w hotelu, to te prowadzące do wind i na klatkę schodową, ale wątpię, aby szła po schodach mając do dyspozycji windę. Może się potknęła? Poślizgnęła? Przecież to całkiem normalne, jednak boję się, że zrobiła sobie krzywdę... lub dziecku. Nie! Nie mogę tak myśleć, na pewno wszystko będzie dobrze.
- Justin - podnoszę głowę i widzę Christinę oraz Anę. To miłe, że przyjechały - Zabrali Marisę na badania?
- Tak, chwilę temu. Pozostaje mi tylko czekanie, a zaraz dosłownie oszaleję z niepokoju. Ile to potrwa?
- Nie mam pojęcia, oby jak najszybciej. Nie martw się, Marisa to silna dziewczyna i poradzi sobie.
- Wiem, ale ona jest w ciąży. Jeśli ten upadek zaszkodził dziecku? Dopiero dzisiaj się o tym dowiedziałem!
- Spokojnie - układa dłoń na moich plecach i głaszcze czule - Cierpliwie poczekamy na wyniki badań.
- Wiesz, jakim cudem do tego doszło? - kiedy tylko o to pytam, Christina zaciska usta - Widziałaś to?
- Tak, czekałam na windę z Robertem i Sergio, kiedy usłyszałam krzyk Marisy. Przekręciłam głowę w momencie, w którym już spadła - wzdycha ciężko i spogląda w stronę Any - Nie jestem pewna, co się stało.

- Pan Justin Hess? - naszą rozmowę przerywa lekarz, który do nas podchodzi. Przytakuję głową, stres ściska
mój żołądek i czekam na informacje - Zapraszam do mojego gabinetu, musimy porozmawiać - posyła mi lekki uśmiech, jestem spięty jak diabli i boję się tego, co chce mi powiedzieć.



18.6.17

Rozdział 38

Marisa POV:
Staram się zachować spokój, uśmiecham się do ekspedientki i płacę za parę uroczych śpioszków i dwa body. Ignoruję Anę i za wszelką cenę nie chcę zrobić jej tutaj awantury. To ostatnie, czego mi potrzeba.
- Proszę wpisać pin - młoda dziewczyna przysuwa terminal, wpisuję go i odbieram zakupy - Miłego dnia.
- Dziękuję, wzajemnie - kiwam głową, opuszczam sklep, a Luna podąża za mną jak cień - Czego chcesz?

- Hej! Dlaczego jesteś taka niemiła? - czy ona robi sobie ze mnie jaja?! - Co jest? Uraziłam Cię czymś?
- Daj mi spokój, Luna - przystaję i obrzucam ją obojętnym spojrzeniem - Czego ode mnie chcesz?
- Nie zachowuj się jak dziecko - przewraca oczami, a mnie zalewa krew! - Pewnie jesteś na mnie zła, tak?
- Mam do tego powód. Jestem odrobinkę wkurwiona, że jakaś wywłoka dobiera się do mojego męża.
- Po pierwsze, nie jestem wywłoką! - unosi się i mruży oczy - A po drugie, skąd pomysł, że to ja się do niego dobierałam? On tylko na mnie czekał, Skarbie i był niesamowicie chętny. Dostał to, czego Ty mu nie dałaś.
- Cieszę się, że zadowoliłaś mojego ówczesnego narzeczonego. Jaka szkoda, że to się więcej nie zdarzy.
- Nie bądź tego taka pewna. Justin to rozrywkowy facet. Myślisz, że obrączka na palcu go powstrzyma?
- Wydaje mi się, że tak. Wiesz, wczoraj tak pięknie mówił o tym, jak bardzo mu na mnie zależy. Ufam mu.
- Poważnie? Więc jesteś naprawdę naiwna, dziewczyno. Źle trafiłaś, sama się o tym jeszcze przekonasz.
- To wszystko, co masz mi do powiedzenia? Wybacz, muszę kupić kilka rzeczy na podróż z mężem.
- Och, do Kuwejtu - skąd wie?! - Mam nadzieję, że Anastasia będzie grzeczną dziewczynką - patrzy na mnie pewna siebie, ale potwornie mnie tym zaskoczyła! - Czyżby Justin Ci o tym nie powiedział? Leci z wami.
- Świetnie! Dziękuję, że mnie oświeciłaś - mrugam okiem, odwracam się i po prostu odchodzę. 


Biorę taksówkę i jadę do firmy Justina. Nie ukrywam, ale jestem wściekła! Naprawdę nie powiedział mi tak istotnej rzeczy, że jego ex leci z nami? Przecież to będzie dla mnie potwornie niezręczna sytuacja!
- Dzień dobry - wita mnie nowa sekretarka, której jeszcze nie znam. Jest młoda, może nawet w moim wieku i wygląda bardzo ładnie - Czy jest Pani umówiona z Panem prezesem? Jeśli nie, nie może Pani wejść.
- Owszem, mogę - mijam ją, naciskam klamkę i wchodzę do środka. Justin siedzi przy biurku, pisze coś na laptopie i gwałtownie podnosi głowę - Cześć, Kochanie. Uspokój swoją sekretarkę, dobrze?
- Mia, jest w porządku. To moja żona - posyła mi rozbawiony uśmieszek, kobieta wychodzi i zostajemy sami - Jaka miła niepodziana - podchodzi i przytula mnie do siebie - Pominę fakt, że powinnaś odpoczywać.
- Dlaczego nie powiedziałeś mi, że Ana leci z nami? - pytam cicho, a jego ciało napina się jak struna. Oho!
- Skąd to wiesz? - odchyla głowę i marszczy brwi - Cholera, Anastasia Ci to powiedziała? Kiedy? Gdzie?
- Nie, spotkałam na mieście Lunę, ona przekazała mi jakże radosną nowinę. Zechcesz mi to wyjaśnić?
- Po prostu... - wzdycha ciężko, odgarnia moje włosy na plecy i całuje w czoło - Zamierzałem Ci o tym powiedzieć, naprawdę. Jednak po ostaniach wydarzeniach to wcale nie było takie proste. Wybacz.
- Nie gniewam się, chociaż kiedy mi o tym powiedziała, miałam ochotę walnąć Cię w łeb! O co tu chodzi?
- O nic, chyba czekałem na odpowiedni moment, ale ktoś mnie ubiegł. Jakim cudem się spotkałyście?
- Sama nie wiem, wpadła na mnie i zagadała. Patrzyła na mnie złośliwie i wspomniała o tym, że źle trafiłam.
- Nie słuchaj jej, dobrze? Luna jest na mnie wkurzona i być może będzie chciała namieszać Ci w głowie.
- Wiem, znam ten typ kobiet. Powiedziała, że dostałeś od niej to, czego ja Ci nie dawałam. Zabolało.
- Od Ciebie dostaję o wiele więcej, Kotku. Chciała Cię sprowokować, nie przejmuj się nią. Dla mnie to przeszłość, Luna nie ma dla mnie żadnego znaczenia. Było minęło, wiesz? Jesteś moją żoną, mam Ciebie. Musisz wziąć się w garść i zapomnieć o jednej i drugiej. Skup się na nas, dobrze? O to Cię proszę.
- Postaram się - staję na palcach, pocieram nosem o jego i całuję w usta. Żeby to było takie proste!
- Tak trzymaj. One nawet w połowie nie znają mnie tak, jak Ty. Oprócz seksu nic nas nie łączyło.
- Okej, nie chcę wiedzieć nic więcej - przewracam oczami i siadam w fotelu - Nie powinnam lecieć, wiesz?
- Co? Dlaczego? - kuca przede mną i układa dłonie na moich udach - Proszę! Nie rób mi tego, Marisa.
- Będzie tam Ana. Spójrz, jak ta sytuacja wygląda. Obie się nie lubimy, a na dodatek jest Twoją byłą.
- Daj spokój, nie jest moją byłą! Mam ją w nosie! Obiecuję, że będzie fajnie i nawet nie odczujesz, że jest
tam razem z nami. Przecież nie będziemy spędzać z nią czasu, zajmę się pracą i Tobą. Co Ty na to?
- Niech Ci będzie - kapituluję, bo wygląda zbyt słodko z tymi oczami szczeniaka, abym odmówiła.



Justin POV:
W piątek szykujemy się do długiej podróży. Budzę Marisę kilka minut po czwartej rano, ale zwlec ją z łóżka o tej godzinie granicy wręcz z cudem! Marudzi, okrywa się po samą szyję i ma mnie w nosie. Psioczy, że nigdzie nie jedzie i mam polecieć sobie sam. Też mi coś! Siłą biorę ją na ręce i stawiam dopiero pod prysznicem. Odkręcam ciepłą wodę, a Marisa piszczy i natychmiast się budzi. Ha! Czyż nie jestem genialny?

Na lotnisku pakujemy się do prywatnego samolotu. Witam się z pozostałymi, czyli Anastasią, Christiną laborantką, Robertem i Sergio. Pracują w firmie mojego ojca, jedynie Christina jest z ekipy Rogera. Wygląda na miłą i ściska dłoń mojej żony. Ana patrzy na nas spod byka, ale z pewnością jest na mnie wściekła za to, że przekazałem nagranie jej ojcu. Cóż, karma to suka i zawsze wraca, ma za swoje. Powinna była zamknąć usta kiedy miała okazję, nie skorzystała i poniosła za to karę. Ze mną się nie zadziera i teraz już o tym wie.

Lot trwa i trwa. Marisa potwornie się nudzi, wierci, wzdycha, prycha i marudzi. Próbuję ją czymś zająć, chociaż nie jest to takie proste. Czasami zapominam, że jest ode mnie młodsza i ma te swoje humorki.
- Kotku! - burczę pod nosem i kręcę głową zdegustowany - Czy możesz przestać się wreszcie tak wiercić?
- Nie potrafię, okej? Lecimy już prawie osiem godzin i zaraz dostanę na głowę. Jestem cholernie zmęczona.
- Poważnie? Czym? - unoszę brew i uśmiecham się szeroko - Przecież prawie cały czas spałaś, maleńka.
- Wiem - oblizuje usta, schyla głowę i ściska w dłoniach koc - Po prostu jestem zmęczona i już.
- Co się dzieje? - przekręcam się w jej stronę i podsuwam palec pod jej brodę. Kiedy nasze oczy się spotykają, marszczę czoło. Naprawdę wygląda na zmęczoną, ma worki pod oczami i patrzy na mnie smutno.
- Wszystko jest w porządku, Justin. Nie jestem przyzwyczajona do tak długich lotów, dlatego tak marudzę.
- Jeszcze około dwie godzinki i będziemy na miejscu. Odpoczniesz, weźmiesz prysznic i pójdziesz spać, tak?
- Mhm - mruczy cicho, ziewa przeciągle i wtula się we mnie mocno - Ana cały czas się na nas gapi, wiesz?
- Tsa, czuję jej spojrzenie na sobie, aż mi gorąco. Staraj się nie zwracać na nią uwagi, dobrze?
- Robię to przez cały czas, ale ona dosłownie pożera Cię wzrokiem! Chyba ma na Ciebie ochotę, Skarbie.
- Marisa! - karcę ją i wzdycham ciężko - Nie wygaduj bzdur, jasne? Anastasia to już dawno zamknięty temat.
- Też mi coś - prycha rozbawiona i pociera nosem o mój - Byłoby super, jeśli i ona by tak myślała.
- Jesteś nieznośna - gryzę jej dolną wargę i mrugam zadziornie - Przytul się i spróbuj jeszcze przespać.


W Kuwejcie jesteśmy przed siedemnastą. Jedziemy prosto do hotelu, który jest bardzo elegancki.
- Jasna cholera, co za miejsce! - Marisa wzdycha rozmarzona i wychodzi na taras - Widok jest przepiękny.
- Cieszę się, że Ci się podoba. Jesteś głodna? - przytakuje głową, unosi ręce nad głowę i staje na palcach. Patrzę na nią, zakładam ręce na piersiach i podziwiam moją żonę. Jest naprawdę przepiękną kobietą i tak dobrze mieć świadomość, że należy tylko do mnie - Masz ochotę na coś konkretnego? Mów śmiało.
- Może spróbujemy tutejszej kuchni, hmm? Jestem ciekawa, co mają tutaj dobrego. Co Ty na to, Skarbie?
- Jestem jak najbardziej za. Zadzwonię i zamówię do pokoju, masz chwilę czasu na przebranie się.
- To świetnie - klaszcze w dłonie, wchodzi do środka i rozsuwa torbę. Ile ona tego ze sobą wzięła?!


Po pysznej kolacji, siadamy na tarasie i delektujemy się czerwonym winem. Właściwie tylko ja, bo Marisa wybrała smoothie jagodowe, co trochę mnie dziwi. Może ma dość po ostatniej imprezie, na której solidnie przesadziła? Dobrze, że wyniosła z tego nauczkę. Nie powinna wlewać w siebie aż tyle alkoholu.
- Jakie masz plany na jutro? Mam zostać w hotelu, czy jechać z Tobą? - pyta i przysuwa fotel do mojego.
- Nie chcę zostawiać Cię samej, nie po to Cię przecież zabrałem. Możesz pojechać ze mną, chcesz?
- Jasne, to lepsze niż siedzenie w hotelu. Właściwie, co masz zrobić w tym miejscu? Powiesz coś więcej?
- Muszę sprawdzić jakość ropy, która ma być dostarczona do biznesmena z Rosji. Nie mam bladego pojęcia, dlaczego ojciec zlecił to mnie, ale skoro tego chciał wspólnie z Rogerem, nie kłóciłem się. Christina, która jest laborantką zbada ropę dzięki czemu będziemy znać szczegóły. Sprawdzę jak idzie wydobycie, a w niedzielę wieczorem wracamy - odgarniam włosy z jej czoła i przykładam dłoń do policzka - Jak się czujesz?
- Całkiem dobrze, nic mi nie jest. Wiesz, że zdecydowanie za bardzo się martwisz? Nie jestem dzieckiem.
- Dzieckiem może nie, ale moją żoną już tak. Nie powinnaś być taka zaskoczona, Kotku. Boję się o Ciebie.
- Niepotrzebnie. To tylko chwilowe osłabienie - odkłada szklankę na stolik i siada na moich kolanach. Nie wiem, co wyprawia, ale chcę więcej - Chyba muszę odciągać Twoje myśli od zmartwień, za dużo myślisz.
- Mm, brzmi dobrze - mrugam okiem, Marisa zsuwa się w dół i seksownie przygryza wargę. Ma na sobie króciutką, zwiewną, białą sukienkę i ten strój cholernie mnie podnieca - Co chodzi Ci po głowie? - przykłada palec do ust, czym daje mi znak do milczenia i o nic więcej już nie pytam. Moje szare spodenki lądują na podłodze razem z bokserkami i czuję jej słodkie usta na moim kutasie. Wzdycham, bo tak bardzo tęskniłem za tym uczuciem. Już nie pamiętam, kiedy Marisa to robiła, jednak mam zamiar korzystać i oddać się w jej ręce. Odchylam głowę i delektuję się tym błogim uczuciem odprężenia i przyjemności - Jesteś cudowna.

- Ciii - szepcze cicho i pieści mnie jak szalona. Wiercę się, bo trudno usiedzieć mi w miejscu, kiedy jej głowa porusza się rytmicznie razem z dłonią. Doskonale wie, co zrobić, aby doprowadzić mnie do takiego stanu. Poznała wszystkie moje słabe punkty i wykorzystuje je przeciwko mnie. Ma nade mną władzę i robię się miękki, kiedy przejmuje kontrolę - Mmm - mruczy pod nosem i unosi wzrok. Patrzy mi w oczy i wygląda obłędnie. Uśmiecham się, wsuwam palce w jej włosy i zwalnia tempo - Czyżbyś miał dość, Kochanie?
- Nigdy nie będę miał Ciebie dość - chwytam ją pod ramię, sadzam na kolanach i jednym ruchem pozbywam
się jej sukienki. Nie dziwi mnie nawet fakt, że nie ma na sobie pieprzonej bielizny! - Wiem, że robisz to specjalnie - 
niewinnie wzrusza ramionami i przesuwa włosy na prawe ramię - Szaleję za Tobą, dziewczyno - przytulam ją do siebie, całuję w szyję i czuję, jak lekko się unosi, a potem zsuwa się na mnie. Z naszych ust jednocześnie ucieka jęk niesamowitej przyjemności, która przelewa się z góry na dół.

W sobotę jemy śniadanie i jedziemy na pole naftowe. Docieramy tam po dobrych czterdziestu minutach i muszę przyznać, że jestem pod wrażeniem. Maszyny pracują na pełnych obrotach i jest sporo robotników.
- Witam, nazywam się Marco Smith - witam się z mężczyzną, który wygląda mi na kierownika - Oprowadzę państwa, proszę tędy - uśmiecha się, prowadzi nas naokoło i wszystko tłumaczy. Nie znam się na wydobywaniu ropy zbyt dobrze, jednak słucham uważnie i przytakuję głową. Muszę przyznać, że to bardzo ciekawy temat, a Marco to miły facet, który zna się na swojej robocie - Tutaj można pobrać próbkę ropy. Mamy laboratorium, więc można ją od razu przebadać. Pan Hess nalegał, aby zrobić to bardzo dokładnie.
- Tak, mój ojciec to solidny człowiek i zawsze wszystko musi być najwyższej jakości. Jak idzie wydobycie?
- Świetnie! Mamy naprawdę rewelacyjne pole i trafiliśmy w żyłę złota. Nie ma chwili wytchnienia.
- To bardzo dobra wiadomość, tata na pewno będzie zadowolony. Tak trzymajcie, panowie.
- Się wie! - Marco śmieje się, Christina pobiera próbkę i idziemy zwiedzać dalej.
 



Marisa POV:
Popołudniu spotykamy się w restauracji. Jest cała czwórka, która z nami przyjechała. Christina to świetna dziewczyna i natychmiast ją polubiłam. Ma dwadzieścia pięć lat, złapałyśmy wspólny język i jest bardzo miła. Niestety Ana zabija mnie spojrzeniem za każdym razem, kiedy nasze oczy się spotykają. Siedzi nadąsana, zachowuje się jak pieprzona księżniczka i psuje atmosferę. Nie rozumiem, dlaczego przyleciała tutaj z nami, skoro nic wielkiego nie robi. Snuje się jak cień, wpatruje w mojego męża jak w obrazek i wręcz nie odrywa od niego wzroku. Jest męcząca i mam jej po dziurki w nosie. Powinna się ogarnąć.
- Nie smakuje Ci, Skarbie? - Justin wyrywa mnie z moich myśli i patrzy na mnie zmartwiony - Co się dzieje?
- Nic, wszystko jest przepyszne, ale nie mam za bardzo apetytu. Boli mnie głowa i jestem zmęczona.
- Chcesz się położyć? - przytakuję głową i upijam łyk wody - Odprowadzę Cię do pokoju, dobrze?
- Nie, to nie jest konieczne. Dokończ obiad, poradzę sobie - uśmiecham się do niego i całuję w usta.
- Ja mogę to zrobić, również nie czuję się najlepiej - głos zabiera Ana, a ja mam ochotę przewrócić oczami.
- Niebawem do Ciebie przyjdę - przytula mnie do siebie i głaszcze po włosach - Nie rozmawiaj z nią.
- Nie będę - mrugam do niego i opuszczam hotelową restaurację razem z Aną, która idzie obok mnie.
- Dobrze się czujesz? Wyglądasz marnie - marszczy brwi i patrzy na mnie podejrzanie - Jesteś chora?
- To nie jest Twoja sprawa - burczę pod nosem, przywołuję windę i jak na zawołanie odsuwają się drzwi.
- Chciałam być po prostu miła, tak? Nie musisz być taką zołzą - kręci głową i wciska guzik z naszym piętrem.
- To nie ja jestem zołzą, a Ty. Od samego początku uznałaś mnie za wroga, więc nie oczekuj teraz cudu.
- Naprawdę masz zamiar wracać do tego przy każdym naszym spotkaniu? Kiedy Ci się to w końcu znudzi?
- Nie, nie będę do tego wracać, ponieważ nie mam najmniejszego zamiaru się z Tobą spotykać, Ana.
- Milusia jak zawsze - prycha z kpiną, zakłada ręce na piersiach i patrzy przed siebie. Mam ją w nosie i nie mam najmniejszego zamiaru się nią przejmować. Czuję się coraz gorzej i w dodatku chwyta mnie mocny skurcz brzucha, aż zginam się w pół. Jasna cholera, co jest?! - Marisa? Co się dzieje? Coś Cię boli?
- Nie - oddycham głęboko i staram wziąć się w garść - To skurcz brzucha, nic wielkiego. Zaraz przejdzie.
- Jesteś pewna? Może zadzwonić po Justina lub lekarza? - pyta i czuję jej ciepłą dłoń na plecach.
- Nie, dziękuję za troskę - podnoszę się, odgarniam włosy i wreszcie docieramy na dwudzieste drugie piętro. Idziemy wzdłuż korytarza i docieramy do swoich pokoi, które są obok siebie. Wkładam kartę, przesuwam i otwieram drzwi. Wchodzę do środka, ale ku mojemu zaskoczeniu, Ana wchodzi za mną - Chcę się położyć.
- Pomogę Ci - gapię się na nią jak na kosmitkę. Skąd ta troska? - Och, nie patrz tak na mnie, okej? Nie jestem suką bez uczuć - przewraca oczami, podchodzi do stolika i nalewa dla mnie szklankę wody - Proszę.
- Dzięki - wzdycham ciężko i wypijam. Niestety nie polepsza to mojego stanu i chce mi się wymiotować.
- Chodź do łóżka, powinnaś odpocząć - prowadzi mnie do sypialni, zasuwa zasłony i zdejmuje wszystkie poduszki. Szybko przebieram się w łazience i myślę nad jej zachowaniem. Naprawdę robi to z troski, czy ma w tym jakiś interes? - Marisa, żyjesz?! - krzyczy głośno, aż mam ochotę zasłonić sobie uszy.
- Tak, już wychodzę! - składam ubrania, odkładam na pralkę i wracam do sypialni - Dziękuję za pomoc.
- Nie ma sprawy - uśmiecha się, wskakuję do łózka i okrywam się po samą szyję - Co Ci dolega?
- Ostatnio przesadziłam z alkoholem i trochę zabalowałam. Kilka dni i będę jak nowa, to nic wielkiego.
- W porządku, odpoczywaj. Niebawem wróci Justin - uśmiecha się, kiwa głową i zostaję sama.
Nadal jej nie ufam i z pewnością nie zostaniemy przyjaciółkami. Ana to przebiegła kobieta, na dodatek spotykała się z Justinem i z pewnością nie jest jej łatwo patrzeć na niego, kiedy jest ze mną. Jednak to przeszłość i musi się z tym pogodzić. Justin należy do mnie i na pewno go nie oddam - Co to, to nie - szepczę cichutko, wtulam się w poduszkę i ziewam przeciągle. Ponownie czuję dziwny skurcz, przykładam dłoń do brzucha i głaszczę go kciukiem. Zaczynam się martwić, że to z dzieckiem dzieje się coś niedobrego. Przecież po wyjściu ze szpitala czułam się nieźle i wracały mi siły, więc co tym razem? - Trzymaj się maleńki, musisz dać radę. Dzisiaj powiemy tatusiowi - mówię do brzucha, jakby to miało cokolwiek zmienić. Jednak bardzo się martwię i nie chcę, aby działa mu się jakakolwiek krzywda. To nasze dziecko.




Justin POV:
Godzinę później wracam do pokoju. Marisa jednak smacznie sobie śpi, odgarniam jej włosy i całuję w czoło. Musi sporo odpoczywać, ale wiem, że jeszcze nie jest w formie. Po powrocie zabiorę ją do naszego rodzinnego lekarza, któremu ufam. Na pewno postawi ją na nogi i znajdzie przyczynę tego osłabienia.

Nudzi mi się i skoro nie mam nic ciekawego do roboty, przebieram się w krótkie spodenki, białą koszulkę i mam zamiar trochę poćwiczyć w hotelowej siłowni. Dawno tego nie robiłem, a nie chcę wyjść z wprawy. Zamykam pokój, idę do windy, ale na moje nieszczęście po drodze spotykam Anę. Oddycham głęboko i próbuję zachować spokój, kiedy staje naprzeciwko mnie i zagradza mi drogę. Czego chce tym razem?
- Możemy porozmawiać? - pyta niepewnie i oblizuje usta - Nie zajmę Ci dużo czasu, tylko kilka minut.
- Porozmawiać? O czym? - marszczę brwi, jednak jestem zaskoczony - Chyba nie mamy o czym, prawda?
- Daj spokój z tymi złośliwościami. Chodź - kiwa głową, idzie w stronę swojego pokoju i chociaż źle robię, idę za nią. Trochę mnie zaciekawiała i myślę, cóż takiego ma mi do powiedzenia - Proszę - otwiera drzwi, wchodzimy do środka i siadamy w salonie - Marisa nie wygląda za dobrze, Justin - co?! - Jest na coś chora?
- Masz zamiar rozmawiać o mojej żonie? - prycham z kpiną i podnoszę się - To nie Twój interes, Ana.
- Wiem! Przestań zachowywać się jak kutas, dobrze? Po prostu się zmartwiłam, to wszystko. O co Ci chodzi?
- Mi? O nic! Jestem niezmiernie ciekawy, o co Tobie chodzi. Skąd to zainteresowanie zdrowiem Marisy?
- Powiedziałam Ci to przed sekundą! Wygląda mizernie, bolał ją brzuch w windzie i prawie zemdlała.
- Co takiego? - cholera! Nie tego się spodziewałem - Jak to prawie zemdlała? Pomogłaś jej?
- Oczywiście, że pomogłam! Zaprowadziłam do pokoju i położyłam do łóżka. Dlatego właśnie się martwię.
- Jak tylko wrócimy do domu, zabiorę ją ponownie do lekarza. Była odwodniona i przesadziła z alkoholem.
- Zrób to koniecznie, musi o siebie zadbać - Ana upija łyk wody i szczerze powiedziawszy, nie spodziewałem się, że przejmie się zdrowiem mojej żony. Niby dlaczego, skoro jej nie lubi? - Dziwnie na mnie patrzysz.
- Ponieważ jestem zaskoczony. Nie bardzo rozumiem Twoją troskę, przecież nie znosisz mojej żony.
- Oj, tam! - macha ręką, wzrusza ramionami i podchodzi do mnie - Wiesz, że jestem na Ciebie zła? - unoszę brew, Ana oblizuje usta i układa dłonie na moim torsie - Myślałam, że ojciec nigdy nie skończy gadać o tym, co od Ciebie dostał. Karcił mnie jak małe dziecko, a ja miałam ochotę Cię zabić! Dlaczego to zrobiłeś?
- Nie udawaj głupiej. Dobrze wiesz, dlaczego. Nie zadzieraj ze mną, Ana. Uwierz mi, to Ci się nie opłaci.
- Możliwe, jednak bardzo lubię z Tobą zadzierać - mruga okiem i sunie opuszkiem palca w dół, aż dociera do gumki spodenek - Tęsknię za Tobą, za Twoim ciałem, zapachem, dłońmi. Masz ochotę na małe co nieco?
- Zapomnij - przewracam oczami, odsuwam się i poprawiam koszulkę - Nawet o tym nie myśl, to się nie uda.
- Szkoda - wygina usta w podkówkę i poprawia włosy. Wiem, że chce mnie uwieść, bo doskonale ją poznałem. Jest tak samo przebiegła jak Luna i wie, jak wykorzystać swoje wdzięki - Potrafię się Tobą zająć.
- To przeszłość i zakoduj to sobie wreszcie w głowie. Mam żonę, Ana i nie mam zamiaru Cię pieprzyć.
- Auć, zabolało! Jednak nigdy nie mów nigdy, Skarbie. Cóż, może teraz Marisa wcale nie będzie taka chętna? - patrzę na nią i zastanawiam się, co właściwie chce mi przekazać. O co jej kurwa chodzi? - Nie powiedziała Ci, że jest w ciąży? - uchylam usta zszokowany i czuję, jakby ktoś właśnie dał mi w twarz. Serce podskakuje mi do gardła, oddech przyśpiesza i nie wierzę w to, co powiedziała. To jakiś kiepski żart?!







12.6.17

Rozdział 37

Marisa POV:
Przyklejam uśmiech na twarz i próbuję udawać, że wszystko jest w porządku. Tak naprawdę nie jest i jedyne, na co mam teraz ochotę, to znaleźć się w domu i wreszcie odpocząć. Jestem zmęczona i śpiąca.
- Witaj, Thomas - ściska moją dłoń i jak zawsze całuje wierzch - Co Ty tutaj robisz? Zaskoczyłeś mnie.
- Domyślam się. Byłem na spotkaniu z Twoim mężem, interesy. Zahaczyłem o centrum handlowe i właśnie zmierzam do samochodu. Skoro już się spotkaliśmy, może masz ochotę na kawę i pyszne ciacho?
- Wybacz, ale nie mam siły. Spędziłam na uczelni pół dnia i marzę o łóżku i gorącej herbacie.
- Dawno się nie widzieliśmy, chciałem porozmawiać. Może zmienisz zdanie i wycofasz wypowiedzenie?
- Ten temat jest zamknięty, nie zmienię zdania. Tak będzie lepiej, dzięki temu mam święty spokój.
- Szkoda, bardzo żałuję. Świetnie sobie radziłaś i brakuje mi Ciebie w firmie. Przemyśl to jeszcze, dobrze?
- Nie ma takiej potrzeby, pewne sprawy uległy zmianie i nie mogę teraz pracować. Mam studia, Thomas.
- Daj spokój. Pogodziłaś jedno z drugim i nie było żadnego problemu. To przez Justina, wiem o tym.
- Poniekąd też. Od samego początku zabronił mi u Ciebie pracować i wiecznie się przez to kłóciliśmy.
- Zauważyłem, że jest bardzo pewny siebie. Żałuję, że Twój mąż tak sobie Ciebie podporządkował.
- Przestań to wciąż powtarzać! Oboje wiemy, że się zapędziłeś i dlatego zrezygnowałam z pracy. Tu już nie chodzi o Justina. Nie chcę więcej o tym rozmawiać, przepraszam. To moje osobiste życie, muszę już iść - mijam go, wchodzę na parking i otwieram samochód. Co za typ! Cóż obchodzi go moje życie i mój mąż?




Justin POV:
Kilka minut po piętnastej wraca Marisa. Rozbiera się, ale robi to bardzo mozolnie i z grymasem na twarzy. Zrywam się z kanapy i podchodzę do niej. Wygląda marnie i jestem na nią zły, że jednak poszła na zajęcia.
- Coś się stało? - pytam cicho, a Marisa kręci przecząco głową - Nie wyglądasz dobrze, Skarbie. Co jest?
- Dzięki za komplement - uśmiecha się lekko i człapie do salonu. Opada na kanapę i ziewa przeciągle.
- Jesteś głodna? Mam dla Ciebie pyszny obiad - unosi brew, ale sprytny ze mnie gość - Ponownie od gosposi.
- Czy Twoi rodzice nie nabrali jeszcze podejrzeń, skoro to już drugi raz jak bierzesz od nich obiad?
- Niestety nabrali - drapię się w kark, bo matka nie dawała mi spokoju - Za pierwszym razem skłamałem, że mamy ochotę na coś domowego, dzisiaj mama już zaczęła wypytywać. Może zatrudnimy własną gosposię?
- To nie jest konieczne, przecież ja mogę gotować, tak? Potrafię to robić i sprawia mi to przyjemność.
- Wykluczone. Jesteś chora i powinnaś jak najwięcej odpoczywać. Zajmę się tym i poszukam kogoś.
- Nawet nie będę protestować, bo i tak wiemy, że zrobisz po swojemu. I zakoduj sobie, że nie jestem chora.
- Serio? Więc co Ci dolega? - patrzę na nią i odgarniam kosmyk włosów, które spadły jej na czoło. Wbija zęby
w wargę i wygląda na nieco zagubioną - Powiedz mi, Marisa. Widzę, że coś jest nie tak, maleńka.
- Po prostu jestem osłabiona, Justin. Za dużo ostatnio wypiłam, alkohol mi zaszkodził i nie pilnuję posiłków.
- No widzisz! Potrzebujesz opieki i dobrego jedzenia, postanowione. Jeszcze dzisiaj kogoś znajdę.
- Jak uważasz - kapituluje i przeciera twarz rękami - Myślałam dzisiaj o nas i nie wiem, co mam zrobić. Niedawno dowiedziałam się, że bawiłeś się za moimi plecami. Chcesz mi to wszystko wyjaśnić?
- Chcę - jestem ciut zaskoczony, że chce mnie wysłuchać! - Musisz wiedzieć, że cała akcja działa się trzy miesiące temu. Wtedy, kiedy jeszcze wszystko miałem w dupie - podnoszę się, podchodzę do okna i biorę głęboki oddech - Rozumiem, że czujesz się zraniona i masz do tego pełne prawo. Postaw się w mojej sytuacji. Gdybyś Ty mnie zdradziła, nie zrobiłoby to na mnie wrażenia, a mogłaś to zrobić. Wciąż kręcił się obok Ciebie Sean, czyż nie? - unoszę brew, a Marisa przewraca oczami - Ledwo się wtedy znaliśmy, nie zależało mi na Tobie - oblizuje usta, schyla głowę i bawi się rąbkiem poduszki. Muszę powiedzieć jej to, co naprawdę czuję, inaczej nigdy nie będziemy w stanie pójść dalej - Musisz wiedzieć, że to, co powiedziała Ana nie jest do końca prawdą. Owszem, przyszła do mojego biura i dobrała mi się do spodni, jednak natychmiast ją od siebie odepchnąłem. Przysięgam, że nie dotknąłem innej kobiety od czasu Luny. 

- Chciałabym Ci uwierzyć - mówi cicho i patrzy na mnie smutno - Ale wcale nie mam takiej pewności.
- Masz! Nie wiem, co mam zrobić, ale byłem wierny jak pies! Całkiem niedawno Ana i Luna pojawiły się w moim biurze, chciały się do mnie dobrać - cholera! Nie jestem pewny, czy powinienem to mówić, ale chrzanić to! Jak jechać, to po całości! - Pieprzyły coś, że jestem napalony i chcą się mną zająć - Marisa uchyla usta w szoku i patrzy na mnie zaskoczona. Obym nie strzelił sobie tym w stopę - Odmówiłem. Wyrzuciłem je z biura i olałem! Na dodatek Ana poniosła karę za to, co powiedziała na bankiecie. Pokazałem jej ojcu nagranie, które przechowywałem. Tańczyła na rurze w klubie, właśnie tak się poznaliśmy. Nie była grzeczną córeczką tatusia, jak sobie myślał - nawijam jak nakręcony, a moja żona nawet nie mruga!
- Wow - szepcze cicho i ze świstem wypuszcza powietrze - Nie ukrywam, działasz na kobiety jak magnes.
- Teraz mało mnie to obchodzi. Dawniej to było moją mocną stronę, ale ja naprawdę się zmieniłem, Marisa. Zależy mi na Tobie, uwielbiam Cię! - kucam przed nią, przyciągam do siebie i wtulam się w jej piersi - Wybacz mi, nie chciałem Cię zranić. Dzisiaj Ana mówiła o Tobie brednie. Że jesteś głupia i naiwna, skoro jeszcze nie posłałaś mnie w cholerę. Nie mogłem tego znieść, to było podłe i miałem ochotę ją udusić!
- Broniłeś mnie? - unosi moją głowę i głaszcze po policzkach - Cóż, to miłe. Jestem zaskoczona.
- Zawsze będę Cię bronił, jesteś moją żoną! Nikt nie ma prawa Cię obrażać, nie pozwolę na to nikomu.
- Dziękuję - opiera czoło o moje i wzdycha ciężko - Nie wiem, czy dobrze robię. Może będę tego żałować, może jestem głupia i naiwna jak powiedziała Ana, ale chcę Ci wybaczyć. Masz rację, nasza sytuacja nie była normalna, w ogóle się nie znaliśmy. Mimo wszystko spędziliśmy ze sobą cudowne dwa tygodnie na Bora Bora i poczułam, że to może się udać. Jeśli kiedykolwiek sytuacja się powtórzy, zarządzam rozwodu.
- Wiem, ale obiecuję, że dam z siebie wszystko i będę się starał, okej? Wiesz, że nie jestem aniołkiem, ale chcę żeby nam wyszło. Przywiązałem się do Ciebie, nie widzisz tego? Chodzę do pracy, grzecznie wracam do domu i jestem z Tobą przez cały czas. Te trzy miesiące były naprawdę cudowne, przynajmniej dla mnie.
- Hej, dla mnie też! - oburza się na żarty i uderza mnie w ramię - Masz rację, było wspaniale i poznaliśmy się lepiej. Wiem już, że zostawiasz po sobie bałagan w łazience i lubisz czekoladowe płatki do mleka.
- A ja wiem, że zawsze skubiesz wargę, kiedy się denerwujesz. Nienawidzisz rano wstawać i kochasz kawę ze spienionym mlekiem. I w przeciwieństwie do mnie, Twoja strona łazienki wręcz lśni czystością.
- Awww, to słodkie! - tarmosi mnie za policzki i czule całuje w usta. Jestem tym zaskoczony, jednak dopiero teraz dociera do mnie, jak bardzo za nią tęskniłem! - Obiecaj, że nigdy więcej mnie nie zdradzisz.
- Obiecuję - odpowiadam niemal natychmiast, ale mam zamiar dotrzymać danego słowa. Po co mi inna kobieta, skoro Marisa jest świetna i urocza? Jest moją żoną i tylko to się liczy. Nie zasługuje na to, żebym bzykał inne za jej plecami, bo przez ostatnie trzy miesiące nawet nie obejrzałem się za kobietą na ulicy! To naprawdę ogromny krok na przód - Mmmm, tak dawno mnie nie całowałaś, wiesz? - prześlizguję językiem po jej wardze i delikatnie przygryzam - Ostatnio chyba w sobotę, a to długie trzy dni. To wieczność!
- Może nadrobimy? - uśmiecha się niewinnie i sunie opuszkiem palca po moim ramieniu - Co o tym myślisz?
- Jestem jak najbardziej na tak - biorę ją na ręce, zanoszę na górę i układam na naszym ogromnym łóżku. Kiedy tylko kładę się na niej, Marisa krzywi się i układa dłonie na moich biodrach - Co się dzieje?
- N-nic, wszystko jest w porządku. Nie przejmuj się, przez chwilkę zabolał mnie brzuch. Nic wielkiego.
- Jesteś pewna? Może powinniśmy skonsultować to z lekarzem lub zrobić jakieś dodatkowe badania?
- Wszystko jest w porządku, naprawdę - przyciąga mnie do siebie i sunie nosem po mojej szyi - Odpręż się.
- Próbuję, ale cholernie się o Ciebie martwię, wiesz? Odkąd zemdlałaś, wyglądasz marnie i blado.
- Nic mi nie jest, to tylko osłabienie. Proszę... zajmij się mną i przestań tyle mówić, dobrze? Działaj!

- Mówisz masz, Kotku - poruszam brwiami, ale pragnę dać jej to, czego ode mnie oczekuje. 

Po cudownym seksie jemy obiad. Przez naszą rozmowę Marisa nic nie zjadła, więc muszę ją przypilnować. Mimo wszystko wcina z apetytem, co bardzo mi się podoba. Jej zdrowie cholernie mnie niepokoi i koniecznie muszę zabrać ją ponownie do lekarza. Może poprzedni coś przeoczył? Do tej pory była zdrowa jak ryba, nic jej nie dolegało, a teraz wygląda naprawdę marnie. Coś jest nie tak i musimy dowiedzieć się co.
- Wiesz, rozmawiałem dzisiaj z ojcem - Marisa podnosi głowę zaciekawiona i marszczy czoło - Byłem zaskoczony, bo pochwalił mnie za pracę i zaproponował, abym poleciał do Kuwejtu sprawdzić jakość ropy dla jakiegoś poważnego biznesmena z Rosji. Byłem w szoku, bo ojciec nigdy mnie nie chwalił. To jak cud!
- Cieszę się, Skarbie. Jesteś zdolny, potrzebowałeś po prostu solidnego kopa w tyłek i proszę! Są efekty.
- To prawda, ale nie o tym chciałem. Polecisz tam ze mną? Nie chcę zostawiać Cię samej na weekend.
- N-nie wiem, czy to dobry pomysł - oblizuje usta i drapie się w czoło - To bardzo daleka droga.
- Tak, niestety. Około dziesięciu godzin lotu, ale bardzo mi na tym zależy, Skarbie. Nie będę mógł spać spokojnie, kiedy nie będzie Cię obok mnie - chwytam jej dłoń i zrobię wszystko, aby ze mną poleciała.
- A może taka chwilowa rozłąka dobrze nam zrobi? Czasami trzeba się na chwilę rozstać i zatęsknić.
- Nie chcę się z Tobą rozstawać. Muszę mieć Cię na oku, czuwać nad Tobą. Już raz zemdlałaś, a jeśli to się powtórzy i mnie przy Tobie nie będzie? Jak mam pracować, myśląc o Tobie, Kotku? Proszę, leć ze mną.
- Pomyślę o tym, dobrze? - uśmiecha się i głaszcze moją dłoń - Hej! Czy nie mieliśmy lecieć do Paryża?!
- Faktycznie! - kurwa mać! Zawsze coś musi pójść nie tak! - Kompletnie o tym zapomniałem! Niestety w tej sytuacji nie mam wyjścia, Kochanie. Muszę lecieć do Kuwejtu, to moja delegacja. Paryż musi poczekać, ale nie martw się,  obiecuję, że po powrocie Cię tam zabiorę. Polecimy na ile będziesz chciała, dobrze?
- Jasne, brzmi świetnie - porusza brwiami i cmoka mnie w usta - 
Nie wiem, jak zniosę tak długi lot. 
- Nie bardzo rozumiem, co masz na myśli. Przecież nie raz latałaś, prawda? To jakiś problem?
- Nie, jasne, że nie! Po prostu nigdy nie leciałam aż tak daleko, dlatego mam pewne obawy.
- Nie martw się, cały czas będziemy razem. Jeśli chcesz, mogę nawet wynająć lekarza i poleci z nami.
- Jesteś szalony! - chichocze uroczo, kręci głową, ale wygląda tak pięknie! - Liczę, że tego nie zrobisz?
- Zrobię dla Ciebie wszystko. Chodź do mnie - wystawiam dłonie, siada na moich kolanach i mocno się w nią wtulam. Zamykam oczy, jednak nic więcej mi teraz nie potrzeba. Ona jest najważniejsza.
 


Marisa POV:
Następnego dnia Justin ucieka do pracy, a ja postanawiam wybrać się do ginekolog, która badała mnie w szpitalu. Właściwie nie chcę zostać sama na cały weekend, ale muszę skonsultować z lekarką, czy mogę lecieć aż tak daleko i czy to bezpieczne. Może wreszcie odważę się powiedzieć Justinowi? Najwyższa pora.

Na miejscu jestem punkt dziesiąta trzydzieści. Rejestruję się, czekam na swoją kolej i denerwuję. W poczekalni siedzą kobiety, które mają już widoczne brzuszki i spoglądam na młodą blondynkę, która przykłada do niego dłoń i głaszcze z czułością. Coś chwyta mnie za serce i muszę odwrócić wzrok. Próbuję powstrzymać napływające do oczu łzy, bo wciąż nie dowierzam, że będziemy mieć dziecko. Zawsze chciałam zostać mamą, jednak na pewno nie tak wcześnie. Nie spodziewałam się tego, ale jest za późno.
- Pani Marisa Tomei? - z moich myśli wyrywa mnie kobiecy głos. Podnoszę się z niewygodnego krzesełka, podchodzę do pielęgniarki i wchodzimy do gabinetu Pani doktor - Proszę - przepuszcza mnie i wychodzi.
- Och, dzień dobry! - Doktor Emily uśmiecha się i zaprasza mnie gestem dłoni, abym usiadła - Co Cię do mnie sprowadza? Mam nadzieję, że wszystko w porządku i przyjmujesz witaminy, które przepisałam?
- Tak, oczywiście! Poza tym nic mi nie dolega, czuję się całkiem dobrze. Przyszłam po radę, ponieważ mój mąż musi wyjechać do Kuwejtu na weekend, praca. Jest bardzo uparty, nie chce zostawić mnie samej i chciałam się dowiedzieć, czy taka długa podróż jest dla mnie bezpieczna. To znaczy... dla dziecka.
- Cóż, to dopiero początek ciąży i skoro czujesz się na siłach, nie widzę żadnych przeciwwskazań. Proszę jednak, abyś się nie przemęczała i sporo odpoczywała. Lot jest w porządku, ale odpoczynek to podstawa.
- Jasne, będę przestrzegać zaleceń. Bardzo dziękuję, teraz przynajmniej będę o wiele spokojniejsza.
- Dobrze, że przyszłaś. Długie podróże nie zawsze dobrze wpływają na ciążę. Wciąż jesteś osłabiona?
- Odrobinkę. Nie jest źle, czasami robi mi się tylko słabo, serce przyśpiesza i wciąż chce mi się spać.
- To akurat całkowicie normalne. Widzimy się na usg za dwa tygodnie, nie zapomnij o tym. Dobrze?
- Oczywiście! Na pewno będę. Do zobaczenia - ściskam jej dłoń i uspokojona opuszczam gabinet.

Do domu wracam spacerkiem. Pogoda dopisuje, świeci słońce i jest ciepło. Myślę nad tym, co wydarzyło się w ciągu ostatnich kilku dni i wciąż nie dociera do mnie, że jest tego aż tak wiele. Wszystko zwaliło mi się na głowę i chyba potrzebuję czasu, żeby sobie to poukładać. Nie codziennie dowiaduję się, że jestem w ciąży, a to prawdziwa bomba. Ta wiadomość skutecznie odwróciła moje rozmyślenia od Justina i jego "zdrad".  Mam cichą nadzieję, że dobrze zrobiłam wybaczając mu. Nie jestem pewna tego, czy coś nie strzeli mu do głowy i ponownie tego nie zrobi, jednak kolejnej szansy już nie dostanie. Może i zaliczył Lunę przed ślubem, "prawie" skusił się na Anę w biurze, ale to zawsze pozostanie zdradą. Czy powinien pocieszyć mnie fakt, że zrobił to trzy miesiące temu i jak sam twierdzi, wtedy jeszcze mu na mnie nie zależało? Widzę, jak codziennie się stara, dba o mnie i po prostu jest kochany. Nadużył mojego zaufania i będę go teraz bacznie obserwować. Jeśli cokolwiek mnie zaniepokoi, od razu dam mu ostrzeżenie. Będę go krótko trzymać, a co!


Nie mogę się powstrzymać i wchodzę do mijającego po drodze sklepu dziecięcego. Chodzę między półkami, dotykam śpioszków, skarpetek i czapeczek. Uśmiecham się na ich widok, bo są takie maleńkie i słodkie. Wciąż oswajam się z myślą, że pod sercem noszę nowe życie. Naszego dzidziusia. Pojawił się tak nagle, zupełnie niespodziewanie i chyba w najgorszym z możliwych momentów, kiedy nasze życie jest nieźle zakręcone. Mimo to jest i muszę się z tym pogodzić, mam na to całe osiem miesięcy. Powinnam jak najszybciej powiedzieć o tym Justinowi, bo w końcu musi się o tym dowiedzieć. Boję się, że ta wiadomość znowu namiesza w naszym życiu i coś się zepsuje. Mój mąż to wybuchowy człowiek, na dodatek z pewnością nie jest gotowy na dziecko. Tak długo przyzwyczajał się do życia we dwoje, małżeństwa i wierności. Dziecko to prawdziwy armagedon! A może mnie pozytywnie zaskoczy? Teraz, kiedy wyprostowaliśmy sprawy między nami, może spokojnie przyjmie wiadomość o dziecku? Pewnie nawet przez myśl mu nie przeszło o potomku. 
- Marisa? - czuję dotyk na ramieniu i słyszę bardzo dobrze znamy mi głos. To są chyba jakieś żarty! - Jak miło Cię widzieć - odwracam się i wzdycham ciężko. Czy ja naprawdę muszę mieć takiego pecha? Wczoraj Rings, a dzisiaj ta wywłoka! Mam ochotę wydrapać jej oczy i muszę zacisnąć zęby, żeby się na nią nie rzucić! 




*************************************
No i dodaję dodatkowy rozdział :)
Może też nie jest jakoś super ciekawie, ale w następnym już będzie ;)

Poza tym chciałam podziękować za te kilka komentarzy pod "czymś nowym". Nie macie pojęcia z jak wielkim uśmiechem czytałam te komentarze. Wzruszyłam się, bo jesteście takie kochane i mimo tego, że napisałam już naprawdę sporo opowiadań, wy nadal ze mną jesteście i wspieracie mnie w tym, co robię. Bardzo to doceniam i chciałabym, abyście o tym nigdy nie zapomniały. Mam najlepsze czytelniczki pod słońcem!


Ściskam wirtualnie każdą z was i dziękuję!
Kasia





11.6.17

Rozdział 36

Justin POV:
We wtorek budzi mnie pobudka w telefonie. Ziewam leniwie, przecieram twarz rękami i spoglądam na poduszkę obok. Jestem zaskoczony, bo Marisy nie ma. Co jest?! Zrywam się na równe nogi i wpadam do łazienki. Nie zastaję jej, schodzę na dół i spotykam ją w kuchni. Właśnie myje kubek i odkłada go na kratkę. Jest ubrana, ma a nogach buty i widzę kurtkę przewieszoną przez oparcie krzesła. Co to ma znaczyć?!
- Chyba nie masz zamiaru wyjść, prawda? - podskakuje, odwraca się i przykłada dłoń do serca - Jesteś chora.
- Nie jestem chora, czuję się dobrze. Mam dzisiaj zajęcia, zaczynają się za trzydzieści minut. Muszę iść.
- Zwariowałaś? - prycham z kpiną, ale jest niemożliwa! - Powinnaś leżeć w łóżku, Marisa! To fatalny pomysł.
- Powiedziałam, że nic mi nie jest, tak? Nie mogę opuszczać zajęć, bo narobię sobie przez to zaległości.
- Twoje zdrowie jest najważniejsze i tym powinnaś się martwić. Proszę, zostań dzisiaj w łóżku. Dobrze?
- Wykluczone - chwyta jabłko, chowa do torby i zakłada kurtkę - Powinnam wrócić około piętnastej.
- Co takiego?! Chcesz spędzić na uczelni praktycznie pół dnia? A jeśli poczujesz się gorzej? Co wtedy?
- Wrócę do domu? - wzrusza obojętnie ramionami, a mi skacze ciśnienie - Nie musisz się martwić, jest okej.
- Och, naprawdę? Niby jak mam to zrobić, Marisa? Zemdlałaś, wczoraj wyszłaś ze szpitala! Odpocznij.
- Porozmawiamy później. Na pewno śpieszysz się do pracy - mija mnie, idzie do drzwi i chwyta za klamkę.
- Hej! - podchodzę do niej i odwracam w swoją stronę - Nie dostanę nawet buziaka? Przytulaska? Nic?
- Justin - wzdycha ciężko, garbi ramiona i widzę coś dziwnego w jej spojrzeniu - Miłego dnia - staje na palcach, cmoka mnie w policzek i wychodzi. Gapię się w drzwi i czuję, jak moje serce boleśnie się kurczy.


Docieram do firmy, witam się z nową sekretarką, którą polecił mi ostatnio ojciec i idę do siebie. Rzucam 
teczkę na biurko i otwieram kalendarz. Czekają mnie dzisiaj trzy spotkania, w tym niestety z pieprzonym Rings'em! Mój i tak posępny humor chrzani się bardziej i czuję, że to nie będzie dobry dzień. Na dodatek mam na głowie Marisę, która nie słucha mnie, kiedy chcę dla niej dobrze. Muszę mieć na nią oko, wspominała o jakimś wyjeździe i obawiam się, że może czmychnąć, kiedy tylko odwrócę wzrok. Mam świadomość tego, jak bardzo spierdoliłem sprawę, ale Marisa musi zrozumieć, że to było cholerne trzy miesiące temu! Od tamtej pory jestem grzeczny jak aniołek i nie dotknąłem innej kobiety! Czy to się nie liczy, do cholery?! Wtedy jeszcze mi na niej nie zależało, teraz to inna bajka. Tylko jak jej to przetłumaczyć, skoro jest uparta jak diabli!

Po pierwszym spotkaniu idę do ojca. Wezwał mnie i jestem ciekawy, czego tym razem ode mnie chce.
- Justin! - wita mnie szerokim uśmiechem, a ja przewracam oczami - Roger chciał się z Tobą koniecznie zobaczyć - świetnie! Nie miałbym nic przeciwko, gdyby obok przyjaciela mojego ojca nie siedziała jego córeczka, która ostatnio przekroczyła granicę - Usiądź. Napijesz się z nami kawy? - jest podejrzanie miły.
- Chętnie - burczę pod nosem, przyklejam uśmiech na twarz i witam się z Rogerem - Miło Pana widzieć.
- Ciebie również, Justin. Właśnie rozmawialiśmy z Marcusem o tym, jak świetnie radzisz sobie w firmie.
- To prawda, synu - chwileczkę! Co tu się kurwa wyprawia?! Od kiedy ojciec mnie chwali? - Odwalasz kawał dobrej roboty i jestem z Ciebie bardzo dumny! Roger chciałby nawiązać z Tobą współpracę. Co Ty na to?
- Nie wiem. Szczerze mówiąc jestem zaskoczony - chrząkam i wiercę się na fotelu - O co dokładnie chodzi?
- Jak wiesz, od lat robię interesy z Twoim ojcem. Na dniach podpisujemy bardzo ważną dla nas umowę. Będziemy dostarczać towar biznesmenowi z Rosji. Chciałbym, żebyś pojechał do Kuwejtu i sprawdził, jak idą pracę nad nowym wydobyciem - o cholera! - To dla Ciebie nowe doświadczenie. Co o tym myślisz?
- Nie mam nic przeciwko. Jednak mam pewne obawy, czy poradzę sobie z tak ważnym zadaniem.
- Na pewno sobie poradzisz. Jesteś bardzo zdolny. Fakt, nigdy nie byłeś na polu wiertniczym, ale to nic trudnego. Dostaniesz instrukcje, co masz zrobić. Musimy być pewni, że tamta ropa to najwyższa jakość.
- Polecisz tam z kilkami innymi osobami, w tym z Christiną, która jest laborantką w mojej firmie. Zabierzesz ze sobą Anę - no kurwa to są chyba jakieś żarty! - Musi się sporo nauczyć, skoro chce pracować dla mnie.
- Nie martw się, tato. Justin na pewno wszystko mi pokaże i nauczę się nowych rzeczy. Prawda?
- Tak - odpowiadam ze złością, ale już ja sobie z nią porozmawiam - Kiedy właściwie mamy lecieć?
- W piątek. Wszystko już załatwione, nie musisz się o nic martwić. Spędzicie tam tylko weekend.
- Świetnie, nie mogę się doczekać - prycham z rozbawieniem, ale czuję, że może być całkiem ciekawie.

Wracam do siebie, a sekretarka informuje mnie, że czeka na mnie Ring's. Staram się odpowiednio na to przygotować i zachować spokój. Zobaczę go pierwszy raz, odkąd wręczyłem mu wypowiedzenie Marisy.
- Justin! - wita mnie uściskiem dłoni, kiedy tylko przekraczam próg biura - Dawno się nie widzieliśmy.
- Nie przesadzaj, zaledwie kilka dni - siadam w fotelu i odbieram od niego dokumenty - Więc? O co chodzi?
- Potrzebuję dodatkowych baryłek ropy dla klienta z Londynu. Bardzo dobrze płaci i potrzebuje ich na już!
- Dlaczego przychodzisz z tym do mnie? Przecież od tego jest specjalny dział, tak? Czyżbyś zapomniał?
- Oczywiście, że nie! Jednak skoro już tutaj jestem, mogę to załatwić bezpośrednio z Tobą. Prawda?
- Tak się składa, że nie. Tym zajmuje się Fimmel, wiesz o tym. Marnujesz tylko mój czas, Thomas.
- Nie wiedziałem, że jesteś aż takim zajętym człowiekiem - uśmiecha się chytrze, mrużę oczy i próbuję domyślić się, o co chodzi temu złamasowi - Co słychać u Twojej pięknej żony? Jak się ma? Szkoda, że zmusiłeś ją do zrezygnowania z pracy dla mnie. Chyba jej się podobało i świetnie sobie radziła.
- Moja żona ma się świetnie, dziękuję. Cóż, nie zmusiłbym ją gdyby nie zaistniałe nowe okoliczności.
- Daj spokój, Justin! To był tylko niewinny pocałunek, zapomniałem się. Po co wciąż do tego wracać?
- Mów sobie co chcesz, Rings. Nie ufam Ci, dlatego moja żona nie będzie przebywać w pobliżu Twojej osoby.
- Jak zawsze uparty! Nic nie mam do Twojej żony, okej? Jest piękna, ale kocham swoją żonę, rozumiesz?
- Lepiej dla Ciebie, żeby tak właśnie było. Nie pytaj mnie więcej o Marisę, to nie jest Twój interes. A teraz wybacz, chyba skończyliśmy. Mam kolejne spotkanie. Następnym razem nie przychodź do mnie z takimi sprawami - podchodzę do drzwi i zamykam je zaraz za wychodzącym Rings'em. Pieprzony dupek.


Dzień mija szybko i intensywnie. Kiedy zbieram się do wyjścia, w moim biurze pojawia się Ana. Bosko!
- Cześć - uśmiecha się niepewnie, wchodzi do środka i staje przed moim biurkiem. Nie zwracam na nią uwagi, chowam dokumenty do teczki i zakładam marynarkę - Nie ignoruj mnie. Porozmawiaj ze mną, Justin!
- Tak się składa, że nie mam Ci nic do powiedzenia - spoglądam w telefon, ale nie mam żadnej wiadomości od Marisy. Nie odezwała się od rana i nie odpowiedziała na mojego sms'a - Jeszcze coś? Chcę wyjść.
- Jesteś na mnie zły za ten numer na bankiecie, prawda? - nie, wcale! - Przepraszam, to samo tak wyszło.
- Nie wkurwiaj mnie, Ana! - podnoszę głos i zaciskam szczękę. Jestem wściekły! - Dobrze wiem, że zrobiłaś to specjalnie. Skoro Luna się wygadała, podłapałaś temat i dodałaś coś od siebie. Jesteś zadowolona?
- Wyobraź sobie, że nie! Poniosło mnie, okej? Nie powinnam była tego mówić, ale byłam na Ciebie zła.
- Zła? Za co? - prycham pod nosem i uśmiecham się - Wyjechałaś i nasza przygoda się skończyła. Proste.
- Może dla Ciebie! Liczyłam na coś więcej, to nie moja wina, że Twój tata wysłał mnie do Berlina!
- Moja też nie, więc nie miej do mnie pretensji. Nie czekałem na Ciebie, bo szkoda mojego cennego czasu.
- Ale z Ciebie skurwiel, wiesz? - patrzy na mnie ze złością i zwija dłonie w pięści. Czuję, że zaraz się rozpędzi - Było nam razem dobrze, traktowałeś mnie jak własną dziewczyną, a kiedy wróciłam dowiedziałam się, że nagle masz narzeczoną i się żenisz! Myślisz, że to było wobec mnie fair? Nawet się nie wytłumaczyłeś!
- Po co? Nie mam obowiązku tego robić, Ana. To była luźna relacja i przypomnę Ci, że przez cały miesiąc Twojego pobytu w Berlinie, nie odezwałaś się do mnie nawet jeden raz! Więc przestań pieprzyć!
- Okej, mój błąd. Przyznaję się i przepraszam. Jednak wyjeżdżamy razem i chcę, żeby było normalnie.
- Nigdy nie będzie normalnie, nie licz na to. Nie chcę mieć z Tobą nic wspólnego, przejebałaś sobie u mnie.
- Och, naprawdę?! Od kiedy obchodzą Cię uczucia innej kobiety, huh? Nie udawaj, że tak bardzo zależy Ci na Marisie, bo to wcale nie jest prawda. Ty taki nie jesteś, dla Ciebie liczy się tylko seks i zabawa.
- Co Ty możesz o tym wiedzieć? - unoszę brew, podchodzę i patrzę jej w oczy - Nigdy mnie dobrze nie poznałaś, gówno o mnie wiesz, więc proszę, abyś przestała mówić coś, o czym nie masz bladego pojęcia. Dla Twojej wiadomości, zależy mi na Marsie i to bardzo! Jest wspaniałą kobietą, dlatego została moją żoną.
- I co z tego, skoro nie byłeś wierny? Pieprzyłeś Lunę przed ślubem i prawie obciągnęłam Ci po ślubie.
- Właśnie, prawie! Widzisz różnicę?! Odepchnąłem Cię, nie chciałem tego, ale wolałaś podkolorować swoją bajeczkę, prawda? Jesteś żałosna! Poza tym, to nie świadczy o Tobie zbyt dobrze - mrugam okiem i biorę teczkę z fotela - Każdemu poprzedniemu szefowi robiłaś loda? Chyba tylko dlatego miałaś u nich pracę.
- Pierdol się, Justin! Marisa jest głupia i naiwna, skoro nie rzuciła Cię w cholerę. Jest taka łatwa!
- Co powiedziałaś? - przechylam głowę i wlepiam w nią wzrok. Rzucam teczkę, chwytam ją za ramiona i przysuwam do siebie - Nigdy więcej nie mów tak o mojej żonie, czy to jasne?! - prycha rozbawiona i teatralnie przewraca oczami. To dla mnie znak i sięgam po moją tajną broń - Jesteś suką, Ana. Jednak mam dla Ciebie małą niespodziankę. Czy Twój tata nadal tutaj jest? - marszczy brwi i przytakuje głową - Świetnie! - puszczam ją, otwieram dolną szufladę biurka i szukam odpowiedniego pendriva. Znajduję go z kilkoma innymi i czytam opis "Gotham Club". Bingo! - Mam nadzieję, że to było tego warte.
- O czym Ty mówisz? - drepcze obok mnie i jeszcze nie wie, co dla niej zaplanowałem - Powiedz mi!
- Przekonasz się - mrugam zadziornie, przepuszczam ją w drzwiach i wchodzimy do gabinetu ojca - Właśnie miałem wychodzić, ale mam coś dla Pana - wręczam mu czerwonego pendriva i ściskam dłoń - Nie jestem pewny, jak Pan na to zareaguje. Sądzę, że Anastasii potrzebna jest pomoc. Powinien Pan to zobaczyć.
- Co to takiego? - ogląda mały przedmiot, podchodzi do biurka i wkłada go pod usb. Nie czekamy długo, a na monitorze pojawia się Anastasia. Ubrana w czarny, krótki top i spodenki, które ledwo zakrywają jej pupę. Muzyka gra głośno, a ona wije się na rurze i tańczy zmysłowo. Przypominam sobie nasze pierwsze spotkanie i taniec specjalnie dla mnie. Była w tym naprawdę dobra - Mój boże! Co to jest?! - Roger zrywa się na równe nogi i podchodzi do córki - To Ty?! - krzyczy głośno, Ana spogląda na mnie spanikowana i oddycha głęboko. Karma to suka, maleńka! - Jak mogłaś?! To są właśnie Twoje studia?! Jesteś cholerną striptizerką?! - auć!
Żegnam się z towarzystwem, nawet nie patrzę na moją ex i opuszczam biuro. Mój humor się poprawia.




Marisa POV:
Zajęcia wloką się niemiłosiernie. Wiercę się, poprawiam na krześle, ale nie mogę znaleźć wygodniejszej pozycji. Boli mnie brzuch, jestem osłabiona i najchętniej położyłabym się do łóżka. Chyba Justin faktycznie miał rację i powinnam zostać w domu. Jednak teraz jest już za późno i marzę o tym, aby ostatnie zajęcia wreszcie dobiegły końca. Pozostało zaledwie trzydzieści minut i czekam na to jak na zbawienie.
Jeszcze wczoraj uparcie myślałam o wyjeździe, jednak teraz ta wizja się rozmywa. Nie mogę opuszczać zajęć, ponieważ narobię sobie zaległości, a potem trudno będzie mi to nadrobić. Jakim cudem w ogóle miałabym to zrobić, skoro już teraz czuję się tak fatalnie? Muszę myśleć o dziecku, jego zdrowiu i bezpieczeństwie. Jeśli o siebie nie zadbam, ono na tym ucierpi. Skoro już się pojawiło, jego muszę postawić na pierwszym miejscu. Na dodatek jest jeszcze Justin i nie mam bladego pojęcia, Nie mam pojęcia, co mam  z nim zrobić. Na pewno przyda nam się szczera rozmowa i chociaż prawda może zaboleć, chcę to wiedzieć. Jenna ma rację, niech się tłumaczy. I tak ostatnio mnie już zranił, czy może być jeszcze gorzej? Co ma być to będzie, mam zamiar być dzielna i przyjąć to na "klatę".


Przed powrotem do domu zahaczam o kawiarnię i kupuję rogalika. Jestem potwornie głodna, ale oprócz jabłka nic dzisiaj nie zjadłam. Mój żołądek buntował się, wywijał koziołki, a myśl o jedzeniu przyprawiał mnie o mdłości. Nie wiem, jakim cudem wytrzymałam tyle godzin na uczelni, ale to przecież dopiero początek mojej przygody z ciążą. Później z pewnością będzie tylko gorzej, a ja nie mam zamiaru opuszczać zajęć. Bardzo zależało mi na studiach, to moje marzenie i nie zrezygnuję za nic w świecie! Po cichu liczę, że jakoś dogadam się z małym intruzem w moim brzuchu i dojdziemy do porozumienia. Na razie muszę oswoić się z myślą, że noszę pod sercem własne dziecko. Cholera! To naprawdę poważna sprawa.
Opuszczam kawiarnię i idę w stronę samochodu, który zaparkowałam tuż przy centrum handlowym. Od
firmy Justina dzieli mnie zaledwie jedna ulica. Dochodzi piętnasta, więc z pewnością jest już w domu.
- Marisa? - słyszę znajomy głos i odwracam się. Cholera! Dlaczego ja muszę mieć takiego pecha?!







*************************************************
Hello! :)
Tak wiem, rozdział jest niestety krótki. 
Tak już jest, jak pochłania mnie pisanie i czasami nie kontroluję tego, jaką długość ma dany rozdział. A że pisałam to już jakiś czas temu, za późno na zmiany :(
Jeśli chcecie jutro mogę dodać wam kolejny rozdział :)
Ktoś chętny?

Chyba was już odrobinę nudzę, bo wasza aktywność ostatnio nieco spadła.
No cóż, i tak zbliżamy się już do końca :)

Ps.
Chciałam wam dać coś na "próbę".
W zakładce "coś nowego" (na górze, za askiem) powstała zakładka z czymś, co właśnie tworzę. Nie jestem pewna, co mi tak właściwie z tego wyjdzie, ale na razie mam całkiem niezłą wenę i idę do przodu. Czegoś takiego jeszcze nigdy nie napisałam :P

Buuuziam! :*
Kasia


4.6.17

Rozdział 35

Marisa POV:
Do pokoju wchodzi lekarz i siada na krzesełku obok. Stresuję się i myślę, czy to może być coś poważnego.
- No dobrze. Pani Mariso, zrobiliśmy podstawowe badanie z krwi i wiem już, co Pani dolega - uśmiecha się i spogląda w kartę - Muszę jednak dodać, że Pani organizm jest osłabiony i odwodniony. Chorowała Pani?
- Nie, przynajmniej nie ostatnio. We wrześniu dość mocno przeszłam grypę i ostatnio za dużo wypiłam.
- Od dzisiaj zero alkoholu, kategorycznie! - och, dlaczego! - Jest Pani w ciąży - o.mój.boże! Gapię się na
niego zszokowana i nie wierzę, w to, co właśnie powiedział - Raczej nie była Pani tego świadoma, prawda?
- A-ale ja brałam tabletki, jak to możliwe? Nie mogę być w ciąży! To jest po prostu niemożliwe!
- Żadna antykoncepcja nie jest skuteczna w stu procentach. Opowie mi Pani o tej grypie? Co się działo?
- Miałam gorączkę, brałam antybiotyk i trochę wymiotowałam. Nie pominęłam jednak żadnej tabletki.
- Choroba zawsze osłabia działanie leków. Wymiotowała Pani, tym samym zwracała antykoncepcję. Nie zdążyła się wchłonąć - kiedy to mówi, mam ochotę walnąć sobie w twarz! Dlaczego o tym nie pomyślałam, do cholery?! - Musi się Pani bardzo oszczędzać i zadbać o siebie. Przez cały miesiąc żyła Pani normalnie nie wiedząc o dziecku, również piła. Tak? - przykładam dłoń do ust i czuję łzy na policzkach. Nie wiedziałam, że jestem w ciąży i pozwalałam sobie na alkohol - Proszę się nie martwić, poradzimy sobie z tym. Ważne jest zażywanie witamin i odpoczynek. Zero stresu i przemęczania się. Później ginekolog zrobi USG, dobrze?
- Dobrze - pociągam nosem, a lekarz klepie mnie po dłoni - Czy powiedział Pan o tym mojemu mężowi?
- Nie. Zaraz z nim porozmawiam, jest bardzo zdenerwowany. Sama powie mu Pani o ciąży, tak?
- Tak, dziękuję - uśmiecham się słabo, lekarz sprawdza kroplówkę i zostawia mnie samą z moimi myślami.
Nie ukrywam, jestem potwornie zaskoczona ciążą. Nie spodziewałam się tego i byłam spokojna łykając tabletki. Sądziłam, że świetnie mnie chronią i nie muszę się o to bać. Bardzo się pomyliłam, wykazałam lekkomyślnością i proszę, jak to się dla mnie skończyło. Nie dość, że jestem żoną Justina zaledwie trzy miesiące, to jeszcze zafundowałam mu dziecko. To moja wina, bo przez chorobę nie pomyślałam, żeby skonsultować się z ginekologiem. Zwracałam przyjmowane tabletki, więc co tak właściwie miało mnie chronić? Boże! Jestem taka głupia! Co mam teraz zrobić? Jak powiedzieć o tym Justinowi? To pewne, że się wścieknie i obarczy mnie winą. Na dodatek dowiedziałam się, że mnie zdradzał i to najgorszy moment na dziecko. Ja nawet nie jestem na nie gotowa! Mam dwadzieścia lat, dopiero zaczęłam studiować! Chciałam poczekać, nacieszyć się młodością, a teraz mam zostać mamą? Nie, to zdecydowanie nie jest odpowiedni moment, jednak jest już za późno. Muszę się z tym pogodzić i ponieść konsekwencje własnej głupoty. Zaciskam usta i czuję świeże łzy na policzkach. Nie mogę powiedzieć mu prawdy, przynajmniej nie teraz.



Justin POV:
Siadam na brzegu łóżka, podsuwam dłonie pod jej plecy i przytulam do siebie. Cała się trzęsie, ściska palce na mojej bluzie i szlocha głośno. Nie ukrywam, ale jestem potwornie zaskoczony jej wybuchem.
- Nie płacz. Jestem przy Tobie - uspokajam ją i lekko kołyszę na boki. Wiem, że ją zawiodłem, ale teraz nie mam zamiaru zostawić jej samej - Co powiedział lekarz? - ocieram mokre od łez policzki i całuję w czoło.
- Zatrułam się - och! - Ostatnio też przesadziłam z alkoholem i mój organizm powiedział dobitne stop.
- Wiedziałem, że tak będzie - kręcę głową, Marisa pociąga nosem i opada na poduszki - Jakieś zalecenia?
- Zostanę dzisiaj na obserwacji, jutro powinnam już wyjść. Muszą mnie nawodnić i podać jakieś witaminy.
- Mam nadzieję, że masz dość imprez na długi czas - burczę pod nosem, ale przesadziła - Jesteś zmęczona?
- Trochę - wzdycha ciężko i ziewa przeciągle - Jestem też cholernie głodna i mój brzuch wręcz śpiewa.
- Nie martw się, zaraz Ci coś przyniosę. Muszę zadzwonić do Twoich rodziców, do Jenny również?
- Nie, nie dzwoń do nikogo - co?! - Moi rodzice od razu tutaj przyjadą, a ja potrzebuję trochę spokoju.
- Jesteś pewna? - kiwa głową, więc odpuszczam - W porządku. Pójdę do baru po jakieś śniadanie, tak?
- Mhm - uśmiecha się lekko, ale widać na jej twarzy zmęczenie - Poproszę też o coś słodkiego.
- Nie ma sprawy - pochylam się, całuję ją w usta i wychodzę z pokoju. Idę wzdłuż korytarza i docieram do szpitalnego baru. Wybieram dla niej naleśniki z jagodami, a na deser kawałek szarlotki. Powinna być zadowolona. Płacę, wracam do niej i podsuwam przesuwany stolik - Proszę, Skarbie. Może być taki zestaw?
- Jasne - siada, zabiera się za jedzenia, a ja patrzę na nią i cholernie się martwię! - Co się dzieje?
- Nic, po prostu przestraszyłaś mnie dzisiaj - przecieram twarz ręką i zdejmuję bluzę - Zobaczyłem Cię, jak leżysz na podłodze i prawie dostałem zawału! Nie martw się, zaopiekuję się Tobą i wydobrzejesz.
- Jestem dorosła, sama mogę to zrobić - mówi cicho i wbija widelec w naleśnika - Chcę wyjechać, Justin.
- Co? - marszczę czoło i wpatruję się w nią. Schyla głowę i zaciska usta. Co do chuja?! - Dokąd? Po co?
- Jeszcze nie wiem. Chcę odpocząć od tego całego zamieszania i pomyśleć w spokoju. Potrzebuję tego.
- O nie! Nie pozwolę na to, Marisa! Chcesz wyjechać przeze mnie, tak? Po tym, czego się dowiedziałaś?
- Myślisz, że to jest dla mnie łatwe? - unosi głowę i prycha wkurzona - Zdradziłeś mnie, chociaż przysięgałeś mi wierność! Naprawdę uważasz, że machnę ręką i ot tak, zapomnę? To nie jest takie proste, kocham Cię do cholery! Zraniła mnie osoba, którą obdarzyłam uczuciem, mam tylko Ciebie! Zawiodłeś mnie, wiesz?
- Wiem! Uwierz mi, mam tego pełną świadomość! Jednak wiedz, że nie zdradziłem Cię po ślubie tylko przed, a to spora różnica! Ana kłamie, Marisa! Nie możesz mnie zostawić, przecież mi na Tobie zależy i dobrze o tym wiesz - uśmiecha się smutno i kręci głową. Wiem, że mi nie wierzy - Daj mi szansę, proszę. Dopiero uczę się życia we dwoje, ale te trzy miesiące były cudowne! Jestem z Tobą szczęśliwy. Nie widzisz tego?
- Widzę, chyba - wzdycha ciężko i znęca się nad naleśnikiem - Mam mieszane uczucie. Za dużo się dzieje.
- Wiem! Ale będzie dobrze! Liczysz się dla mnie tylko Ty - chwytam jej dłoń, całuję wierzch i czuję w sercu dziwny uścisk - Nie chcę Cię stracić. Powiedz mi, co mam zrobić, a zrobię to! Tylko mnie nie skreślaj.
- Co to za różnica? Nasze małżeństwo to ustawka naszych rodziców, właściwie nie powinnam być nawet na Ciebie zła. Możesz pieprzyć inne kobiety, przysięgi które sobie złożyliśmy i tak są nic nie warte.
- Nie mów tak! Przysięgaliśmy sobie przed bogiem, tak? Dla mnie jest to ważne, Luna i Ana to przeszłość.
- Jestem zmęczona, Justin. Chcę zjeść, odpocząć i zasnąć. Naprawdę mam wszystkiego po dziurki w nosie.
- W porządku, wrócimy do tej rozmowy. Zjedz, a ja nie będę Cię męczył - całuję ją w czoło i odpuszczam.


Spędzam z Marisą cały dzień. Mało mówi, nie chce rozmawiać, a tym bardziej słuchać moich wyjaśnień. Martwi mnie jej zachowanie i boję się, że nie będzie w stanie mi tego wybaczyć. Nie sądziłem, że incydent z Luną wyjdzie na jaw, chociaż powinienem był się tego spodziewać. Luna nie podarowałaby sobie okazji do tego, aby się na mnie zemścić. Na dodatek Ana dodała swoją własną wersję tego, co miało miejsce w moim biurze i pogorszyła sytuację. Jestem czysty, nie zdradziłem Marisy! Naprawdę żałuję, że pieprzyłem Lunę, jednak to było trzy miesiące temu! Nie zależało mi wtedy na Marisie, ba! Była dla mnie zupełnie obcą dziewczyną, co miałem zrobić? Rzucić wszystko z dnia na dzień? Nie, tak się po prostu nie da. Musiałem dojrzeć, zrozumieć wiele spraw i poukładać własne życie. Przywiązałem się do Marisy, uwielbiam ją i nie mógłbym jej zdradzić. Moje dawne, rozrywkowe życie dobiegło końca i liczy się dla mnie tylko moja żona. Dlaczego nie może tego zrozumieć? Co mam zrobić, żeby mi wybaczyła? Jak mam jej to udowodnić?


Marisa POV:
Udaje mi się przekonać Justina, żeby pojechał do domu. Nie ma sensu, żeby spędzał tutaj noc. Nie wyśpi się, a przecież jutro musi pójść do pracy. Zgadza się, jednak bardzo niechętnie, opiera się i tłumaczy, że nic mu nie będzie. Na szczęście ulega i zostaję sama. Niestety nie mogę wyłączyć myślenia i w moją głowę uderzają ostatnie wydarzenia. Bankiet, Luna, Ana i wreszcie ciąża. Nie byłam na to wszystko gotowa, a to dla mnie prawdziwa bomba! Każda z rzeczy, których się dowiedziałam była dla mnie ciosem. Moje obawy co do dziewczyn były całkiem słuszne. Justin świetnie bawił się za moimi plecami i pieprzył Lunę, kiedy ja chciałam poczekać z tym do ślubu. Robi mi się niedobrze na samą myśl. Był ze mną, wracał do domu i zajmował się inną kobietą. Może i to były nasze początki i wcale mi na nim nie zależało, teraz mnie to boli.
- Dobry wieczór - moje rozmyślenia przerywa cichy, kobiecy głos. Podnoszę głowę i widzę młodą lekarkę, która wchodzi do pokoju i ciągnie za sobą dziwny sprzęt - Jestem doktor Emily Browning, zrobimy usg. Dobrze? - uśmiecha się uroczo, a ja przytakuję głową - Świetnie! Możesz położyć się na plecach i podsunąć koszulę? - wykonuję jej polecenie, przygotowuje sprzęt i włącza monitor - To zapewne wczesna ciąża, więc będziemy musiały zrobić USG dopochwowe - mruga okiem, a ja się zawstydzam. Jednak doktor Emily jest wesołą kobietą, delikatną i zabiera się do pracy - No dobrze. Sprawdźmy, co tutaj mamy - marszczy brwi, uważnie obserwuje obraz i klika na aparaturze - Spójrz tutaj - pokazuje palcem, przekręcam głowę, jednak niewiele widzę. Szaro-biało-czarny obraz, nic więcej - To plus minus czwarty tydzień - cholera jasna, miesiąc?! - Jest jeszcze za wcześnie, aby zobaczyć dziecko dokładniej, ale tutaj jest Twój dzidziuś - stuka w ekran i pokazuje na czarną dziurkę. Zaciskam usta, a mój brzuch się kurczy. Moje, nasze dziecko. Żywa istotka, taka maleńka, bezbronna - Powtórzymy usg za dwa tygodnie, wtedy zobaczymy więcej. Na dzisiaj mamy pewność, że pęcherzyk jest i ma się całkiem dobrze - uśmiecha się przyjaźnie, kończy badanie, wycieram się, a w mojej głowie szaleje tornado myśli - Przepiszę Ci skierowanie na dodatkowe badania i koniecznie zacznij brać kwas foliowy, dobrze? - przytakuję głową i pierwszy raz myślę, czy z dzieckiem wszystko w porządku. Przecież nie oszczędzałam się przez ten miesiąc - Odpocznij, jutro przed wyjściem jeszcze porozmawiamy. Będziesz musiała się oszczędzać i uważać na siebie. Śpij dobrze, dobranoc.
- Dziękuję, dobranoc - szepczę cicho, doktor Emily kiwa głową, opuszcza pokój, a ja myślę o moim dziecku.


Budzi mnie pocałunek na czole. Uchylam powieki, mrugam kilka razy i widzę przed sobą Justina. Uśmiecha się niepewnie, odgarnia moje włosy i patrzy mi w oczy. Wygląda na zmęczonego, jakby nie spał w nocy.
- Przyniosłem Ci świeże ubrania - och, to miłe z jego strony - Dochodzi dziewiąta, możemy wrócić do domu.
- Świetnie - przeciągam się, przecieram oczy i podnoszę z łóżka - Czy nie powinieneś być w pracy, Justin?
- Mówisz poważnie? - prycha rozbawiony i pomaga mi zdjąć koszulę - Mam to w nosie, Ty jesteś ważniejsza.
- Nic mi nie będzie, przecież jestem dorosła, tak? Poradzę sobie, nie musisz się mną tak przejmować.
- Nie mów tak! - podnosi głos i napina szczękę - Wiem, że spierdoliłem sprawę, ale nie graj takiej, która nie przyjmie pomocy. Jesteś moją żoną, jestem tutaj i pogódź się z tym. Mam zamiar się Tobą zaopiekować.
- Myślę, że jutro wyjadę - Justin zamiera i widzę ból w jego spojrzeniu - Muszę pobyć sama ze sobą.
- Nie pozwolę Ci wyjechać, na pewno nie teraz! Jesteś osłabiona, musisz nabrać sił. Wybij to sobie z głowy!
- Ja nie proszę Cię o pozwolenie, tylko Cię o tym informuję. Zrobię po swojemu, czy tego chcesz, czy nie.
- To się jeszcze okaże - burczy pod nosem, pomaga mi się ubrać, ale nawet na mnie nie patrzy. Świetnie!

Po rozmowie z lekarką, wreszcie mogę wyjść ze szpitala. Dostaję jasne instrukcje, co mogę, a czego nie. Oczywiste jest to, iż nie mogę pić alkoholu, przemęczać się i nosić ciężkich rzeczy. Doktor Emily stwierdziła, że ciąża się słaba i muszę bardzo na siebie uważać. Zapewne fakt, że nie miałam bladego pojęcia o ciąży, w dodatku piłam alkohol, wcale tutaj nie pomógł. Widziałam jej zmartwioną minę i sama nie wiem, co powinnam o tym myśleć. Wciąż nie dociera do mnie, że jestem w ciąży. Boże! Co teraz będzie?

Justin pomaga mi, obejmuje w talii i prowadzi do domu. Kiedy tylko wchodzimy do środka, zdejmuje mój sweter i sadza na kanapie w salonie. Naprawdę ma zamiar tak mnie niańczyć? Nie jestem dzieckiem!
- Zaraz odgrzeję Ci obiad. Domowy rosół postawi Cię na nogi - kuca przede mną i dotyka mojego policzka.
- Domowy rosół? Sam go ugotowałeś? - unoszę brew, bo jestem tego niezmiernie ciekawa!
- Chciałbym, ale niestety mam dwie lewe ręce do gotowania. Gosposia moich rodziców ugotowała.
- Na pewno jest pyszny, ale nie jestem głodna - oddycham głęboko, ziewam i układam się na kanapie.
- Nic dzisiaj nie jadłaś, Marisa. Musisz się lepiej odżywiać, tak powiedział lekarz. Weź to sobie do serca.

- W porządku - kapituluję i przewracam oczami - Ale tylko trochę, okej? Nie wcisnę w siebie zbyt wiele.
- Nie ma sprawy - całuje mnie w czoło i biegnie do kuchni. Jest kochany, ale to niewiele między nami zmienia. Muszę przemyśleć co robić dalej, jak powiedzieć mu o dziecku i jak wybaczyć to, czego się dowiedziałam. Dlaczego wszystko musiało zwalić mi się na głowę w jednym momencie? - Jeszcze momencik! - krzyczy i po chwili słyszę jego kroki. Skupia uwagę na białej miseczce i stawia ją na stole - Gorący rosołek.
- Miało być trochę, a naładowałeś mi całą miskę - przewracam oczami, a piękny zapach wypełnia salon.


Wieczorem odwiedza mnie Jenna. Zadzwoniłam do niej z prośbą o spotkanie, potrzebuję się wygadać,
poradzić i zrzucić z siebie ciężar ostatnich wydarzeń. Kto zrozumie mnie lepiej, niż przyjaciółka?
- Jak się czujesz? - pyta cicho i nalewa do kieliszka czerwonego wina - Wyglądasz na zmęczoną.
- Bo jestem. Wszystko zwaliło mi się na głowę, Jenna. Te dwie suki plus do tego wczoraj zemdlałam i wylądowałam w szpitalu - wzdycham ciężko, a Jenna rozchyla usta i patrzy na mnie zszokowana.
- Co takiego? Jak to w szpitalu? Dlaczego ja dowiaduję się o tym dopiero dzisiaj? Czemu nie zadzwoniłaś?!
- Wybacz. Po prostu potrzebowałam odrobiny spokoju, a i tak przespałam praktycznie cały dzień.
- Rozumiem. Co się właściwie stało? Jesteś chora? - patrzy na mnie z troską i chwyta za dłoń - Martwię się.
- Niepotrzebnie, nie jestem chora. Spokojnie. Źle się poczułam i Justin zawiózł mnie do szpitala. Zrobili mi badania i... - zacinam się, spoglądam na drzwi i upewniam się, że nikt mnie nie usłyszy - Jestem w ciąży.
- Cholera! - Jenna podnosi głos i zrywa się na równe nogi. Patrzy na mnie, jakby wyrosła mi druga głowa! - Ale jak to, Marisa? Przecież z tego co mówiłaś, bierzesz tabletki, tak? Myślałam, że to pewna metoda.
- Bo jest! Pamiętasz, jak chorowałam na początku września? Czułam się naprawdę fatalnie, wymiotowałam, miałam gorączkę. Lekarz stwierdził, że choroba musiała osłabić działanie antykoncepcji, no i stało się.
- Nie ukrywam, zrzuciłaś na mnie bombę - przeczesuje włosy, prycha z niedowierzaniem i posyła mi szeroki uśmiech - Powiedziałaś Justinowi? - unosi brew i zakłada ręce na piersiach - Jestem ciekawa jego reakcji.
- Cóż, będziesz musiała sobie jeszcze poczekać, ponieważ nie pisnęłam nawet słówka. Nie mogłam!
- Dlaczego? Przecież i tak prędzej czy później się o tym dowie, tak? Nie ukryjesz rosnącego brzucha!
- Wiem, ale mam jeszcze sporo czasu. Muszę to dobrze przemyśleć, Jenna. To wcale nie jest takie proste, wiesz? Jesteśmy małżeństwem nieco ponad trzy miesiące, na dodatek Justin świetnie bawił się za moimi plecami - schylam głowę i bawię się palcami - Zakochałam się w nim i zabolało mnie to, czego się dowiedziałam. Wiem, że prowadził rozrywkowy tryb życia i czuję, że on nigdy nie będzie w stanie być mi wierny, a co dopiero obdarzyć mnie uczuciem. Jestem jego żoną, ale to niczego nie zmienia.
- Bzdura! Jemu na Tobie zależy, przecież to widać! - och, poważnie? - Wiesz, jacy są faceci. Lubią się dobrze bawić, bzykać laski bez zobowiązań i mieć resztę w nosie. On musi nauczyć się nowego życia, we dwoje. Trzy miesiące to niewiele, daj mu szansę. Wierzę, że Justin zmieni się przy Tobie i pokocha Cię.
- Na to nie liczę. Owszem, jest kochany, troszczy się o mnie, ale na tym się kończy. Nie ma nic więcej.
- Powinnaś z nim porozmawiać, on musi wiedzieć o dziecku, Marisa. Będzie ojcem, do cholery!
- Powiem mu, ale jeszcze nie teraz. Muszę poradzić sobie z faktem, że zabawiał się z innymi kobietami.
- Może dowiedz się więcej na ten temat? Skąd wiesz, że te dwie suki nie ubawiły tej historii? Widziałaś ich spojrzenia? Pewne sobie, patrzyły na Ciebie jakbyś była gorsza i chciały namieszać między wami.
- Z pewnością. Justin pieprzył i jedną i drugą, aż nagle pojawiam się ja i zabieram go im. Zemściły się.
- Dlatego wypytaj go ile razy, gdzie, z kim. Wiem, że to może być bolesne, ale lepiej wiedzieć wszystko.
- Tylko czy ta wiedza cokolwiek zmieni? To nie sprawi, że zapomnę i machnę na to ręką. Tak się nie da.
- Wiem - oddycha głęboko, przytula mnie do siebie i głaszcze po plecach. Potrzebuję jej wsparcia, słów otuchy i rady. Tak naprawdę mam tylko ją, przecież nie opowiem wszystkiego matce! - Ułoży się, zobaczysz.
- Możliwe, chociaż bardzo się boję. Nie jestem gotowa na dziecko, to zbyt wcześnie. Dopiero zaczęłam studia, chciałam się jeszcze nacieszyć spokojem i wolnością, a tu proszę! Justin się wścieknie i obarczy mnie winą, ponieważ to ja dbałam o zabezpieczenie. On mnie nie kocha, jak może pokochać to dziecko?
- Nie mów takich rzeczy, rozumiesz? To wasze dziecko! Nie ma prawa zwalać winy na Ciebie, bo sama o tym
nie wiedziałaś! A skoro faktycznie by to zrobił, to jest skurwysynem i tyle. Sam powinien się zabezpieczać.
- Teraz jest już za późno. Albo się dogadamy albo rozejdziemy. Chyba, że tego nam zrobić nie wolno, bo rodzice wkroczą do akcji. Przecież oboje mieliśmy sobie pomóc, zacząć nowe życie i wyprowadzić się na prostą. Moja studia pewnie pójdą się pieprzyć. Tak samo, jak praca Justina. To brzmi jak telenowela.
- Tu się z Tobą zgodzę - Jenna mruga okiem i chichocze jak dziecko. Co ja bym bez niej zrobiła?


Wieczorem biorę odprężającą kąpiel z ogromną ilością wody i płynu o zapachu arbuza. Nabieram trochę piany na dłoń, dmucham i obserwuję, jak fruwa w powietrzu. Chichoczę na ten widok, zanurzam dłonie w gorącej wodzie i zamykam oczy. Tak dobrze jest pobyć w ciszy, spokoju. Potrzebuję trochę odpoczynku, mam dość rewelacji na bardzo długi czas. Przez te trzy miesiące było naprawdę wspaniale i przepełniało mnie szczęście. Justin się starał, dbał o mnie, był taki kochany. Każdego dnia patrzyłam na niego, a w moim sercu rodziło się uczucie. Jak nie zakochać się w facecie, który robi tak wiele dla swojej kobiety? Wierzyłam w to, że będzie w stanie mnie pokochać i starałam się, żeby tak było. I mimo tego, iż było nam ze sobą dobrze, nie usłyszałam od Justina tych słów. Widocznie byłam do bani, skoro mój własny mąż nie potrafił mnie pokochać. Nie jestem ideałem, jak Luna czy Ana, mam humorki i zapewne powinnam popracować nad swoim czasami dziecinnym zachowaniem, ale zależy mi na nim. Na dodatek zostaniemy rodzicami i myślę, jak mu o tym powiedzieć. Skoro mnie nie kocha, jesteśmy małżeństwem tak krótko, jak ma wyglądać nasza przyszłość? A jeśli to będzie dla niego zbyt wiele i postanowi odejść? To również muszę wziąć pod uwagę i kiedy dobitnie to do mnie dociera, moje serce zaciska niewidzialna pięść. Gdyby do tego doszło, będę zdana sama na siebie. Nie chcę, aby moje dziecko wychowywało się bez ojca. Nie zasłużyło na to.
- Hej - moje rozmyślenia przerwa wchodzący do łazienki Justin. Uśmiecha się niepewnie, przysiada na brzegu wanny i odgarnia kosmyk moich włosów z czoła - Mogę się przyłączyć? - zaciska usta i wpatruje się we mnie uważnie. Przytakuję głową i obserwuję, jak pozbywa się ciuchów, wchodzi do wanny i siada za mną. Opieram plecy o jego tors, obejmuje mnie mocniej i dociska do siebie. Kiedy czuję jego duże dłonie na moim brzuchu, mam chęć po prostu powiedzieć mu, że w środku jest nasze dziecko. Nie robię tego jednak, nie mam jeszcze na tyle odwagi - Wszystko będzie dobrze, aniołku. Obiecuję - szepcze cicho, całuje mnie w głowę i opiera brodę na moim ramieniu. Tak bardzo chciałabym w to wierzyć. 







Obserwatorzy

Template made by Robyn Gleams