16.7.17

Epilog

                                                     Trzy lata później


Justin POV:
Wpadam do firmy za dwadzieścia dziewiąta. Wjeżdżam na górę i nerwowo spoglądam na zegarek. Szlag!
- Kurwa, nie jest dobrze - szepczę do siebie i kręcę głową. Właśnie odbywa się zebranie zarządu, a ja jestem na nie spóźniony. Doskonale wiem, że ojciec będzie na mnie wkurzony, ale co poradzić? To nie moja wina, że Marisa uwiodła mnie pod prysznicem i nie mogłem oderwać się od jej kuszącego ciała. Wciąż czuję jej dotyk, usta, smak. Jestem rozdygotany w środku i chyba jeszcze nie doszedłem do siebie po kurewsko dobrym orgazmie, który mi zafundowała - Ogarnij się, stary. Błagam! - szepczę do siebie w momencie, w którym drzwi windy nareszcie się otwierają. Biegnę przez korytarz, wpadam do biura i odkładam torbę na fotel. Szybko biorę do ręki przygotowane papiery i idę w stronę sali konferencyjnej. Ojciec mnie zabije!
- Panie Justinie! - zatrzymuje mnie głos mojej sekretarki - Wszyscy na Pana czekają! Są odrobinę wkurzeni.
- Wiem, wytłumaczę się - mrugam do niej okiem, poprawiam krawat i pewnie wchodzę do środka. Kiedy tylko ojciec mnie widzi, przewraca oczami - Przepraszam. Moja żona nie czuła rano najlepiej i musiałem się nią zaopiekować - siadam na fotelu i czuję na sobie palący wzrok ojca. Wcale nie czuję się źle z myślą, iż używam mojej cudownej żony jako wymówki - Obiecuję, że to się więcej nie powtórzy. Zaczynamy?
- Tak, jesteśmy w komplecie - Hugo uśmiecha się do mnie, bierze pilot i włącza telewizor. Nieźle poszło!


Spotkanie przebiega bez problemów i na szczęście dość szybko. Czeka mnie dzisiaj jeszcze jedno, z ważnym klientem, który złożył ogromne zamówienie. Dzięki niemu na naszym koncie przybędzie ogromna liczba zer, co bardzo mnie cieszy. Moje początki w firmie nie były kolorowe, jednak po ślubie z Marisą wszystko wskoczyło na swoje tory. Oczywiście musieliśmy się dotrzeć, poznać i przyzwyczaić do siebie, jednak teraz nie widzę poza nią świata. Z czystym sumieniem mogę przyznać, że moja żona jest najlepszym, co mnie w życiu spotkało. Kochałem ją bezwarunkowo i nie wyobrażałem sobie bez niej nawet jednego dnia. Nigdy nie sądziłem, że małżeństwo z przymusu może się udać, a jednak! Jakimś cudem daliśmy sobie z tym radę i obdarzyliśmy się mocnym uczuciem. Byłem dzięki niej szczęśliwy, spełniony i ona również zapewniała mnie o tym, że jestem jej całym życiem. Wiedziałem o tym, czułem to. Jej miłość dodawała mi skrzydeł, poweru do działania i wreszcie byłem w odpowiednim miejscu, z odpowiednią kobietą. Wyszalałem się za młodu, ale przyszedł czas na ustatkowanie się. Kilka dni temu obchodziłem dwudzieste siódme urodziny i przez chwilę myślałem, jak wiele się zmieniło. To były niesamowicie dobre zmiany i byłem wdzięczny, że tak potoczyło się moje życie. Brałem je garściami i dawałem z siebie wszystko. Byłem cholernym szczęściarzem!

Piję kawę i przeglądam informacje branżowe. Skupiam na nich uwagę, kiedy do mojego biura wchodzi Mia, moja sekretarka. Mimo swoich zaledwie dwudziestu czterech lat, jest bardzo zdolna i całkowicie jej ufam. Pracuje ze mną odkąd wylałem Anę i ani raz mnie nie zawiodła. Wracając do mojej "byłej" przyjaciółki. Za to, co zrobiła mnie, Marisie i naszemu dziecku, Ana zapłaciła dość wysoką cenę. Nasz adwokat jest najlepszy i wywalczył to, o co nam chodziło. Ana odsiedziała pół roku w więzieniu dla kobiet, zapłaciła sto tysięcy dolarów odszkodowania, które wspólnie z Marisą przeznaczyliśmy na domy dziecka, oraz przepracowała rok w domu spokojnej starości. Chciałem ją ukarać, utrzeć nosa i pokazać, jak życie potrafi być ciężkie. Żyła w swojej bańce, bogata, rozpieszczana, na wysokiej pozycji. Wszystko dzięki swojemu tatusiowi, który był zapatrzony w nią jak w obrazek. Poniekąd to rozumiałem, bo była jego jedynym dzieckiem, jednak przez to strasznie ją rozpieścił. Ana musiała przekonać się na własnej skórze, że konsekwencje złych czynów dosięgną nawet jej, bez względu na bogatego i dobrze ustawionego ojca. Nie widziałem jej od tego fatalnego dnia w Kuwejcie, kiedy zepchnęła Marisę ze schodów. Ojciec kilka razy wspominał, że Roger miał do mnie ogromny żal i nie wybaczył mi tego, co zrobiłem jego córce. Szkoda, że nie przyjął do wiadomości tego, co jego córka zrobiła nam, ale nie obchodził mnie ten człowiek. Miałem w nosie i jego, i Anę. Oboje byli dla mnie skończeni, a tata napomknął nawet, że Ana bardzo źle zniosła swoją karę. Cóż, wcale nie było mi przykro i liczyłem na to, że wreszcie dotrze do niej rzeczywistość. Najwyższy czas.
Luna również zniknęła i nie widziałem jej od bardzo dawna. Pewnego dnia napisała mi e-maila i wyznała, że bardzo jej przykro z powodu mojego dziecka. Nie wierzyłem w jej szczerość, ale miałem go gdzieś.
- Panie Justinie, klient już czeka - Mia uśmiecha się lekko i wręcza mi przygotowane papiery - Coś jeszcze?
- Nie, dziękuję. To tyle - kiwa głową, wychodzi i ja również podnoszę się z fotela. Zakładam marynarkę, zapinam guziki i wyciszam telefon - Do dzieła, stary! - mobilizuję sam siebie i ponownie zjawiam się w sali konferencyjnej. Towarzyszy mi Hugo, nasz prawnik oraz prawnik klienta. To normalna procedura przy podpisywaniu ważnych umów - Witam, Panie Carter - ściskamy sobie dłonie i zajmujemy miejsca - No dobrze. Czy przed podpisaniem umowy ma Pan jakieś pytania? Jeśli tak, udzielę odpowiedzi na wszystkie.
- Cóż, właściwie nie mam. Wszystko zostało jasno przedstawione i warunki jak najbardziej mi odpowiadają.
- Cieszę się. Paul, nasz prawnik przedstawi Panu umowę - odbiera białą teczkę, otwiera ją i analizuje razem ze swoim prawnikiem. Niepewnie spoglądam na Hugo, który mruga okiem i jest całkowicie wyluzowany. Pracuję z Carterem od trzech miesięcy. To nie były łatwe negocjacje, każdy z nas walczył o jak najlepsze warunki, jednak w końcu udało nam się dojść do porozumienia. Złożył zamówienie za ogromną sumkę.
- Punkt trzeci, druga strona - marszczę brwi i sam zaglądam w umowę - Odbiór ropy za dwa miesiące?
- To standardowy czas oczekiwania w naszej firmie. Trzeba przygotować transport, a do Australii jest kawał drogi, Panie Carter. Czy to jest problem? - chrząkam zestresowany, bo nie spodziewałem się problemów.
- Nie, skąd. Po prostu sądziłem, że towar zostanie wysłany natychmiast. Nic nie szkodzi, poczekam.
- Cieszę się - posyłam mu lekki uśmiech, ponownie skupiają uwagę na umowie, a ja przewracam oczami. Nie ukrywam, zależy mi na tym kliencie i ojcu również. Zamówienie jest potężne i tylko głupiec nie cieszyłby się z takiego zarobku. Na szczęście Carter mnie lubi, a to duży plus - Czy coś jeszcze Pana niepokoi?
- Nie, wszystko jest w porządku - jego prawnik przytakuje głową i podsuwa umowę do podpisania. Carter macha podpis i gotowe! - Robienie z Panem interesów to czysta przyjemność - ściska moją dłoń i klepie po ramieniu - Nie byłem zbyt ufny, kiedy Pana ojciec polecił mi właśnie Pana, a tu proszę! Młody człowiek, znający się na swojej pracy i ustalający świetne warunki. Zapewniam, to nie jest nasz ostatni interes.
- Dziękuję, doceniam to - podnoszę się, Hugo odprowadza ich do drzwi i wraca do mnie - I co myślisz?
- Sukces, stary! - przytula mnie po męsku i uderza w plecy. Auć! - Powinniśmy to uczcić. Szampan?
- Szampan? - unoszę brew i spoglądam na zegarek - Dochodzi południe, a Ty już chcesz świętować?
- To świetny interes i aż żal byłoby go nie opić! Jestem pewny, że Twój ojciec podzieli moje zdanie.
- A co na to Twoja żona, hmm? - biorę papiery, opuszczamy salę i idziemy do mojego biura. Jenna i Hugo wzięli ślub dwa lata temu i są wręcz nierozłączni - Chyba nie lubi, kiedy wracasz do domu na haju, co?
- Mówisz tak, jakbym miał zamiar wypić cały bar, przyjacielu! Miałem na myśli lampkę szampana, okej?
- Okej, okej, nie denerwuj się - kręcę głową, śmieję się z niego i otwieram drzwi mojego biura. Jednak w tym momencie rozlega się wibracja w moim telefonie, wyjmuję go z kieszeni, a na wyświetlaczu ukazuje się zdjęcie mojej siostry - Meggie? Co tam, mała?  - przepuszczam Hugo, ale przystaję w połowie kroku, kiedy dociera do mnie to, co mówi siostra - Ale jak to?! Nic z tego nie rozumiem! - krzyczę spanikowany, Hugo marszczy czoło i patrzy na mnie zaciekawiony - Oczywiście! Zaraz będę - kończę połączenie, wpatruję się w telefon i czuję lekkie zdezorientowanie - Muszę jechać, stary! Powiedz ojcu, że do niego zadzwonię!
- Justin! - krzyczy za mną, ale ja już biegnę przez korytarz i nie czekając na windę, zbiegam ze schodów.


Na miejscu jestem prawie czterdzieści minut później. Płonę ze złości, bo przeklęte korki skutecznie mnie przetrzymały. Miałem ochotę pobiec, ale niestety to zbyt duża odległość i zapewne dotarcie na miejsce zajęłoby mi całą wieczność! Parkuję niedbale, nie zwracając najmniejszej uwagi na to, że zajmuję dwa miejsca parkingowe, zamykam samochód i rzucam się biegiem. Wchodzę do budynku i według sms'a, którego przysłała mi Meggie, jadę na siódme piętro. Kiedy tylko wysiadam z windy, dostrzegam siostrę, która siedzi na krzesełku i nerwowo podryguje nogą. Podchodzę do niej, podnosi się i przytula do mnie mocno.
- Co się stało, do cholery?! - mówię nieco głośniej niż zamierzałem i odklejam od siebie siostrę - Powiesz mi?
- B-byłam przerażona - jąka się i ociera łzę - Byłyśmy z Marisą na zakupach, tak? Umówiłyśmy się pod galerią i wszystko było w porządku. Uśmiechała się, była radosna i czuła się świetnie! Aż nagle zbladła jak ściana i p-powiedziała, że... - zacina się, jeszcze chwila, a moje nerwy dadzą o sobie znać i wybuchnę jak pieprzony wulkan! - Czuje skurcze - kurwa mać! - Zanim tutaj dojechałyśmy, prawie urodziła w samochodzie!
- Co takiego?! - chwytam się za głowę i gapię na siostrę z niedowierzaniem - Gdzie ona teraz jest?
- Dzień dobry! - jak na zawołanie rozlega się damski głos i gwałtownie odwracam się za siebie - Pan jest?
- Mężem Marisy, właśnie zadzwoniła do mnie siostra i powiedziała, co się stało. Gdzie jest moja żona?
- Cóż, akcja porodowa poszła bardzo do przodu. Pana żona ma całkowicie rozwarcie i właśnie trwa poród.
- Jak to trwa poród?! Przecież miałem z nią być, do cholery! - drę się, ale ledwo już na sobą panuję!
- Więc na co Pan czeka? - przewraca oczami i kiwa głową, abym za nią poszedł. Cmokam siostrę w policzek i idę za niską kobietą. Moje serce bije w szalonym tempie i sam nie wiem, co czuję. Ekscytację, że wreszcie zobaczę swoje dziecko? Strach, bo nie wiem, czego się spodziewać? - Proszę - wracam na ziemię, kiedy kobieta wciska w moją dłoń zielony fartuch i otwiera drzwi. Kiedy tylko wchodzę do środka, nogi się pode mną uginają. Na wysokim łóżku leży Marisa. Ma szeroko rozchylone uda, jest spocona, zmęczona i zapłakana. Kurwa! Przysięgam, ten widok mnie wręcz szokuje! - Proszę stanąć obok i wziąć żonę za rękę.
- Justin - słyszę jej słabiutki głos, zmuszam nogi do ruchu i ściskam jej dłoń - Jestem wykończona.
- Wiem, Kotku, wiem. Proszę, bądź dzielna - odsuwam jej mokre od potu włosy i patrzę w oczy. Dyszy ciężko i nagle jej ciało napina się jak struna. Czuję, jak wbija palce w moją skórę, prze z całych sił i krzyk ucieka z jej ust. Jasna cholera, nie byłem gotowy na coś takiego! Owszem, oboje podjęliśmy decyzję, że będę przy niej, jednak ten widok łamie moje serce - Świetnie Ci idzie, maleńka. Jeszcze trochę, dasz radę.
- Mariso, skup się - kobieta, która przyszła po mnie spogląda na nią i posyła jej lekki uśmiech - Jeszcze dwa razy i wasze dziecko będzie na świecie, tylko musisz wykrzesać z siebie wszystkie siły. Poradzisz sobie.
- Jestem taka zmęczona - oddycha głęboko, biorę mały ręcznik, który leży obok i ocieram jej czoło - To tak kurewsko boli - ponownie się napina i krzyczy, aż mam ochotę zasłonić sobie uszy. Nie mogę patrzeć na jej cierpienie i najchętniej wziąłbym ten cały ból na siebie. Wiem, że stękam nawet wtedy, kiedy dopada mnie katar i nie wyobrażam sobie tego, jak to potwornie musi boleć, ale zrobiłbym dla niej wszystko! Byle tylko nie musiała tak cierpieć - Kurwa! - klnie siarczyście i opada na poduszkę - Niech to się już skończy, błagam!
- Już się kończy, Mariso. Widzę główkę, jeszcze chwila i będziesz mogła odpocząć, Kochanie. No dalej!
- Ostatni raz, pomogę Ci - marszczy brwi, ściskam jej dłoń i podsuwam dłoń pod kark. Unosi się lekko, skurcz ponownie ją dopada, ale tym razem idzie jej zdecydowanie lepiej. Prze z całej siły i jak na zawołanie po sali roznosi się odgłos płaczu. Odkładam Marisę na poduszkę, łapczywie chwyta oddech, a płacz się nasila. Moje serce zaciska się na ten dźwięk i chociaż to głupie... sam mam ochotę się rozpłakać - Brawo, Kotku. Dobra robota - uśmiecham się jak debil, pochylam i całuję ją w czoło - Jestem z Ciebie bardzo dumny.
- Proszę, wasza córeczka. Gratulacje - kobieta układa małe ciałko na piersiach Marisy i płacz nagle ustaje.
- O, boże - Marisa układa dłoń na jej pleckach i głaszcze czule - Nie wierzę, że już jest z nami.
- Ja też - połykam łzy i przyglądam się małej. Dotykam jej główki, a moja dłoń nakrywa ją praktycznie w całości. Jest tak mała, krucha, delikatna. Ma otwarte oczka, chociaż wygląda tak, jakby zupełnie nie ogarniała sytuacji. Nie dziwię się jej. Siedziała sobie w brzuchu, w cieple, aż nagle ktoś wytargał ją na świat. Nie zazdroszczę, bo sam wściekam się, kiedy ktoś wybudza mnie z przyjemnej, popołudniowej drzemki - Hej, córeczko - grucham do niej, marszczy brewki i rozchyla usteczka - Jesteś idealna, Kruszyno.
- Justin - Marisa szepcze, spoglądam na nią i widzę łzy na jej policzkach oraz lekki, zmęczony uśmiech.
- No dobrze, na razie muszę zabrać małą na badania. Proszę się nie martwić, niebawem dostaną ją państwo z powrotem - lekarka mruga do nas okiem, zabiera małą i opuszcza pokój. Nareszcie jest po wszystkim.


Prawie pół godziny później Marisa zostaje przewieziona na salę poporodową. Oczywiście nie byłbym sobą, gdybym nie opłacił prywatnego, wypasionego szpitala. Moja żona oraz córka zasługują na wszystko, co najlepsze i mam zamiar im to dać. Przecież są całym moim światem, nie może być inaczej.
- To znowu ja - do pokoju wchodzi dobrze znana mi doktor i wręcz mi moją maleńką córeczkę - Jest zdrowa jak ryba, dostała dziesięć punktów - marszczę brwi, bo nie mam bladego pojęcia, co do mnie mówi - To skala, na podstawie której ocenia się stan zdrowia noworodka. Państwa córeczka dostała max, co oznacza, że wszystko jest w porządku - och! Czuję się jak idiota, ale usprawiedliwiam się, bo skąd niby miałbym o tym wiedzieć?! - Na razie to tyle. Pani Marisa musi odpocząć, ale niebawem będzie pora karmienia.
- Dziękuję, pani doktor - kiwa głową i wychodzi z pokoju. Wpatruję się w małą jak zahipnotyzowany i wręcz nie mogę odwrócić wzroku. Tak długo na nią czekaliśmy i nie dowierzam, że wreszcie jest na świecie. Te dziewięć miesięcy ciągnęło się w nieskończoność i pragnąłem, aby czas przyśpieszył. Jedyne, co mogłem robić to dotykać brzuszka mojej żony i zachwycać się, jak pięknie wyglądała w ciąży. A teraz trzymam córkę w ramionach i zakochuję się w niej niemal natychmiast - Hej, Josie. Jestem Twoim tatusiem - szepczę cichutko, dotykam jej maleńkiej piąstki i ponownie czuję łzy pod powiekami. Nie ukrywam, dzień narodzin mojego dziecka to najpiękniejszy dzień w moim życiu - Jesteś śliczną dziewczynką, wiesz? Będę musiał mieć na Ciebie oko, bo nim się obejrzę będą za Tobą ganiać chłopcy - uśmiecham się i całuję ją w czoło. Wierci się, wyciąga rączki przed siebie i przeciąga się rozkosznie. To niesamowite, że zmieściła się w brzuchu Marisy! Natura jest szalona! - Mamusia niedługo się obudzi i będziesz mogła coś przekąsić. Musisz być silna.
- Przez Ciebie się poryczałam - gwałtownie podnoszę głowę i spoglądam na siostrę, która stoi w drzwiach i faktycznie jest cała zapłakana - Ten widok zwala z nóg, braciszku - pociąga nosem, ociera łzy i podchodzi do mnie - Wiesz, że będziesz wspaniałym ojcem? - jej słowa sprawiają, że mój brzuch się zaciska.
- Dzięki, siostrzyczko. Zrobię wszystko, aby tak właśnie było. Tylko na nią spójrz, czyż nie jest cudowna?
- Owszem, jest - patrzymy na nią z rozczuleniem, kołyszę ją w swoich ramionach, a Meggie przytula się do mojego ramienia - Dzwoniłam do rodziców, zapewne niedługo się tutaj pojawią. Mama wręcz piszczała do słuchawki, aż musiałam odsunąć ją od ucha - chichocze cicho, ale to cała mama! - Oszaleje, jak ją zobaczy.
- To jest oczywiste. Trzeba zadzwonić jeszcze do rodziców Marisy i do Hugo. Właściwie, kiedy zaczęły się skurcze? Byłem w szoku po Twoim telefonie, przecież termin był dopiero za dwa i pół tygodnia.
- Marisa pytała o to samo, ale doktor powiedziała, że to zależy od dzidziusia, kiedy ma ochotę przyjść na świat. Josie widocznie się śpieszyło i tak oto jest! A skurcze zaczęły się kilka minut po dziesiątej. Spanikowałam jak diabli, Justin - Meggie odsuwa się i przewraca oczami - Nie wiedziałam, co mam robić, ale musiałam działać. Wsadziłam ją do samochodu i przywiozłam tutaj. W drodze odeszły jej wody i wtedy prawie dostałam zawału - kręcę głową i zaciskam szczękę. Marisa powinna była siedzieć w domu! - Kiedy przyjechałyśmy od razu ją zbadano. Doktor powiedziała, że rozwarcie jest spore i niebawem poród się zacznie. Powinnam była zadzwonić do Ciebie od razu, ale naprawdę musiałam się uspokoić. Przepraszam.
- Daj spokój, Meggie. Nie masz za co przepraszać. Zachowałaś zimną krew, a sytuacja nie była prosta. Dziękuję, że zaopiekowałaś się Marisą i dostarczyłaś ją do szpitala. Jestem z Ciebie ogromnie dumny!
- Przestań, bo się zaczerwienię - uderza mnie w ramię i ponownie skupiamy uwagę na mojej małej córeczce.

Marisa budzi się chwilę później. Siedzę w fotelu i trzymam w ramionach Josie. Nie odłożyłem jej nawet na moment i obawiam się, że mogę ją rozpieścić noszeniem na rękach. Nic nie poradzę, uwielbiam ją!
- Hej - Marisa mruczy cicho i obdarza mnie lekkich uśmiechem. Przeciera twarz rękami i ziewa. Wygląda uroczo, chociaż jest bardzo zmęczona - Widzę, że świetnie sobie radzisz - zaciska usta i patrzy na mnie z rozczuleniem - Nie sądziłem, że tak bardzo pokocham ten widok. Wyglądasz cudownie, tatusiu.
- Nie mogę się doczekać, kiedy usłyszę to z jej ust - mrugam okiem, podnoszę się i oddaję jej małą - Doktor wspominała, że może być głodna i już od paru minut wierci się niespokojnie - przysiadam na brzegu łóżka, Marisa odsuwa koszulę i przysuwa małą do piersi. Gapię się na ten widok, bo Josie świetnie sobie radzi i natychmiast zaczyna ssać. Cholercia, to tak cholernie rozczulające - To głupie pytanie, ale jak się czujesz?
- Jakbym niedawno urodziła dziecko - chichocze, bierze moją dłoń i przykłada do swojego policzka - Ogólnie w porządku, ale jestem potwornie obolała - zawstydza się i wbija zęby w wargę. Głaszczę czule jej policzek i cmokam w czubek nosa - Mam nadzieję, że szybko dojdę do siebie. Muszę zająć się małą.
- Nie martw się, we wszystkim Ci pomogę, tak? Dzisiaj podpisałem umowę z Carterem i nie mam w planach nic poważnego. Wezmę urlop i zostanę w domu tak długo, jak tylko będzie trzeba. Jesteście najważniejsze.
- Aww, mój kochany - uśmiecha się i nastawia usta do pocałunku. Pochylam się i natychmiast spełniam jej prośbę. I kiedy tylko czuję jej słodkie usta, pogłębiam pocałunek i wślizguję język do środka. Przygryza go i odsuwa ode mnie - Wiesz, jesteś cholernie seksownym, młodym tatusiem. Jak się z tym czujesz, hmm?
- Szczerze? - unoszę brew, a Masrisa przytakuje głową - Czuję się niesamowicie! Wręcz coś rozsadza mnie od środka, jestem tak cholernie szczęśliwym człowiekiem, Kotku. Właśnie urodziłaś mi dziecko.
- Tak, i zastanawiam się nad tym, jak dałam radę. Nie ukrywam, ten ból był koszmarny, ale teraz nie ma to już znaczenia. Tylko ona się liczy i to, że jest na świecie - pochyla głowę i przeczesuje jej ciemne włoski.
- Jestem z Ciebie bardzo dumny, wiesz? Odwaliłaś kawał dobrej roboty, ale nie powinienem być zaskoczony. Przecież silna z Ciebie kobieta - biorę jej dłoń i składam na wierzchu pocałunek - Kocham Cię, Skarbie.
- Wiem, a ja kocham Ciebie. To się nigdy nie zmieni - przyciąga mnie do siebie i ponownie całuje.

Godzinę później zjawiają się moi rodzice, rodzice Marisy oraz Hugo i Jenna. Wszyscy zachwycają się Josie, gruchają do niej, głaszczą i tulą. Wiedziałem, że każdy się w niej zakocha, bo nie ma innej możliwości. Mała jest tak urocza, rozkoszna i śliczna, że aż ciężko oderwać od niej wzrok. Skradła nasze serca.




****
Trzy dni później Marisa i nasza maleńka córeczka wracają do domu. Moja żona wciąż jest obolała, chociaż chodzenie nie sprawia jej większych trudności. Jest dzielna jak diabli i do końca życia będę podziwiał ją za to, że tak świetnie sobie poradziła. Przekonałem się na własne oczy, jak wygląda poród i naprawdę współczuję wszystkim kobietom, które muszą przez to przechodzić. Faceci mają zdecydowanie łatwiej.
- Jak dobrze być w domu - Marisa opada na kanapę i wzdycha ciężko - Chociaż ten szpital był na najwyższym poziomie, zdecydowanie wolę nasze gniazdko - mruga okiem, cmokam ją w czoło i wyjmuję Josie z fotelika. Śpi sobie w najlepsze i cmoka smoczek, który jest prawie na pół jej buzi - Przygotuj się na zarwane nocki.
- Jestem gotowy na wszystko - posyłam jej pewny siebie uśmiech, rozbieram małą i odkładam ją do kołyski, która jest się w salonie. Urządziliśmy dla niej piękny pokoik, chociaż na razie i tak będzie spała w naszej sypialni. Musimy mieć ją blisko siebie - Potrzebujesz czegoś? - Marisa wystawia dłoń i siadam obok niej.
- Tylko Ciebie - szepcze cicho, unosi głowę i całuje mnie w usta - Od dzisiaj zaczynamy życie we trójkę.
- To będzie piękne życie - przytulam ją do siebie, głaszczę po plecach i zamykam oczy. Jestem szczęśliwy.






K  O  N  I  E  C 




********************************
Ba dum tssss! :D
Kilka osób pisało, że spodziewa się końca i oto on! 
Wiecie, że nie ma sensu przeciągać, a Marisa i Justin zasługują na happy end :D
Mam cichą nadzieję, że tym epilogiem was nie rozczarowałam ;)

Oczywiście dziękuję wam za to, że nadal tutaj jesteście i nie macie dość.
Bez was nie ma mnie, więc dziękuję, że napędzacie mnie do działania.
Wiele razy to pisałam, ale napiszę raz jeszcze - mam wspaniałe czytelniczki ♥

Zostajemy więc przy drugiej części Zapachu Ciemności :)
Jeśli ktoś jeszcze nie wie, zapraszam tutaj - KLIK -
Rozdziały będą pojawiać się tak jak ZC, czyli w środy.
Ale... właśnie kończę pisać opowiadanie o rodzeństwie (gdzieś dawałam prolog, ale już nie pamiętam gdzie lol) i pytanie do was, czy chcecie opowiadanie o takiej fabule. Muszę przyznać, że jest nieco inne, bardziej skomplikowane, zagmatwane i momentami smutne. Po prostu nietypowe :)
Rozumiem jednak, jeśli taka fabuła nie bardzo was pociąga. Chociaż zaznaczam, to "tylko" opowiadanie :)
Zrobiłam sondę, więc możecie zagłosować tutaj - KLIK -

Okej, to chyba tyle :)
Dziękuję jeszcze raz, że byłyście ze mną i tutaj :)
Buuuuuuuuuziaki!
Kasia 


9.7.17

Rozdział 41


Marisa POV:

W salonie panuje cisza, a ja patrzę na niego zszokowana. Nie wierzę w to, co powiedział i mam wrażenie, jakbym się przesłyszała. Jakim cudem Justin mnie kocha? To w ogóle możliwe? Przecież wiem, co to za typ, chociaż po ślubie bardzo się zmienił. Jest dla mnie dobry, kochany i troskliwy... ale żeby mnie kochał?
- Powiesz coś? - pierwsza przerywam ciszę i parzę mu w oczy. Drapie się w kark i chrząka, skrępowany.
- Wybacz, wymsknęło mi się - och! Dziwne uczucie rozczarowania kuje mnie w serce, ale jak mogłam chociaż przez chwilę pomyśleć, że taki facet mógłby obdarzyć mnie uczuciem? To mało możliwe.
- Rozumiem - uśmiecham się lekko, poprawiam włosy i podnoszę się - Chcesz herbaty? Ja chętnie się napiję.

- Hej - pociąga mnie za dłoń i opadam na jego kolana. Krzywię się i chwytam za dół brzucha, który nieprzyjemnie szarpie - Kurde, zrobiłem Ci krzywdę? - panikuje, przykłada dłoń do mojej i pociera ostrożnie. Biorę głęboki oddech i próbuję się rozluźnić - Zapomniałem się, wybacz. Będę na Ciebie bardziej uważał.
- Nic się nie stało, to tylko skurcz. Lekarz wspominał, że może mnie boleć jeszcze przed kilka dni. Przejdzie.
- Mam taką nadzieję - unosi moją głowę palec i przesuwa opuszkiem po policzku - Naprawdę uwierzyłaś w to, że te dwa słowa przypadkiem mi się wymsknęły? - och! Marszczę brwi, ale nic z tego nie rozumiem - To, co powiedziałem to prawda, Marisa. Kocham Cię - o boże! Mój żołądek zaciska się przyjemnie i czuję, jakby latało w nim mnóstwo motylków - Nie patrz tak na mnie, nareszcie to zrozumiałem i jestem tego pewny.
- Zaskoczyłeś mnie. Po prostu nie liczyłam na to, że mógłbyś coś do mnie poczuć. Niby dlaczego miałbyś?



Justin POV:
Kiedy Marisa wypowiada ostatnie zdanie, coś dziwnego przekręca mi się w brzuchu. Co ona bredzi?!
- Poważnie? A dlaczego miałbym Cię nie pokochać, hmm? Przecież jesteś cudowną kobietą, Skarbie. Piękną, inteligentną, mądrą, niczego Ci nie brakuje. Od samego początku świetnie się dogadywaliśmy i sprawiłaś, że totalnie ześwirowałem na Twoim punkcie - poruszam brwiami, a ona wciąż patrzy na mnie zdziwiona.
- Właściwie kiedy zdałeś sobie z tego sprawę? Całkiem niedawno temu zaprzeczyłeś, zmieniłeś zdanie?
- Tu nie chodzi o zmianę zdania, Marisa. Mówiąc u Hugo, że Cię nie kocham sam nie byłem tego pewny. Nigdy wcześniej nie byłem zakochany i nie wiedziałem, jak to rozpoznać. Zależało mi na Tobie, czułem się cudownie w Twoim towarzystwie i było mi dobrze. Po tych wszystkich wydarzeniach dotarto do mnie, że naprawdę się w Tobie zakochałem. Nie chciałem, żebyś przeze mnie cierpiała. Luna i Ana namieszały i widok Ciebie zapłakanej cholernie mnie bolał. A potem nasze dziecko, jego strata i Ty, blada, zmarnowana, zmęczona. Wtedy już wiedziałem, że zrobię wszystko, abyś była szczęśliwa i że to jest właśnie miłość.
Kiedy leżałaś w szpitalu umierałem ze strachu, wiesz? Tak bardzo się o Ciebie martwiłem. 

- Już jest dobrze, nie martw się. Nie ja jedna straciłam dziecko - zaciska usta, schyla głowę i oddycha głęboko. Cholera, czuję się tak kurewsko winny i słusznie! Jest w tym bardzo dużo mojej winy i będę musiał z tym żyć - Mimo tego, że dowiedziałam się o ciąży zaledwie tydzień temu, czuję w sobie ogromną pustkę.
- Wiem, Skarbie. Jestem przy Tobie, pomogę Ci w każdej sytuacji. Wszystko się ułoży, potrzeba na to więcej czasu - tulę ją do siebie mocno i głaszczę po plecach. Opiera brodę na moim ramieniu i całuje w szyję.

Popołudniu Marisa upiera się, żeby pojechać do jej rodziców. Nie jestem pewny czy to dobry pomysł, ponieważ powinna odpoczywać jak najwięcej. Jednak ma mnie w nosie, dzwoni do rodziców i uprzedza ich, że wpadniemy w odwiedziny. Odpuszczam jej. Skoro tego właśnie chce, niech będzie.

Kiedy tylko wchodzimy do salonu, witają nas Chloe i Paul. Tulą do siebie córkę, całują i witają się ze mną.
- Wszystko w porządku, córeczko? Wyglądasz strasznie mizernie i schudłaś! Chyba nie jesteś chora?
- Nie, skąd - Marisa chrząka i mocniej ściska moją dłoń - Nic mi nie jest, mamo. Jestem cała i zdrowa.
- Na pewno? - teściowa kręci głową i uważnie się jej przygląda - Masz ochotę coś zjeść? Upiekłam ciasto.
- Nie, dziękuję. Poproszę tylko o herbatę - siadamy na kanapie i próbuję przygotować się na tę rozmowę.
- Co u was dzieciaki? Jak udała się podróż do Kuwejtu? Mam nadzieję, że miło spędziliście tam czas?
- Tak, tato. Było naprawdę fajnie - Marisa uśmiecha się, ale jest spięta - Chcieliśmy wam coś powiedzieć - wierci się, gosposia przynosi dla nas herbatę i stawia na stoliku - Dziękujemy - Marisa kiwa głową i wzdycha ciężko. Wiem, że wcale nie jest jej łatwo - Nie będę owijać i powiem wprost. Byłam w ciąży.
- Och! - na twarzy jej mamy pojawia się ogromny uśmiech i klaszcze w dłonie. Patrzy raz na mnie, raz na Marisę i widać szczęście w jej oczach. Jednak po chwili marszczy brwi i zadaje pytanie - Jak to byłaś?
- Poroniłam - szepcze cicho, a twarzach teściów pojawia się szok - Dowiedziałam się zaledwie tydzień temu, to był piąty tydzień. Niestety przez ten ponad miesiąc na siebie nie uważałam i nie udało się utrzymać ciąży.
- O mój boże - Chloe podnosi się i przytula córkę do siebie - Tak bardzo mi przykro. Jak się czujesz?
- Jakoś, mamo. Nie martw się, potrzebuję trochę czasu, a na pewno wszystko się ułoży. Poradzę sobie.
- Nie ukrywam, ale jesteśmy bardzo zaskoczeni. Na pewno będziecie mieć dzieci, jesteście młodzi.
- Masz rację - Marisa spogląda na mnie, obejmuję ją ramieniem i całuję w głowę. Zrobię dla niej wszystko.


We wtorek wybieram się do pracy. Marisa zostaje w domu i na moją prośbę odpuszcza dzisiaj uczelnię. Mam nadzieję, że mnie posłucha i mimo wszystko nie wywinie mi numeru i nie pójdzie pod moją nieobecność. Musi odpocząć, nie przemęczać się i myślę, że sama ma tego świadomość. Wciąż dokucza jej ból brzucha.

Wysiadam na swoim piętrze, idę wzdłuż korytarza i dochodzę do mojego biura. Moja sekretarka wita mnie lekkim uśmiechem i pyta, czy mam ochotę na kawę. Oczywiście! Muszę naładować akumulatory przed pracą, rozmową z ojcem na temat wyjazdu i poruszyć kwestię Anastasii. Zapewne nie będzie zadowolony ze względu na przyjaźń z jej ojcem, ale mam to kompletnie w dupie! Musi ponieść karę za to, co zrobiła. 

Godzinę później pukam do gabinetu ojca. Siedzi przy biurku i kiedy mnie widzi, uśmiecha się szeroko.
- Justin! - zrywa się na równe nogi i wita mnie uściskiem - Siadaj i opowiadaj jak poszło w Kuwejcie?
- Świetnie! Tutaj masz wyniki jakości ropy - podaję mu kartki, uważnie je czyta i kiwa głową zadowolony - Możesz śmiało podpisywać umowę. Christina wspominała, że ropa jest naprawdę znakomitej jakości.
- To prawda. Może chcesz to zrobić, hmm? - och! Zaskakuje mnie - Polecisz do Rosji do klienta?
- To miłe, że proponujesz to mnie, ale... - zacinam się i przeczesuję włosy dłonią - Muszę zostać z Marisą.
- Nie bardzo rozumiem, synu. Dlaczego masz z nią zostać? Przecież to dorosła kobieta, poradzi sobie.
- Nie o to chodzi. W Kuwejcie stało się coś złego, tato. Dowiedziałem się, że Marisa jest w ciąży.
- Naprawdę?! To cudowna wiadomość, jestem z Ciebie dumny! To małżeństwo to był genialny pomysł.
- Tato, posłuchaj mnie do końca - marszczy brwi, odkłada kartki i opiera łokcie na biurku - Niestety Marisa poroniła - uchyla usta w szoku, a jego oczy są wielkie jak spodki - Sytuacja wymknęła się spod kontroli i pewna osoba chciała się na mnie zemścić. Musi ponieść za to karę, bez względu na wszystko. Nie odpuszczę.
- To chyba oczywiste, Justin! Nie wierzę! Kto niby chciałby się zemścić? Dlaczego Marisa poroniła?
- Ponieważ ta osoba zepchnęła ją ze schodów - ojciec kręci głową, opiera się o oparcie fotela i przeciera twarz rękami. Jest blady jak ściana! - Właśnie ta kobieta powiedziała, że moja żona jest w ciąży i bardzo się zdenerwowałem. Pokłóciłem się z Marisą, zostawiłem ją i zniknąłem na cały dzień. Wiem, moje zachowanie było szczeniackie i poniekąd to również moja wina. Kiedy wróciłem, było już po wszystkim.
- Jestem w szoku! Powiesz mi wreszcie, co to za kobieta? Co ona robiła do cholery tam, gdzie Ty?
- Ponieważ miała ze mną pojechać. To Anastasia, tato - kiedy wypowiadam jej imię, ojciec zamiera.
- A-anastasia? Córka mojego najlepszego przyjaciela? - pyta szeptem, a ja przytakuję głową. Chowa twarz w dłoniach, ale z pewnością nie tego się spodziewał. Nie wiem, co teraz będzie, jednak Ana musi ponieść karę - Boże, przecież to taka dobra dziewczyna! Znam ją praktycznie od dziecka, Justin. Jak to możliwe?
- Cóż, coś nas kiedyś łączyło, spotykaliśmy się. Wysłałeś ją do Berlina i nasz kontakt się urwał. Nie odzywała się do mnie, a ja świetnie bawiłem się bez niej. Wróciła, dowiedziała się o Marisie i wściekła się. Potem było jeszcze gorzej, bo pokazałem jej ojcu film, który zresztą sam nakręciłem. Była na mnie potwornie zła.
- Rozumiem wszystko, synu, ale jak mogła posunąć się tak daleko i zepchnąć Marisę ze schodów!
- Tego nie wiem. Nie spodziewałem się czegoś takiego, przekroczyła wszelkie granice. Co mam zrobić?
- Trzeba porozmawiać z Rogerem, musi o tym wiedzieć - ojciec chwyta za telefon, tłumaczy mu, że muszą się spotkać i zaprasza do swojego gabinetu. Wzdycham ciężko, ale teraz rozpęta się prawdziwe piekło. Z pewnością Roger będzie zszokowany tym, co zrobiła jego córka. Od zawsze chuchał na nią i dmuchał, troszczył się i trzymał pod kloszem, a tu proszę! Córeczka wywijała gołym tyłkiem w klubie, a teraz narobiła sobie jeszcze większych kłopotów - Roger zaraz powinien tutaj być. Nie wiem, jak mu to powiedzieć.
- Najlepiej wprost, tato. Nie ma sensu owijać w bawełnę, bo sprawa jest naprawdę poważna.
- On się załamie, bo to jego jedyne dziecko! Od zawsze starał się ją chronić przed złymi rzeczami.
- Anastasia jest dorosła i sama podejmuje decyzje. Ona zabiła moje dziecko! Musi za to odpowiedzieć!
- Jak czuje się Marisa? Boże, nawet nie umiem sobie wyobrazić, co ona teraz przeżywa! Zostawiłeś ją samą?!
- Spokojnie, tato. Marisa czuje się całkiem nieźle, trochę boli ją brzuch. Tak, zostawiłem ją w domu.
- Zwariowałeś? - zrywa się na równe nogi i zakłada ręce na biodrach - Wracaj do domu, zaopiekuj się nią.

- Jesteś pewny? Nie chciałbym, żebyś się rozczarował moim zaniedbywaniem obowiązków w firmie.
- Daj spokój! Są rzeczy ważne i ważniejsze, a Twoja żona jest na pierwszy miejscu. Musisz ją wspierać.
- W porządku. Mogę poczekać na Rogera? Chcę z nim porozmawiać i opowiedzieć, co się wydarzyło.
- Jasne, synu. Liczę na to, że zrozumie sytuację i nie ucierpi na tym nasza wieloletnia przyjaźń.

Roger zjawia się godzinę później. W międzyczasie dzwonię do Marisy i sprawdzam jak się czuje. Na szczęście leży w łóżku i ogląda telewizję. Uspokajam się, ale chcę jak najszybciej wrócić do domu i być przy niej. Ojciec ma rację, muszę ją wspierać i zatroszczyć się o nią. Jest wrażliwa i nie chcę, żeby się załamała.
- Marcus, Justin! - Roger wita się z nami wesoło i ściska nasze dłonie - Co było tak ważnego, przyjacielu?
- Usiądź, Justin ma Ci coś do powiedzenia - ojciec wskazuje fotele i wszyscy siadamy - Zacznij, synu.
- Więc - chrząkam i biorę się w garść - Anastasia zrobiła coś bardzo złego. Gdzie ona teraz jest?
- W domu. Zaszyła się w swoim spokoju i właściwie nie opuszcza go odkąd wróciła z Kuwejtu. Co się stało?
- Między mną, a Aną ostatnio nie układało się najlepiej. Była na mnie zła i chciała mnie ukarać. Niestety obrała sobie za cel moją żonę. Popchnęła ją, Marisa spadła ze schodów i poroniła. Ana zrobiła to specjalnie.
- C-co takiego? - Roger patrzy na mnie jakbym przyleciał z kosmosu. Z jego twarzy odpływają wszystkie kolory i kręci głową jak w amoku - Moja córka nie zrobiłaby czegoś takiego, Justin. Nie wierzę w to!
- Szkoda, bo nie mam powodu do tego, aby Cię okłamywać. Możesz również porozmawiać z Christiną, która była na miejscu i zauważyła obok Marisy Anastasię. Jest również nagranie z monitoringu hotelu - mam ochotę sam sobie pogratulować, że na to wpadłem - Ana poniesie za to karę, dopilnuję tego osobiście.
- Co masz zamiar zrobić, Justin? Chcesz ją wpakować do więzienia?! Zwariowałeś?! Ona jest taka młoda!
- Nie wiem, co postanowi sąd. Dopiero się o tym przekonamy, ale nie odpuszczę jej tego. Nie ma szans.
- Sąd? Kurwa - zrywa się na równe nogi, chodzi tam i z powrotem i wzdycha ciężko - Nie rób tego, proszę.
- Jak to mam tego nie robić? Po prostu mam zapomnieć i żyć dalej? Przez nią straciliśmy dziecko, Roger!
- Wiem! Ana jest ostatnio bardzo zagubiona, zamknięta w sobie! Na pewno nie chciała tego zrobić.
- Ta rozmowa nie ma sensu - podnoszę się i spoglądam na ojca - To Twoja córka, będziesz jej bronił.
- Wcale nie chcę jej bronić, ale możesz zniszczyć jej życie, Justin! Ona chce się rozwijać, uczyć!
- Ana jest dorosła i musi ponieść odpowiedzialność za swoje czyny. Wiecznie jej nie ochronisz.
- Zapłacę Ci - co, kurwa?! - Dam Ci tyle pieniędzy, ile tylko chcesz, ale zapomnij o tym incydencie.
Gapię się na niego razem z ojcem i nie dowierzam, że chce mnie przekupić! Co jest z nim nie tak?!

- Roger - tata zaczyna cicho i patrzy na niego zrezygnowany - Naprawdę chcesz załatwić to pieniędzmi?
- A mam inne wyjście? Sądzisz, że pozwolę aby moja córka wylądowała w więzieniu? Nie mogę, Marcus!
- Rozumiem Cię, ale Ana zrobiła coś bardo złego. Przez nią Marisa poroniła, mój syn stracił dziecko!
- Muszę porozmawiać z córką. Zadzwonię do Ciebie - nawet się nie żegna i wychodzi z biura. Świetnie!
- Cholera, nie wyszło to najlepiej - ojciec przeciera twarz dłonią i spogląda na mnie - Co teraz, hmm?
- Nie wiem. Wydaje mi się, że muszę skontaktować się z naszym adwokatem i poradzić się go w tej sprawie.
- To dobry pomysł. Umów się z Morissonem i porozmawiaj z nim. Na pewno znajdzie jakieś rozwiązanie.
- Tak zrobię. Dzięki, tato. Uciekam do Marisy, nie powinna być teraz sama. Do zobaczenia później.
- Trzymaj się, synu - ściska mnie, czym jestem zaskoczony. Tata zmienił się przez te trzy miesiące.


W drodze do domu zahaczam o restaurację i biorę obiad na wynos. Z pewnością Marisa nic nie zjadła, a powinna. Cieszę się, że tata podarował mi dzień w pracy. Może wezmę kilka dni urlopu? Muszę z nią być.
- Kotku? - krzyczę od samego progu i wchodzę do salonu - Cześć - uśmiecham się, odkładam torbę na stolik i przysiadam obok niej. Jest uroczo zaspana i rozczochrana - Jak się czujesz, Kwiatuszku? Wszystko okej?
- Mhm
, jest w porządku - przytula się do mnie i ziewa przeciągle - Co robisz w domu tak wcześnie?
- Tata kazał mi do Ciebie wrócić - unosi brew i patrzy na mnie zaskoczona - Stwierdził, że nie powinienem zostawiać Cię samej i ma rację. Muszę się Tobą zaopiekować i poproszę go o kilka dni wolnego.
- Nic mi nie jest, Skarbie. Czuję się już nieco lepiej, a i tak cały dzień spędzam w łóżku. Nie przejmuj się.  

- Nawet nie wygaduj tych bzdur, Marisa. Oczywiście, że się przejmuję. Jesteś moją żoną, tak?
- Tak, nie denerwuj się - pociera nosem o mój i całuje mnie w usta. Natychmiast wślizguje język do środka i przenosi się na moje kolana. Nie bardzo wiem, co ona wyprawia, ale nie narzekam i chętnie oddaję pocałunek. Tulę ją do siebie, pocieram jej plecy i tak bardzo tęskniłem za jej ustami - Mmmm.
- A co to za mruczenie, mała? - gryzę ją w wargę, Marisa chichocze, ale cieszy mnie jej dobry humor.
- Lubię Cię całować - mruga okiem i poprawia się na moich kolanach, cholercia! - Coś mnie uwiera.
- Och, serio? - dociskam ją do siebie mocniej i sunę nosem po jej szyi - Jesteś bardzo niegrzeczna.
- Wiem, chociaż nie powinnam - odchylam głowę i patrzę jej w oczy - No wiesz, rozmawiałam z lekarzem przed wyjściem ze szpitala. Dał mi instrukcje do przestrzegania. Musimy się wstrzymać z seksem.
- Domyśliłem się tego - przytulam się do jej piersi i zamykam oczy - Jeśli tak trzeba, damy sobie radę.
- I Ty to mówisz? Wow, jestem pod wrażeniem - odchylam głowę i mrużę oczy - No, co? Uwielbiasz seks.
- Prawda, ale Ciebie uwielbiam bardziej. Myślisz, że nie wytrzymam? - unoszę brew, Marisa zaciska usta i sunie opuszkiem palca po moim ramieniu - Zaskoczę Cię - chwytam ją w talii i idę na górę. Raz dwa pokonuję schody, wchodzę do naszej sypialni i układam ją na łóżku. Śmieje się, patrzy na mnie i układa stopę na moim torsie - Nadal jesteś niegrzeczna, zachowuj się - karcę ją i wystawiam palec na znak groźby.
- Kocham Cię - mówi cichutko i widzę to w jej prześlicznych oczach - Nie wierzyłam, że nam się uda.
- Ja też nie - wzdycham i układam się obok niej. Przytula się do mnie i opiera głowę na mojej piersi - Bardzo się cieszę, że Cię poznałem. Na początku byłem wkurzony, ale to przeszłość. Zakochałem się w Tobie.
- Awww - przekręca się i szybko układa na mnie - Więc usidliłam największego podrywacza w Nowym Jorku?
- Zdecydowanie, maleńka - poruszam brwiami i ściskam jej jędrny tyłek - Powinnaś dostać za to medal.


Popołudniu jedziemy z Marisą do adwokata. Pracuje dla naszej firmy i liczę na to, że doradzi mi coś sensowego w sprawie Anastasii. Nie mogę jej tego podarować, ponieważ przekroczyła wszelkie granice. Będzie mi przykro, jeśli przez to przyjaźń naszych ojców ucierpi, jednak nie mam innego wyjścia. Straciłem coś bardzo cennego, coś, co ledwo zdążyłem zaakceptować, a ona mnie tego pozbawiła.
- Witam was - Paul wita nas w drzwiach i gestem dłoni zaprasza do swojego gabinetu - Twój ojciec już do mnie dzwonił i wprowadził w szczegóły. Proszę, usiądźcie - kiwam głową i siadamy naprzeciwko jego biurka - No dobrze! Czego ode mnie oczekujecie? Mam złożyć pozew w sądzie? Ubiegać się o odszkodowanie?
- Szczerze? Nie mamy pojęcia - drapię w kark i spoglądam na Marsię, która schyla głowę - Przyszliśmy się poradzić, bo nie wiemy, co zrobić w takiej sytuacji. To nie był wypadek, mamy nagranie z hotelu.
- Sprawa jest poważna, ponieważ z powodu upadku straciliście dziecko. Założę sprawę, przedstawię dowody i poczekamy na pierwszą rozprawę. Wiem, że chcecie, aby ta osoba poniosła tego konsekwencje i zrobię wszystko, żeby tak się stało. Nie jestem przekonany czy sąd skaże ją na karę więzienia, ale wyrok w zawieszeniu uzyskamy na pewno. Plus do tego odszkodowanie za uszczerbek na zdrowiu i powalczymy o odbycie przez Anę prac publicznych - uśmiecha się, ale podoba mi się ten pomysł. Oby dostała w kość.

- Brzmi świetnie, podoba mi się. Nie jestem mściwym człowiekiem, ale ta sytuacja to już przegięcie.
- Zgadzam się. To było zamierzone działanie, nie przypadkowe, a to zmienia bardzo wiele. Najważniejsze, że mamy na to dowód w postaci nagrania z monitoringu. Miałeś głowę na karku, że o tym pomyślałeś, Justin.
- Wpadłem na to tuż przed wylotem z  Kuwejtu. Wedy wiedziałem, że chcę coś z tym zrobić, a każdy dowód się przyda. Liczę na to, że Ana zrozumie to, co zrobiła. Rozumiem jej złość, ale przeszła samą siebie.
- Czasami potrzeba do tego mocnego kopa, a dociera do nas rzeczywistość. Pokażemy jej ów rzeczywistość.
- Wiedziałem, że możemy na Ciebie liczyć - klepię go po ramieniu, ale Paul jest najlepszy i pracuje z naszą firmą od lat - Okej, my uciekamy. Informuj mnie na bieżąco - ściskamy sobie dłonie i opuszczamy jego biuro. Marisa jest cichutka, spokojna, przygnębiona i widok jej takiej bardzo mnie boli. Przeważnie jest uśmiechnięta i rozgadana - Hej! - przystaję przy samochodzie i wpadam na pewien pomysł - Pamiętasz, co obiecałem Ci przed wylotem do Kuwejtu? - patrzy na mnie zdziwiona i kręci przecząco głową - Paryż, Kotku - porusza brwiami, podchodzę i porywam ją w swoje ramiona. Na jej twarzy natychmiast pojawia się szeroki uśmiech. Tak, to jest to! Muszę odciągnąć jej myśli od ostatnich wydarzeń, a taki wyjazd na pewno jej w tym pomoże - Masz ochotę nadal tam polecieć? Jeśli tak, możemy to zrobić nawet jutro. Co Ty na to?
- Jestem "za". Od zawsze marzyłam, aby zwiedzić Paryż, a potrzebuję odpocząć od tego wszystkiego.
- Świetnie! Więc jeszcze dzisiaj zorganizuję naszą wycieczkę i spędzimy małe, romantyczne wakacje.
- Dziękuję, Justin. Jesteś naprawdę kochany i tak bardzo troszczysz się o mnie. Bardzo Cię kocham, wiesz?
- Wiem, a ja kocham Ciebie - pocieram nosem o jej i składam na jej ustach czułego całusa. Moja.





2.7.17

Rozdział 40


Marisa POV:

Budzę się i powoli uchylam powieki. Mrugam kilka razy, rozbudzam się i rozglądam. W pomieszczeniu jest biało i zrobiło się jasno za oknem. Jestem sama i próbuję przypomnieć sobie ostatnie wydarzenia. 
Jak przez mgłę pamiętam rozmowę z Aną, jej podłe słowa, że Justin na pewno nie zaakceptuje dziecka i na koniec to, co zrobiła. Naprawdę perfidnie mnie szturchnęła, czy może tylko mi się to przyśniło? Jak mogła to zrobić wiedząc, że jestem w ciąży? Och, ciąża! Gwałtownie odkrywam kołdrę, ale nic nie wygląda podejrzanie. Przykładam dłoń do brzucha, przesuwam po nim opuszkami palców i uśmiecham się. Koniecznie muszę zapytać lekarza, czy z dzieckiem wszystko dobrze. Mam nadzieję, że nie zaszkodziłam mu tym upadkiem.
- Kochanie - przekręcam głowę i patrzę na wchodzącego do pokoju Justina. Jest przygnębiony i ma lekko potargane włosy - Dlaczego nie śpisz? - przysiada obok i chwyta moją dłoń - Dopiero dziewiąta.
- Chyba nie chce mi się już spać. Byłeś tutaj przez cały czas? - przytakuje głową i dotyka mojego policzka.
- Tak, czuwałem przy Tobie. Właśnie wracam z baru, musiałem napić się kawy. Powiedz, jak się czujesz?
- Całkiem dobrze, tylko trochę boli mnie bark. Poza tym nie jest tak źle. Rozmawiałeś może z lekarzem?
- Bark jest stłuczony, dlatego może Cię boleć przez kilka dni. Poza tym nic poważnego Ci nie dolega, nie masz wstrząśnienia mózgu i jutro powinni Cię wypisać - schyla głowę, oddycha głęboko i coś mi tu nie gra.
- Dlaczego jesteś smutny, hmm? Naprawdę nic mi nie jest, wyzdrowieję. Czy lekarz badał dziecko?
- Tak - chrząka i zaciska usta. Mój oddech przyśpiesza, a jego zachowanie mnie niepokoi - Przykro mi, Kotku - och! Podnosi głowę i spotykam jego oczy. Żadne z nas nie wypowiada ani słowa, po prostu gapimy się na siebie, jakbyśmy chcieli porozumieć się bez słów. Moja warga zaczyna drżeć i powoli dociera do mnie fakt, że mojego dziecka już nie ma. Straciłam je - Proszę, nie płacz - Justin przytula mnie do siebie, kołysze na boki, a ja ściskam w dłoniach jego koszulkę i wylewam z siebie cały żal, smutek i stratę. Ledwo dotarło do mnie, że będę mamą, a już zostałam tego pozbawiona. Pogodziłam się z tą myślą, Justin się dowiedział, miało być pięknie, a teraz jest po wszystkim - Jestem przy Tobie. Wszystko będzie dobrze, obiecuję.
- D-dlaczego? - jąkam się przez płacz i cała się trzęsę - T-to był nasz dzidziuś - odchylam głowę i patrzę w jego smutne oczy. Wzdycha ciężko, odgarnia moje mokre od łez włosy i przykłada dłoń do mojego policzka.
- Wiem, maleńka. Przysięgam, że będziemy mieli jeszcze dziecko. Niestety upadek spowodował krwawienie i lekarzom nie udało się uratować dziecka - zaciskam usta i próbuję poukładać to sobie w głowie. Przecież to miało wyglądać zupełnie inaczej! Justin musiał to na spokojnie przemyśleć, pogodzić się z tym i zaakceptować. Mieliśmy stworzyć rodzinę i być szczęśliwi! - Poradzimy sobie z tym, we dwoje. Obiecuję - wtulam się w niego z całej siły, ale w tej chwili potrzebuję jego wsparcia jak nic innego.


Justin wmusza we mnie posiłek i bacznie obserwuje. Przełykam zupę, chociaż nie mam apetytu i marnie mi to idzie. Jestem skołowana, boli mnie głowa i brzuch. Marzę tylko o tym, aby być we własnym łóżku.
- Dzień dobry - do pokoju wchodzi młody lekarz i posyła mi lekki uśmiech. Bierze moją kartę, która jest przywieszona na ramie łóżka i skupiony przewraca kartki - Rozmawiała Pani z mężem? - przytakuję głową i przełykam gulę w gardle - Przykro mi, z powodu Państwa straty. Robiliśmy co w naszej mocy, niestety krwotok nam przeszkodził - mówi smutno i przysiada na brzegu łóżka - To niczego nie przesądza, Pani Mariso. To był nieszczęśliwy upadek, ale za kilka miesięcy ponownie mogą się Państwo postarać o dziecko - och! Nie jestem pewna, czy Justin będzie tego chciał. Biorąc pod uwagę to, jak zareagował na wieść o ciąży, wątpię, aby chciał mieć dzieci. Niby wspomniał, że będziemy je mieć, ale mam co do tego mieszane uczucia - Na razie proszę się oszczędzać, nie dźwigać ciężkich rzeczy i unikać gorących kąpieli. Przepiszę odpowiednie leki i jeśli będzie Pani odpoczywać, wszystko wróci do normy. Czy mają Państwo pytania?
- Chciałbym zabrać żonę do domu, kiedy będzie to możliwe? Wolałbym, żeby tam dochodziła do zdrowia.
- Zostawimy Panią jeszcze dzisiaj na obserwacji, jeśli wszystko będzie w porządku, rano Panią wypiszę.
- Świetnie, dziękuję Panie doktorze - Justin ściska dłoń lekarza, uśmiecha się i opuszcza pokój.
- Co teraz będzie? - pytam smutno i schylam głowę - Czuję się dziwnie z myślą, że już nie jestem w ciąży.
- Wiem, aniołku. Sam nie wiem, co mam Ci powiedzieć. Czuję się podle - wzdycha ciężko, przeczesuje włosy i schyla głowę. Wygląda na przygnębionego - Mogę jedynie przeprosić za swoje szczeniackie zachowanie, jest mi potwornie wstyd, bo to, co zrobiłem było nieodpowiedzialne. 
Byłem po prostu w szoku, ponieważ za cholerę nie spodziewałem się czegoś takiego. Oczywiście nic mnie nie usprawiedliwia i powinienem był z Tobą na spokojnie porozmawiać, a nie wychodzić i zostawiać Cię samą. Szukałaś mnie i poniekąd to moja wina, że spadłaś ze schodów - co takiego? Nie! - Gdybym został, nic by się nie wydarzyło, nadal byłabyś w ciąży. Jestem skończonym idiotą, Marisa. Nawaliłem i mam o to do siebie ogromny żal. To moja wina.
- Nie pozwalam Ci tak mówić! - mówię ostro, Justin unosi głowę i patrzy na mnie zaskoczony - Nie możesz brać winy na siebie, bo to nie jest sprawiedliwe. Owszem, Twoje zachowanie mnie rozczarowało, ale ja również mam swoje za uszami. Powinnam była powiedzieć Ci od razu, a nie trzymać to w sobie. Kto wie? Może wtedy Twoja reakcja byłaby łagodniejsza? - wzruszam ramionami, Justin uchyla usta, aby coś powiedzieć, ale przykładam do nich palec - Oboje ponosimy za to odpowiedzialność, Justin, ale jest już na wszystko za późno. To dla nas nauczka na przyszłość. Obyśmy już nigdy nie popełnili takiego błędu.
- Chodź do mnie - rozchyla ramiona, wtulam się w jego ciało i zamykam oczy - Jesteś niesamowitą kobietą, Skarbie. Mam ogromne szczęście, że Cię mam. Wybacz mi proszę, już nigdy nie zachowam się jak dzieciak. Powiedz mi, jak do tego doszło. Co się wydarzyło? Dlaczego spadłaś z tych schodów? Poślizgnęłaś się?
- Nie - chrząkam, odchylam się od niego i bawię rąbkiem kołdry. Zastanawiam się, czy powiedzieć mu prawdę o Anie, czy może skłamać. Tylko czy kłamstwo cokolwiek zmieni? Właśnie nauczyłam się, że ma krótkie nogi i nigdy więcej nie chcę przed nim nic ukrywać. Ma prawo wiedzieć o wszystkim - Właściwie spadłam, ponieważ Ana szturchnęła mnie ramieniem. Przez to straciłam równowagę i upadłam - w pokoju zapada cisza. Niepewnie unoszę głowę i patrzę mu w oczy. Są wielkie jak spodki, przerażone i wściekłe.
- C-chcesz mi przez to powiedzieć, że to Anastasia przyczyniła się do Twojego upadku? Zrobiła to świadomie?
- Niestety tak. Zaczęła mówić jakieś bzdury, że nigdy nie zaakceptujesz naszego dziecka, bo nie jesteś takim typem człowieka. Dodała również, że nadchodzi jej szansa i zapewne mnie zostawisz. A potem wyprzedziła mnie na schodach, szturchnęła ramieniem i resztę już znasz. Ona tak bardzo mnie nienawidzi.
- Ja pierdole - szepcze cicho, przeciera twarz rękami i zaciska szczękę - Wiedziała, że jesteś w ciąży!

- Skarbie... - zaczynam, jednak nie kończę. Zrywa się na równe nogi, otwiera drzwi i wychodzi z pokoju.



Justin POV:
Idę wzdłuż korytarza, opuszczam oddział i wchodzę do głównej poczekalni. Dostrzegam Christinę, Anę,
Sergio i Roberta. Siedzą po oknem, piją kawę i rozmawiają. Płonę ze złości i boję się, że uduszę tę dziwkę gołymi rękoma! To, co zrobiła nie mieści mi się w głowie. Nie pojmuję, że posunęła się tak daleko!
- Justin? - pierwsza dostrzega mnie Christina. Podnosi się i staje przede mną - Jak czuje się Marisa?
- Poroniła! - syczę przez zęby i ledwo już nad sobą panuję - Przez Ciebie, suko! - wskazuję palcem na Anę, która uchyla usta i patrzy na mnie przerażona - Naprawdę myślałaś, że to się nie wyda? - prycham z kpiną i mam ochotę ukręcić jej kark! - Jesteś dla mnie nikim! Możesz mieć pewność, że na pewno tak tego nie zostawię. Z premedytacją zepchnęłaś Marisę ze schodów wiedząc, że jest w ciąży! Jesteś nienormalna!
- Co takiego? O czym Ty mówisz, Justin? Nic nie zrobiłam! Szłam obok niej i nagle spadła! Nie dotknęłam jej!
- Poważnie?! Moja żona ma na ten temat inne zdanie i tak się składa, że to akurat jej wierzę, nie Tobie!
- To chyba oczywiste! Dlaczego miałbyś uwierzyć w moje słowa, huh? W końcu jest Twoją żoną, idioto!
- Co Ty masz kurwa w tej swojej chorej głowie, dziewczyno? Zdajesz sobie sprawę, z tego, co zrobiłaś?

- Wiesz, dlaczego to zrobiłam? - zrywa się na równe nogi, staje przede mną i dumna unosi brodę. Muszę zwinąć dłonie w pięści, aby jej nie przypierdolić. Nigdy nie uderzyłem kobiety, jednak Ana sobie na to zasłużyła - Bo zniszczyłeś mi życie! Rzuciłeś mnie, jakbym była zepsutą zabawką! Pokazałeś mojemu ojcu film, który sam nakręciłeś i obiecałeś, że nigdy nie ujrzy światła dziennego! Myślisz, że to mnie nie zabolało? - mruży oczy i wciska palec w moją pierś - Mylisz się. Poniosłam konsekwencje i jest to Twoją winą. Czułam się z tym potwornie i teraz możesz postawić się na moim miejscu. Jakie to uczucie? Nic fajnego, prawda?
- Pierdol się! Powinnaś się leczyć, jesteś chora! Naprawdę to jest Twoja zemsta? Zabiłaś moje dziecko!
- Nie udawaj, że tak bardzo Ci na nim zależało. Wczoraj uciekłeś jak tchórz, kiedy Ci o tym powiedziałam.
- Nie dociera do Ciebie nic z tego, co mówię. Oszczędzę sobie. Jutro rano wracamy do Nowego Jorku i przygotuj się na to, że złożę doniesienie na policję - Ana jest zszokowana i patrzy na mnie, jakby nie dowierzała - Zrobiłaś coś bardzo złego i zostaniesz za to ukarana. Nigdy Ci tego nie wybaczę, jesteś dla mnie skończona - odwracam się na pięcie, czuję spojrzenia innych ludzi, ale mam to w dupie! Jestem wściekły, załamany, rozgoryczony i chciałbym, żeby to był tylko popieprzony sen. Nie wierzę, że Ana była do tego zdolna, a co najgorsze, zrobiła to z premedytacją. Spodziewałbym się wszystkiego, ale nie czegoś tak podłego - Niech to szlag - szepczę pod nosem, wychodzę na ogromny taras i opieram dłonie na barierce.
Schylam głowę, zamykam oczy i pozwalam sobie na chwilę słabości. Wszystko przemyślałem, zaakceptowałem fakt, że zostanę ojcem, ale nie dane było mi zbyt długo się tym cieszyć. Gdybym nie był takim szczeniakiem, gdybym został z Marisą i z nią porozmawiał, ta sytuacja nie miałaby miejsca. Nadal byłaby w ciąży. Nawet nie wiem, czy chciała tego dziecka, czy się bała. Mam do siebie ogromny żal, bo moje zachowanie było nieodpowiednie. Zostawiłem ją z tym samą, a moim obowiązkiem jest wspieranie jej.


Po kilku minutach uspokajam się i wracam do Marisy. Leży w łóżku okryta po samą szyję i spogląda w okno. Wygląda na zmęczoną i ma podpuchnięte oczy. Sporo przeszła i muszę się nią zaopiekować. Nie jestem pewny, jak powinienem się teraz zachować. Straciliśmy dziecko i czuję w sercu coś dziwnego.
- Hej - podchodzę do łóżka, siadam na krzesełku i wpatruję się w jej oczy. Uśmiech się lekko, bierze moją dłoń i głaszcze wierzch. To niesamowite, że po tym, co się stało ona nawet nie jest na mnie zła. Powinna walnąć mi gadkę, strzelić w pysk i obrazić się na kilka dni. Jest naprawdę cudowną kobietą - Jak się masz?

- Bywało lepiej, ale nie jest źle, dam radę. Mam nadzieję, że nie zrobiłeś nic głupiego? Gdzie byłeś?
- Musiałem porozmawiać z Aną, nie zawracaj sobie tym głowy. Musisz odpoczywać, ja zajmę się całą resztą.

- Całą resztą? Co masz przez to na myśli? - patrzy na mnie podejrzanie i mruży oczy - Proszę, powiedz mi.
- Nie ma wątpliwości, że Ana musi ponieść karę za to, co zrobiła. Nie mogę jej tego podarować, bo zrobiła coś niewyobrażalnego. Nie wiem, co ona ma w głowie, skoro posunęła się do zabicia naszego dziecka. Ono nie zawiniło, dlatego zrobię wszystko, aby boleśnie to do niej dotarło. Roger zbyt długo na nią chuchał, a ona robiła to, na co miała ochotę. Koniec tego pierdolenia. Musi wziąć odpowiedzialność za swoje czyny.
- Nie rozumiem, dlaczego chciała zemścić się akurat w tak okrutny sposób. Może i jest na Ciebie zła, może ma nawet do tego prawo, ale ona z premedytacją zepchnęła mnie ze schodów. Chciała, żebym poroniła.

- Zapewne. To śmieszne, bo dawniej sądziłem, że jest dobrym człowiekiem. Swojego czasu spotykaliśmy się dość często, dobrze ją poznałem i nigdy nie była agresywna, mściwa, wręcz przeciwnie, była urocza, słodka i zabawna. Nie wierzę, że tak bardzo się zmieniła - zaciskam szczękę i bardzo próbuję się uspokoić.
- Proszę, nie denerwuj się - Marisa dotyka mojego policzka i przesuwa po nim opuszkami palców. Przygląda mi się uważnie i doskonale widzę, jak bardzo jest przygnębiona. Między nami ostatnio było nieco zawirowań, potem wszystko jakoś się poukładało, a teraz ponownie sytuacja jest napięta. Czy my kiedyś zaznamy odrobinę pieprzonego spokoju? Czy tak wiele wymagam? - Dlaczego mnie zostawiłeś? - pyta smutno, a moje serce zaciska niewidzialna pięść - Wyszedłeś tak nagle, olałeś mnie, a ja tak bardzo się o Ciebie martwiłam.

- Wybacz, byłem wkurzony i musiałem to sobie na spokojnie przemyśleć - patrzę jej w oczy, a poczucie winy uderza we mnie z siłą rozpędzonej ciężarówki. Jestem kurwa takim debilem! - Wiem, że spieprzyłem sprawę. Czasami zachowuję się jak dzieciak, wybucham i zostawiam problemy na później. Powinienem był zostać z Tobą, porozmawiać, ale jak zawsze musiałem to schrzanić - przecieram twarz dłonią i nigdy sobie tego nie wybaczę - Byłem zaskoczony, kiedy Ana mi to powiedziała. Powinnaś była powiedzieć mi natychmiast, jak tylko dowiedziałaś się o ciąży, wiesz? Okłamałaś mnie, Marisa. Nigdy więcej tego nie rób.
- Przepraszam. Chciałam Ci powiedzieć, ale bardzo się bałam. Czułam, że dziecko w tym momencie to fatalny pomysł. Sama byłam zaskoczona, kiedy lekarz mnie o tym poinformował i nie wiedziałam, jak mam sobie z tym poradzić. Potrzebowałam czasu, aby samej się z tym pogodzić. Mimo wszystko czułam się coraz gorzej i chciałam powiedzieć Ci wczoraj, kiedy wróciłam z obiadu. Niestety Ana mnie uprzedziła.
- Nie powinna wpieprzać się w nie swoje sprawy. Szkoda, że nie dowiedziałem się tego od własnej żony, a od dziewczyny, którą kiedyś pieprzyłem - prycham ze złością i co dziwne, po moim ciele roznosi się złość. Nie chcę się na niej wyżywać, chociaż również zawiniła - Nie rozmawiajmy o tym teraz, dobrze? Musisz odpoczywać, spróbuj się przespać - posyłam jej lekki uśmiech, całuję w czoło i okrywam kołdrą.

Następnego dnia lekarz bada Marisę i pozwala jej opuścić szpital. Cieszę się i organizuję powrotny lot do Nowego Jorku. Dowiedziałem się od Christiny, że Ana poleciała już w nocy, ale to lepiej. Ani ja, ani Marisa nie będziemy musieli oglądam jej twarzy w samolocie. To na pewno nie wpłynęłoby dobrze na moją żonę. Chcę jej oszczędzić stresu i trzymać ją z dala od Any. Nie chcę mieć z tą wariatką do czynienia.
- Ostrożnie - pomagam Marisie usiąść na wygodnym fotelu w samolocie i okrywam ją ciepłym kocem.
- Jest w porządku, nie martw się - uśmiecha się lekko i odrobinkę krzywi - Tylko trochę boli mnie brzuch, ale lekarz powiedział, że to normalne - siadam obok niej i przytulam do siebie. Nie chcę, żeby się zadręczała, chociaż czuję, że to nie będzie proste - To wszystko jest takie dziwne. Byłam w ciąży, a nawet o tym nie wiedziałam. Kiedy się z tym pogodziłam, dowiedziałeś się i... nagle naszego dziecka już nie ma. To smutne.
- Wiem. Mam nadzieję, że wszystko się jakoś ułoży. Dojdziesz do siebie, wrócisz na studia, a na kolejne dziecko przyjdzie odpowiednia pora. Mamy na to jeszcze czas, Kochanie. Jesteś jeszcze bardzo młoda.
- Mówisz tak, bo naprawdę chcesz mieć dziecko? Czy może mówisz to, co po prostu wypada powiedzieć?
- N-nie wiem - jąkam się i nerwowo drapię w kark - Po prostu muszę być gotowy na dziecko, aniołku. To nie jest taka prosta sprawa, to nowe życie za które będziemy odpowiedzialni. Musimy być tego pewni.
- Na wieść o ciąży zareagowałeś fatalnie, więc myślę, że raczej szybko dzieci mieć nie będziemy. Prawda?
- Dajmy sobie trochę czasu, dobrze? - odgarniam jej włosy i całuję w czoło - Teraz musisz dojść do siebie.
- Nie martw się, nie jestem umierająca po prostu straciłam dziecko. Za parę dni wszystko wróci do normy.
- Nie złość się, proszę - przytulam ją do siebie, a mój brzuch dziwne się kurczy - Przepraszam, że nawaliłem.
- Daj spokój, chyba nawet nie powinnam być zaskoczona - unosi głowę i pociera nosem o mój - To cały Ty!
- Tsa! Wybuchowy, narwany i w dodatku szczeniak! Muszę się jeszcze sporo nauczyć, pohamować złość w pewnych sytuacjach i po prostu się opanować. Jesteś moją żoną, powinienem Cię wspierać, a nie rzucać fochami na prawo i lewo. Jestem dorosły i najwyższa pora zdać sobie z tego sprawę. Prawda, Skarbie?
- Nie mogę się doczekać, kiedy pokażesz mi jak bardzo jesteś dorosły - porusza brwiami, a ja mrużę oczy. Nabija się ze mnie?! - Powiesz mi, o czym myślałeś na polu naftowym? Chciałeś odejść? Zrozumiałabym to.
- Odejść? Zwariowałaś? - patrzę na nią zaskoczony, ale nie spodziewałem się, że mogła pomyśleć o czymś takim! - Nawet mi to przez głowę nie przeszło, Marisa. Owszem, wściekłem się na siebie, bo zaufałem tym tabletkom, ale nie chciałem odchodzić. Chciałem wziąć to na swoje barki i przetłumaczyłem sobie, że to normalna sprawa, kiedy dwójka ludzi, która jest małżeństwem mają dziecko. Nigdy nie miałem do czynienia z maluchami, oprócz siostry oczywiście - mrugam rozbawiony, a Marisa nareszcie się uśmiecha.
- Wiesz, że byłbyś wspaniałym ojcem? - mówi czule, a ja uchylam usta. Potwornie mnie tym zaskoczyła! - Jesteś dobrym, czułym i troskliwym człowiekiem. Opiekujesz się mną, dbasz, aby niczego mi nie zabrakło. Wierzę z całego serca, że pokochałbyś naszego dzidziusia. Mimo, że już go z nami nie ma, na zawsze pozostajesz jego ojcem - przełykam ślinę, a w moich oczach pojawiają się łzy - Nigdy o tym nie zapominaj.
- Nie zapomnę, aniołku - chowam ją w swoich ramionach, zamykam oczy i czuję łzę na policzku.
Dopiero teraz dociera do mnie, że straciliśmy dziecko. Małego człowieka, które było częścią nas obojga.

Lot mija spokojnie. Marisa przesypia większą część podróży, ale to lepiej. Teraz musi sporo odpoczywać i mam zamiar osobiście tego dopilnować. Zapewne będziemy musieli powiedzieć rodzicom prawdę. Samopoczucie Marisy da się jeszcze jakoś wytłumaczyć, jednak moje działanie względem Any już nie. W końcu nasi ojcowie to przyjaciele i tak czy siak sprawa się wyda. Jak zareaguje na to mój ojciec? Czy przyjaźń z Rogerem zawiśnie na włosku? Nie chcę niczego między nimi psuć, ale nie mam innego wyjścia. 
- Justin! - Marisa piszczy głośno, kiedy biorę ją na ręce i wnoszę do domu - Przecież mam nogi, tak?
- Wiem, ale chciałem to zrobić - uśmiecham się i ostrożnie układam ją na kanapie w salonie - Jak się masz?
- Dobrze. Jestem trochę głodna, muszę wziąć leki przepisane przez lekarza i zadzwonić do rodziców.

- Powiemy im prawdę? - pytam cicho i przysiadam obok niej. Niepewnie przytakuje głową i bawi się palcami.
- Nie chcę ich okłamywać, w końcu to moi rodzice. Chociaż czuję, że mama wpadnie w histerię. Cała ona.

- To Twoja mama, ma prawo. Uspokój ją i zapewnij, że wszystko będzie dobrze. Bo będzie, prawda?
- Taką mam nadzieję - unosi głowę i patrzy na mnie smutno - Wierzę, że wszystko ponownie się poukłada.
- Zrobię wszystko, aby tak było - przytula się do mojego ramienia i splata palce z moimi. Po jej słowach w samolocie wciąż nie mogę dojść do siebie. Dziwnie mną wstrząsnęły i z pełną świadomością czuję w sercu smutek z powodu tego, co się stało - Teraz musisz wrócić do zdrowia. 
Będę przy Tobie przez cały czas, zaopiekuję się Tobą. Jesteś moją żoną, kocham Cię i nie pozwolę, aby kiedykolwiek stała Ci się krzywda. 
- C-co powiedziałeś? - gapi się na mnie, jakby wyrosła mi druga głowa. Marszczę brwi, ale nie bardzo wiem, co ma na myśli. Co takiego palnąłem? - K-kochasz mnie? - och! Naprawdę powiedziałem to na głos?








Obserwatorzy

Template made by Robyn Gleams