16.7.17

Epilog

                                                     Trzy lata później


Justin POV:
Wpadam do firmy za dwadzieścia dziewiąta. Wjeżdżam na górę i nerwowo spoglądam na zegarek. Szlag!
- Kurwa, nie jest dobrze - szepczę do siebie i kręcę głową. Właśnie odbywa się zebranie zarządu, a ja jestem na nie spóźniony. Doskonale wiem, że ojciec będzie na mnie wkurzony, ale co poradzić? To nie moja wina, że Marisa uwiodła mnie pod prysznicem i nie mogłem oderwać się od jej kuszącego ciała. Wciąż czuję jej dotyk, usta, smak. Jestem rozdygotany w środku i chyba jeszcze nie doszedłem do siebie po kurewsko dobrym orgazmie, który mi zafundowała - Ogarnij się, stary. Błagam! - szepczę do siebie w momencie, w którym drzwi windy nareszcie się otwierają. Biegnę przez korytarz, wpadam do biura i odkładam torbę na fotel. Szybko biorę do ręki przygotowane papiery i idę w stronę sali konferencyjnej. Ojciec mnie zabije!
- Panie Justinie! - zatrzymuje mnie głos mojej sekretarki - Wszyscy na Pana czekają! Są odrobinę wkurzeni.
- Wiem, wytłumaczę się - mrugam do niej okiem, poprawiam krawat i pewnie wchodzę do środka. Kiedy tylko ojciec mnie widzi, przewraca oczami - Przepraszam. Moja żona nie czuła rano najlepiej i musiałem się nią zaopiekować - siadam na fotelu i czuję na sobie palący wzrok ojca. Wcale nie czuję się źle z myślą, iż używam mojej cudownej żony jako wymówki - Obiecuję, że to się więcej nie powtórzy. Zaczynamy?
- Tak, jesteśmy w komplecie - Hugo uśmiecha się do mnie, bierze pilot i włącza telewizor. Nieźle poszło!


Spotkanie przebiega bez problemów i na szczęście dość szybko. Czeka mnie dzisiaj jeszcze jedno, z ważnym klientem, który złożył ogromne zamówienie. Dzięki niemu na naszym koncie przybędzie ogromna liczba zer, co bardzo mnie cieszy. Moje początki w firmie nie były kolorowe, jednak po ślubie z Marisą wszystko wskoczyło na swoje tory. Oczywiście musieliśmy się dotrzeć, poznać i przyzwyczaić do siebie, jednak teraz nie widzę poza nią świata. Z czystym sumieniem mogę przyznać, że moja żona jest najlepszym, co mnie w życiu spotkało. Kochałem ją bezwarunkowo i nie wyobrażałem sobie bez niej nawet jednego dnia. Nigdy nie sądziłem, że małżeństwo z przymusu może się udać, a jednak! Jakimś cudem daliśmy sobie z tym radę i obdarzyliśmy się mocnym uczuciem. Byłem dzięki niej szczęśliwy, spełniony i ona również zapewniała mnie o tym, że jestem jej całym życiem. Wiedziałem o tym, czułem to. Jej miłość dodawała mi skrzydeł, poweru do działania i wreszcie byłem w odpowiednim miejscu, z odpowiednią kobietą. Wyszalałem się za młodu, ale przyszedł czas na ustatkowanie się. Kilka dni temu obchodziłem dwudzieste siódme urodziny i przez chwilę myślałem, jak wiele się zmieniło. To były niesamowicie dobre zmiany i byłem wdzięczny, że tak potoczyło się moje życie. Brałem je garściami i dawałem z siebie wszystko. Byłem cholernym szczęściarzem!

Piję kawę i przeglądam informacje branżowe. Skupiam na nich uwagę, kiedy do mojego biura wchodzi Mia, moja sekretarka. Mimo swoich zaledwie dwudziestu czterech lat, jest bardzo zdolna i całkowicie jej ufam. Pracuje ze mną odkąd wylałem Anę i ani raz mnie nie zawiodła. Wracając do mojej "byłej" przyjaciółki. Za to, co zrobiła mnie, Marisie i naszemu dziecku, Ana zapłaciła dość wysoką cenę. Nasz adwokat jest najlepszy i wywalczył to, o co nam chodziło. Ana odsiedziała pół roku w więzieniu dla kobiet, zapłaciła sto tysięcy dolarów odszkodowania, które wspólnie z Marisą przeznaczyliśmy na domy dziecka, oraz przepracowała rok w domu spokojnej starości. Chciałem ją ukarać, utrzeć nosa i pokazać, jak życie potrafi być ciężkie. Żyła w swojej bańce, bogata, rozpieszczana, na wysokiej pozycji. Wszystko dzięki swojemu tatusiowi, który był zapatrzony w nią jak w obrazek. Poniekąd to rozumiałem, bo była jego jedynym dzieckiem, jednak przez to strasznie ją rozpieścił. Ana musiała przekonać się na własnej skórze, że konsekwencje złych czynów dosięgną nawet jej, bez względu na bogatego i dobrze ustawionego ojca. Nie widziałem jej od tego fatalnego dnia w Kuwejcie, kiedy zepchnęła Marisę ze schodów. Ojciec kilka razy wspominał, że Roger miał do mnie ogromny żal i nie wybaczył mi tego, co zrobiłem jego córce. Szkoda, że nie przyjął do wiadomości tego, co jego córka zrobiła nam, ale nie obchodził mnie ten człowiek. Miałem w nosie i jego, i Anę. Oboje byli dla mnie skończeni, a tata napomknął nawet, że Ana bardzo źle zniosła swoją karę. Cóż, wcale nie było mi przykro i liczyłem na to, że wreszcie dotrze do niej rzeczywistość. Najwyższy czas.
Luna również zniknęła i nie widziałem jej od bardzo dawna. Pewnego dnia napisała mi e-maila i wyznała, że bardzo jej przykro z powodu mojego dziecka. Nie wierzyłem w jej szczerość, ale miałem go gdzieś.
- Panie Justinie, klient już czeka - Mia uśmiecha się lekko i wręcza mi przygotowane papiery - Coś jeszcze?
- Nie, dziękuję. To tyle - kiwa głową, wychodzi i ja również podnoszę się z fotela. Zakładam marynarkę, zapinam guziki i wyciszam telefon - Do dzieła, stary! - mobilizuję sam siebie i ponownie zjawiam się w sali konferencyjnej. Towarzyszy mi Hugo, nasz prawnik oraz prawnik klienta. To normalna procedura przy podpisywaniu ważnych umów - Witam, Panie Carter - ściskamy sobie dłonie i zajmujemy miejsca - No dobrze. Czy przed podpisaniem umowy ma Pan jakieś pytania? Jeśli tak, udzielę odpowiedzi na wszystkie.
- Cóż, właściwie nie mam. Wszystko zostało jasno przedstawione i warunki jak najbardziej mi odpowiadają.
- Cieszę się. Paul, nasz prawnik przedstawi Panu umowę - odbiera białą teczkę, otwiera ją i analizuje razem ze swoim prawnikiem. Niepewnie spoglądam na Hugo, który mruga okiem i jest całkowicie wyluzowany. Pracuję z Carterem od trzech miesięcy. To nie były łatwe negocjacje, każdy z nas walczył o jak najlepsze warunki, jednak w końcu udało nam się dojść do porozumienia. Złożył zamówienie za ogromną sumkę.
- Punkt trzeci, druga strona - marszczę brwi i sam zaglądam w umowę - Odbiór ropy za dwa miesiące?
- To standardowy czas oczekiwania w naszej firmie. Trzeba przygotować transport, a do Australii jest kawał drogi, Panie Carter. Czy to jest problem? - chrząkam zestresowany, bo nie spodziewałem się problemów.
- Nie, skąd. Po prostu sądziłem, że towar zostanie wysłany natychmiast. Nic nie szkodzi, poczekam.
- Cieszę się - posyłam mu lekki uśmiech, ponownie skupiają uwagę na umowie, a ja przewracam oczami. Nie ukrywam, zależy mi na tym kliencie i ojcu również. Zamówienie jest potężne i tylko głupiec nie cieszyłby się z takiego zarobku. Na szczęście Carter mnie lubi, a to duży plus - Czy coś jeszcze Pana niepokoi?
- Nie, wszystko jest w porządku - jego prawnik przytakuje głową i podsuwa umowę do podpisania. Carter macha podpis i gotowe! - Robienie z Panem interesów to czysta przyjemność - ściska moją dłoń i klepie po ramieniu - Nie byłem zbyt ufny, kiedy Pana ojciec polecił mi właśnie Pana, a tu proszę! Młody człowiek, znający się na swojej pracy i ustalający świetne warunki. Zapewniam, to nie jest nasz ostatni interes.
- Dziękuję, doceniam to - podnoszę się, Hugo odprowadza ich do drzwi i wraca do mnie - I co myślisz?
- Sukces, stary! - przytula mnie po męsku i uderza w plecy. Auć! - Powinniśmy to uczcić. Szampan?
- Szampan? - unoszę brew i spoglądam na zegarek - Dochodzi południe, a Ty już chcesz świętować?
- To świetny interes i aż żal byłoby go nie opić! Jestem pewny, że Twój ojciec podzieli moje zdanie.
- A co na to Twoja żona, hmm? - biorę papiery, opuszczamy salę i idziemy do mojego biura. Jenna i Hugo wzięli ślub dwa lata temu i są wręcz nierozłączni - Chyba nie lubi, kiedy wracasz do domu na haju, co?
- Mówisz tak, jakbym miał zamiar wypić cały bar, przyjacielu! Miałem na myśli lampkę szampana, okej?
- Okej, okej, nie denerwuj się - kręcę głową, śmieję się z niego i otwieram drzwi mojego biura. Jednak w tym momencie rozlega się wibracja w moim telefonie, wyjmuję go z kieszeni, a na wyświetlaczu ukazuje się zdjęcie mojej siostry - Meggie? Co tam, mała?  - przepuszczam Hugo, ale przystaję w połowie kroku, kiedy dociera do mnie to, co mówi siostra - Ale jak to?! Nic z tego nie rozumiem! - krzyczę spanikowany, Hugo marszczy czoło i patrzy na mnie zaciekawiony - Oczywiście! Zaraz będę - kończę połączenie, wpatruję się w telefon i czuję lekkie zdezorientowanie - Muszę jechać, stary! Powiedz ojcu, że do niego zadzwonię!
- Justin! - krzyczy za mną, ale ja już biegnę przez korytarz i nie czekając na windę, zbiegam ze schodów.


Na miejscu jestem prawie czterdzieści minut później. Płonę ze złości, bo przeklęte korki skutecznie mnie przetrzymały. Miałem ochotę pobiec, ale niestety to zbyt duża odległość i zapewne dotarcie na miejsce zajęłoby mi całą wieczność! Parkuję niedbale, nie zwracając najmniejszej uwagi na to, że zajmuję dwa miejsca parkingowe, zamykam samochód i rzucam się biegiem. Wchodzę do budynku i według sms'a, którego przysłała mi Meggie, jadę na siódme piętro. Kiedy tylko wysiadam z windy, dostrzegam siostrę, która siedzi na krzesełku i nerwowo podryguje nogą. Podchodzę do niej, podnosi się i przytula do mnie mocno.
- Co się stało, do cholery?! - mówię nieco głośniej niż zamierzałem i odklejam od siebie siostrę - Powiesz mi?
- B-byłam przerażona - jąka się i ociera łzę - Byłyśmy z Marisą na zakupach, tak? Umówiłyśmy się pod galerią i wszystko było w porządku. Uśmiechała się, była radosna i czuła się świetnie! Aż nagle zbladła jak ściana i p-powiedziała, że... - zacina się, jeszcze chwila, a moje nerwy dadzą o sobie znać i wybuchnę jak pieprzony wulkan! - Czuje skurcze - kurwa mać! - Zanim tutaj dojechałyśmy, prawie urodziła w samochodzie!
- Co takiego?! - chwytam się za głowę i gapię na siostrę z niedowierzaniem - Gdzie ona teraz jest?
- Dzień dobry! - jak na zawołanie rozlega się damski głos i gwałtownie odwracam się za siebie - Pan jest?
- Mężem Marisy, właśnie zadzwoniła do mnie siostra i powiedziała, co się stało. Gdzie jest moja żona?
- Cóż, akcja porodowa poszła bardzo do przodu. Pana żona ma całkowicie rozwarcie i właśnie trwa poród.
- Jak to trwa poród?! Przecież miałem z nią być, do cholery! - drę się, ale ledwo już na sobą panuję!
- Więc na co Pan czeka? - przewraca oczami i kiwa głową, abym za nią poszedł. Cmokam siostrę w policzek i idę za niską kobietą. Moje serce bije w szalonym tempie i sam nie wiem, co czuję. Ekscytację, że wreszcie zobaczę swoje dziecko? Strach, bo nie wiem, czego się spodziewać? - Proszę - wracam na ziemię, kiedy kobieta wciska w moją dłoń zielony fartuch i otwiera drzwi. Kiedy tylko wchodzę do środka, nogi się pode mną uginają. Na wysokim łóżku leży Marisa. Ma szeroko rozchylone uda, jest spocona, zmęczona i zapłakana. Kurwa! Przysięgam, ten widok mnie wręcz szokuje! - Proszę stanąć obok i wziąć żonę za rękę.
- Justin - słyszę jej słabiutki głos, zmuszam nogi do ruchu i ściskam jej dłoń - Jestem wykończona.
- Wiem, Kotku, wiem. Proszę, bądź dzielna - odsuwam jej mokre od potu włosy i patrzę w oczy. Dyszy ciężko i nagle jej ciało napina się jak struna. Czuję, jak wbija palce w moją skórę, prze z całych sił i krzyk ucieka z jej ust. Jasna cholera, nie byłem gotowy na coś takiego! Owszem, oboje podjęliśmy decyzję, że będę przy niej, jednak ten widok łamie moje serce - Świetnie Ci idzie, maleńka. Jeszcze trochę, dasz radę.
- Mariso, skup się - kobieta, która przyszła po mnie spogląda na nią i posyła jej lekki uśmiech - Jeszcze dwa razy i wasze dziecko będzie na świecie, tylko musisz wykrzesać z siebie wszystkie siły. Poradzisz sobie.
- Jestem taka zmęczona - oddycha głęboko, biorę mały ręcznik, który leży obok i ocieram jej czoło - To tak kurewsko boli - ponownie się napina i krzyczy, aż mam ochotę zasłonić sobie uszy. Nie mogę patrzeć na jej cierpienie i najchętniej wziąłbym ten cały ból na siebie. Wiem, że stękam nawet wtedy, kiedy dopada mnie katar i nie wyobrażam sobie tego, jak to potwornie musi boleć, ale zrobiłbym dla niej wszystko! Byle tylko nie musiała tak cierpieć - Kurwa! - klnie siarczyście i opada na poduszkę - Niech to się już skończy, błagam!
- Już się kończy, Mariso. Widzę główkę, jeszcze chwila i będziesz mogła odpocząć, Kochanie. No dalej!
- Ostatni raz, pomogę Ci - marszczy brwi, ściskam jej dłoń i podsuwam dłoń pod kark. Unosi się lekko, skurcz ponownie ją dopada, ale tym razem idzie jej zdecydowanie lepiej. Prze z całej siły i jak na zawołanie po sali roznosi się odgłos płaczu. Odkładam Marisę na poduszkę, łapczywie chwyta oddech, a płacz się nasila. Moje serce zaciska się na ten dźwięk i chociaż to głupie... sam mam ochotę się rozpłakać - Brawo, Kotku. Dobra robota - uśmiecham się jak debil, pochylam i całuję ją w czoło - Jestem z Ciebie bardzo dumny.
- Proszę, wasza córeczka. Gratulacje - kobieta układa małe ciałko na piersiach Marisy i płacz nagle ustaje.
- O, boże - Marisa układa dłoń na jej pleckach i głaszcze czule - Nie wierzę, że już jest z nami.
- Ja też - połykam łzy i przyglądam się małej. Dotykam jej główki, a moja dłoń nakrywa ją praktycznie w całości. Jest tak mała, krucha, delikatna. Ma otwarte oczka, chociaż wygląda tak, jakby zupełnie nie ogarniała sytuacji. Nie dziwię się jej. Siedziała sobie w brzuchu, w cieple, aż nagle ktoś wytargał ją na świat. Nie zazdroszczę, bo sam wściekam się, kiedy ktoś wybudza mnie z przyjemnej, popołudniowej drzemki - Hej, córeczko - grucham do niej, marszczy brewki i rozchyla usteczka - Jesteś idealna, Kruszyno.
- Justin - Marisa szepcze, spoglądam na nią i widzę łzy na jej policzkach oraz lekki, zmęczony uśmiech.
- No dobrze, na razie muszę zabrać małą na badania. Proszę się nie martwić, niebawem dostaną ją państwo z powrotem - lekarka mruga do nas okiem, zabiera małą i opuszcza pokój. Nareszcie jest po wszystkim.


Prawie pół godziny później Marisa zostaje przewieziona na salę poporodową. Oczywiście nie byłbym sobą, gdybym nie opłacił prywatnego, wypasionego szpitala. Moja żona oraz córka zasługują na wszystko, co najlepsze i mam zamiar im to dać. Przecież są całym moim światem, nie może być inaczej.
- To znowu ja - do pokoju wchodzi dobrze znana mi doktor i wręcz mi moją maleńką córeczkę - Jest zdrowa jak ryba, dostała dziesięć punktów - marszczę brwi, bo nie mam bladego pojęcia, co do mnie mówi - To skala, na podstawie której ocenia się stan zdrowia noworodka. Państwa córeczka dostała max, co oznacza, że wszystko jest w porządku - och! Czuję się jak idiota, ale usprawiedliwiam się, bo skąd niby miałbym o tym wiedzieć?! - Na razie to tyle. Pani Marisa musi odpocząć, ale niebawem będzie pora karmienia.
- Dziękuję, pani doktor - kiwa głową i wychodzi z pokoju. Wpatruję się w małą jak zahipnotyzowany i wręcz nie mogę odwrócić wzroku. Tak długo na nią czekaliśmy i nie dowierzam, że wreszcie jest na świecie. Te dziewięć miesięcy ciągnęło się w nieskończoność i pragnąłem, aby czas przyśpieszył. Jedyne, co mogłem robić to dotykać brzuszka mojej żony i zachwycać się, jak pięknie wyglądała w ciąży. A teraz trzymam córkę w ramionach i zakochuję się w niej niemal natychmiast - Hej, Josie. Jestem Twoim tatusiem - szepczę cichutko, dotykam jej maleńkiej piąstki i ponownie czuję łzy pod powiekami. Nie ukrywam, dzień narodzin mojego dziecka to najpiękniejszy dzień w moim życiu - Jesteś śliczną dziewczynką, wiesz? Będę musiał mieć na Ciebie oko, bo nim się obejrzę będą za Tobą ganiać chłopcy - uśmiecham się i całuję ją w czoło. Wierci się, wyciąga rączki przed siebie i przeciąga się rozkosznie. To niesamowite, że zmieściła się w brzuchu Marisy! Natura jest szalona! - Mamusia niedługo się obudzi i będziesz mogła coś przekąsić. Musisz być silna.
- Przez Ciebie się poryczałam - gwałtownie podnoszę głowę i spoglądam na siostrę, która stoi w drzwiach i faktycznie jest cała zapłakana - Ten widok zwala z nóg, braciszku - pociąga nosem, ociera łzy i podchodzi do mnie - Wiesz, że będziesz wspaniałym ojcem? - jej słowa sprawiają, że mój brzuch się zaciska.
- Dzięki, siostrzyczko. Zrobię wszystko, aby tak właśnie było. Tylko na nią spójrz, czyż nie jest cudowna?
- Owszem, jest - patrzymy na nią z rozczuleniem, kołyszę ją w swoich ramionach, a Meggie przytula się do mojego ramienia - Dzwoniłam do rodziców, zapewne niedługo się tutaj pojawią. Mama wręcz piszczała do słuchawki, aż musiałam odsunąć ją od ucha - chichocze cicho, ale to cała mama! - Oszaleje, jak ją zobaczy.
- To jest oczywiste. Trzeba zadzwonić jeszcze do rodziców Marisy i do Hugo. Właściwie, kiedy zaczęły się skurcze? Byłem w szoku po Twoim telefonie, przecież termin był dopiero za dwa i pół tygodnia.
- Marisa pytała o to samo, ale doktor powiedziała, że to zależy od dzidziusia, kiedy ma ochotę przyjść na świat. Josie widocznie się śpieszyło i tak oto jest! A skurcze zaczęły się kilka minut po dziesiątej. Spanikowałam jak diabli, Justin - Meggie odsuwa się i przewraca oczami - Nie wiedziałam, co mam robić, ale musiałam działać. Wsadziłam ją do samochodu i przywiozłam tutaj. W drodze odeszły jej wody i wtedy prawie dostałam zawału - kręcę głową i zaciskam szczękę. Marisa powinna była siedzieć w domu! - Kiedy przyjechałyśmy od razu ją zbadano. Doktor powiedziała, że rozwarcie jest spore i niebawem poród się zacznie. Powinnam była zadzwonić do Ciebie od razu, ale naprawdę musiałam się uspokoić. Przepraszam.
- Daj spokój, Meggie. Nie masz za co przepraszać. Zachowałaś zimną krew, a sytuacja nie była prosta. Dziękuję, że zaopiekowałaś się Marisą i dostarczyłaś ją do szpitala. Jestem z Ciebie ogromnie dumny!
- Przestań, bo się zaczerwienię - uderza mnie w ramię i ponownie skupiamy uwagę na mojej małej córeczce.

Marisa budzi się chwilę później. Siedzę w fotelu i trzymam w ramionach Josie. Nie odłożyłem jej nawet na moment i obawiam się, że mogę ją rozpieścić noszeniem na rękach. Nic nie poradzę, uwielbiam ją!
- Hej - Marisa mruczy cicho i obdarza mnie lekkich uśmiechem. Przeciera twarz rękami i ziewa. Wygląda uroczo, chociaż jest bardzo zmęczona - Widzę, że świetnie sobie radzisz - zaciska usta i patrzy na mnie z rozczuleniem - Nie sądziłem, że tak bardzo pokocham ten widok. Wyglądasz cudownie, tatusiu.
- Nie mogę się doczekać, kiedy usłyszę to z jej ust - mrugam okiem, podnoszę się i oddaję jej małą - Doktor wspominała, że może być głodna i już od paru minut wierci się niespokojnie - przysiadam na brzegu łóżka, Marisa odsuwa koszulę i przysuwa małą do piersi. Gapię się na ten widok, bo Josie świetnie sobie radzi i natychmiast zaczyna ssać. Cholercia, to tak cholernie rozczulające - To głupie pytanie, ale jak się czujesz?
- Jakbym niedawno urodziła dziecko - chichocze, bierze moją dłoń i przykłada do swojego policzka - Ogólnie w porządku, ale jestem potwornie obolała - zawstydza się i wbija zęby w wargę. Głaszczę czule jej policzek i cmokam w czubek nosa - Mam nadzieję, że szybko dojdę do siebie. Muszę zająć się małą.
- Nie martw się, we wszystkim Ci pomogę, tak? Dzisiaj podpisałem umowę z Carterem i nie mam w planach nic poważnego. Wezmę urlop i zostanę w domu tak długo, jak tylko będzie trzeba. Jesteście najważniejsze.
- Aww, mój kochany - uśmiecha się i nastawia usta do pocałunku. Pochylam się i natychmiast spełniam jej prośbę. I kiedy tylko czuję jej słodkie usta, pogłębiam pocałunek i wślizguję język do środka. Przygryza go i odsuwa ode mnie - Wiesz, jesteś cholernie seksownym, młodym tatusiem. Jak się z tym czujesz, hmm?
- Szczerze? - unoszę brew, a Masrisa przytakuje głową - Czuję się niesamowicie! Wręcz coś rozsadza mnie od środka, jestem tak cholernie szczęśliwym człowiekiem, Kotku. Właśnie urodziłaś mi dziecko.
- Tak, i zastanawiam się nad tym, jak dałam radę. Nie ukrywam, ten ból był koszmarny, ale teraz nie ma to już znaczenia. Tylko ona się liczy i to, że jest na świecie - pochyla głowę i przeczesuje jej ciemne włoski.
- Jestem z Ciebie bardzo dumny, wiesz? Odwaliłaś kawał dobrej roboty, ale nie powinienem być zaskoczony. Przecież silna z Ciebie kobieta - biorę jej dłoń i składam na wierzchu pocałunek - Kocham Cię, Skarbie.
- Wiem, a ja kocham Ciebie. To się nigdy nie zmieni - przyciąga mnie do siebie i ponownie całuje.

Godzinę później zjawiają się moi rodzice, rodzice Marisy oraz Hugo i Jenna. Wszyscy zachwycają się Josie, gruchają do niej, głaszczą i tulą. Wiedziałem, że każdy się w niej zakocha, bo nie ma innej możliwości. Mała jest tak urocza, rozkoszna i śliczna, że aż ciężko oderwać od niej wzrok. Skradła nasze serca.




****
Trzy dni później Marisa i nasza maleńka córeczka wracają do domu. Moja żona wciąż jest obolała, chociaż chodzenie nie sprawia jej większych trudności. Jest dzielna jak diabli i do końca życia będę podziwiał ją za to, że tak świetnie sobie poradziła. Przekonałem się na własne oczy, jak wygląda poród i naprawdę współczuję wszystkim kobietom, które muszą przez to przechodzić. Faceci mają zdecydowanie łatwiej.
- Jak dobrze być w domu - Marisa opada na kanapę i wzdycha ciężko - Chociaż ten szpital był na najwyższym poziomie, zdecydowanie wolę nasze gniazdko - mruga okiem, cmokam ją w czoło i wyjmuję Josie z fotelika. Śpi sobie w najlepsze i cmoka smoczek, który jest prawie na pół jej buzi - Przygotuj się na zarwane nocki.
- Jestem gotowy na wszystko - posyłam jej pewny siebie uśmiech, rozbieram małą i odkładam ją do kołyski, która jest się w salonie. Urządziliśmy dla niej piękny pokoik, chociaż na razie i tak będzie spała w naszej sypialni. Musimy mieć ją blisko siebie - Potrzebujesz czegoś? - Marisa wystawia dłoń i siadam obok niej.
- Tylko Ciebie - szepcze cicho, unosi głowę i całuje mnie w usta - Od dzisiaj zaczynamy życie we trójkę.
- To będzie piękne życie - przytulam ją do siebie, głaszczę po plecach i zamykam oczy. Jestem szczęśliwy.






K  O  N  I  E  C 




********************************
Ba dum tssss! :D
Kilka osób pisało, że spodziewa się końca i oto on! 
Wiecie, że nie ma sensu przeciągać, a Marisa i Justin zasługują na happy end :D
Mam cichą nadzieję, że tym epilogiem was nie rozczarowałam ;)

Oczywiście dziękuję wam za to, że nadal tutaj jesteście i nie macie dość.
Bez was nie ma mnie, więc dziękuję, że napędzacie mnie do działania.
Wiele razy to pisałam, ale napiszę raz jeszcze - mam wspaniałe czytelniczki ♥

Zostajemy więc przy drugiej części Zapachu Ciemności :)
Jeśli ktoś jeszcze nie wie, zapraszam tutaj - KLIK -
Rozdziały będą pojawiać się tak jak ZC, czyli w środy.
Ale... właśnie kończę pisać opowiadanie o rodzeństwie (gdzieś dawałam prolog, ale już nie pamiętam gdzie lol) i pytanie do was, czy chcecie opowiadanie o takiej fabule. Muszę przyznać, że jest nieco inne, bardziej skomplikowane, zagmatwane i momentami smutne. Po prostu nietypowe :)
Rozumiem jednak, jeśli taka fabuła nie bardzo was pociąga. Chociaż zaznaczam, to "tylko" opowiadanie :)
Zrobiłam sondę, więc możecie zagłosować tutaj - KLIK -

Okej, to chyba tyle :)
Dziękuję jeszcze raz, że byłyście ze mną i tutaj :)
Buuuuuuuuuziaki!
Kasia 


12 komentarzy:

  1. Cieszę się, że wszystko tak dobrze się skończyło. Justin i Marisa zasługują na spokojne i szczęśliwe życie. I jeszcze mała, słodka Josie.
    Pozdrawiam,
    Kama
    P.s w sondzie zagłosowałam za opowiadaniem o rodzeństwie

    OdpowiedzUsuń
  2. Awwwww
    Cudowne zakończenie ale szczerze jeszcze sie nie spodziewalam😜 mam nadzieje że przeczytamy jeszcze wiele twoich opowiadań 😘

    OdpowiedzUsuń
  3. No i koniec :(
    Fajnie że wszystko się dobrze skończyło.
    Josie oczko w głowie rodziców, super rozdział.
    ***Kasia K.

    OdpowiedzUsuń
  4. Tak się cieszę, że wszuatko się dobrze skończyło. Zasłużyli na to. A co do nowego opowiadanio o rodzeństwie, ja jestem "za" jak najbardziej.

    OdpowiedzUsuń
  5. O Matko, Ja płacze. To było takie piękne... Nie mogłaś lepiej tego zakończyć. Jestem zachwycona! Będę tęsknić za Justinem i Marisą ❤

    OdpowiedzUsuń
  6. O matko cudownie się skończyło! 😍😍😍 dziękuję ze kolejne świetne opowiadanie, za czas i prace poświęcona dla nas, kocham mocno 😘😘😘 jestem jak najbardziej za nowym opowiadaniem o rodzeństwie ! Kocham mocno 😍😍

    OdpowiedzUsuń
  7. Ten epilog jest cudowny , właśnie taki jaki chciałam żeby był ! Zasługują na szczęście ! Dziękuje za to że piszesz <3 do zobaczenia(?) w kolejnych ff :*

    OdpowiedzUsuń
  8. Aaa jest i dzidziuś! 😃 Kolejne świetne opowiadanie!

    OdpowiedzUsuń
  9. Aa! Dzidzia!!! :D Jejku jaki śliczny rozdział :') Pięknie zakonczylas te opowiadanie <3

    OdpowiedzUsuń
  10. Jakie cudowne zakończenie! Idealne! Lepszego zdecydowanie nie mogłam sobie wymarzyc😍😍 Zakochany Justin, szczęśliwa Marisa i dziecko! Wszystko tak, jak powinno byc! Cieszę się bardzo,ze jest happyend, najcudowniejsze uczucie 😇


    Buziaki 😘

    OdpowiedzUsuń
  11. Po tygodniu zbieram sie do napisania ostatniego komentarza na tym opowiadaniu 💙
    Dwa razy w tak krótkim czasie zaskoczyłaś mnie epilogiem,chociaż wspominalas że zakonczą się w podobnym czasie 😣
    Cóż mogę powiedzieć a jedynie powtórzy Kaśka dobrze wiesz że cokolwiek nie napiszesz a nawet jeszcze nie opublikujesz a widzę już coś jest nowego to poprostu to KOCHAM 😍
    Dziękuję Ci za kolejne opowiadanie i czekam zdecydowanie na wiecej 😘

    OdpowiedzUsuń

Obserwatorzy

Template made by Robyn Gleams