2.7.17

Rozdział 40


Marisa POV:

Budzę się i powoli uchylam powieki. Mrugam kilka razy, rozbudzam się i rozglądam. W pomieszczeniu jest biało i zrobiło się jasno za oknem. Jestem sama i próbuję przypomnieć sobie ostatnie wydarzenia. 
Jak przez mgłę pamiętam rozmowę z Aną, jej podłe słowa, że Justin na pewno nie zaakceptuje dziecka i na koniec to, co zrobiła. Naprawdę perfidnie mnie szturchnęła, czy może tylko mi się to przyśniło? Jak mogła to zrobić wiedząc, że jestem w ciąży? Och, ciąża! Gwałtownie odkrywam kołdrę, ale nic nie wygląda podejrzanie. Przykładam dłoń do brzucha, przesuwam po nim opuszkami palców i uśmiecham się. Koniecznie muszę zapytać lekarza, czy z dzieckiem wszystko dobrze. Mam nadzieję, że nie zaszkodziłam mu tym upadkiem.
- Kochanie - przekręcam głowę i patrzę na wchodzącego do pokoju Justina. Jest przygnębiony i ma lekko potargane włosy - Dlaczego nie śpisz? - przysiada obok i chwyta moją dłoń - Dopiero dziewiąta.
- Chyba nie chce mi się już spać. Byłeś tutaj przez cały czas? - przytakuje głową i dotyka mojego policzka.
- Tak, czuwałem przy Tobie. Właśnie wracam z baru, musiałem napić się kawy. Powiedz, jak się czujesz?
- Całkiem dobrze, tylko trochę boli mnie bark. Poza tym nie jest tak źle. Rozmawiałeś może z lekarzem?
- Bark jest stłuczony, dlatego może Cię boleć przez kilka dni. Poza tym nic poważnego Ci nie dolega, nie masz wstrząśnienia mózgu i jutro powinni Cię wypisać - schyla głowę, oddycha głęboko i coś mi tu nie gra.
- Dlaczego jesteś smutny, hmm? Naprawdę nic mi nie jest, wyzdrowieję. Czy lekarz badał dziecko?
- Tak - chrząka i zaciska usta. Mój oddech przyśpiesza, a jego zachowanie mnie niepokoi - Przykro mi, Kotku - och! Podnosi głowę i spotykam jego oczy. Żadne z nas nie wypowiada ani słowa, po prostu gapimy się na siebie, jakbyśmy chcieli porozumieć się bez słów. Moja warga zaczyna drżeć i powoli dociera do mnie fakt, że mojego dziecka już nie ma. Straciłam je - Proszę, nie płacz - Justin przytula mnie do siebie, kołysze na boki, a ja ściskam w dłoniach jego koszulkę i wylewam z siebie cały żal, smutek i stratę. Ledwo dotarło do mnie, że będę mamą, a już zostałam tego pozbawiona. Pogodziłam się z tą myślą, Justin się dowiedział, miało być pięknie, a teraz jest po wszystkim - Jestem przy Tobie. Wszystko będzie dobrze, obiecuję.
- D-dlaczego? - jąkam się przez płacz i cała się trzęsę - T-to był nasz dzidziuś - odchylam głowę i patrzę w jego smutne oczy. Wzdycha ciężko, odgarnia moje mokre od łez włosy i przykłada dłoń do mojego policzka.
- Wiem, maleńka. Przysięgam, że będziemy mieli jeszcze dziecko. Niestety upadek spowodował krwawienie i lekarzom nie udało się uratować dziecka - zaciskam usta i próbuję poukładać to sobie w głowie. Przecież to miało wyglądać zupełnie inaczej! Justin musiał to na spokojnie przemyśleć, pogodzić się z tym i zaakceptować. Mieliśmy stworzyć rodzinę i być szczęśliwi! - Poradzimy sobie z tym, we dwoje. Obiecuję - wtulam się w niego z całej siły, ale w tej chwili potrzebuję jego wsparcia jak nic innego.


Justin wmusza we mnie posiłek i bacznie obserwuje. Przełykam zupę, chociaż nie mam apetytu i marnie mi to idzie. Jestem skołowana, boli mnie głowa i brzuch. Marzę tylko o tym, aby być we własnym łóżku.
- Dzień dobry - do pokoju wchodzi młody lekarz i posyła mi lekki uśmiech. Bierze moją kartę, która jest przywieszona na ramie łóżka i skupiony przewraca kartki - Rozmawiała Pani z mężem? - przytakuję głową i przełykam gulę w gardle - Przykro mi, z powodu Państwa straty. Robiliśmy co w naszej mocy, niestety krwotok nam przeszkodził - mówi smutno i przysiada na brzegu łóżka - To niczego nie przesądza, Pani Mariso. To był nieszczęśliwy upadek, ale za kilka miesięcy ponownie mogą się Państwo postarać o dziecko - och! Nie jestem pewna, czy Justin będzie tego chciał. Biorąc pod uwagę to, jak zareagował na wieść o ciąży, wątpię, aby chciał mieć dzieci. Niby wspomniał, że będziemy je mieć, ale mam co do tego mieszane uczucia - Na razie proszę się oszczędzać, nie dźwigać ciężkich rzeczy i unikać gorących kąpieli. Przepiszę odpowiednie leki i jeśli będzie Pani odpoczywać, wszystko wróci do normy. Czy mają Państwo pytania?
- Chciałbym zabrać żonę do domu, kiedy będzie to możliwe? Wolałbym, żeby tam dochodziła do zdrowia.
- Zostawimy Panią jeszcze dzisiaj na obserwacji, jeśli wszystko będzie w porządku, rano Panią wypiszę.
- Świetnie, dziękuję Panie doktorze - Justin ściska dłoń lekarza, uśmiecha się i opuszcza pokój.
- Co teraz będzie? - pytam smutno i schylam głowę - Czuję się dziwnie z myślą, że już nie jestem w ciąży.
- Wiem, aniołku. Sam nie wiem, co mam Ci powiedzieć. Czuję się podle - wzdycha ciężko, przeczesuje włosy i schyla głowę. Wygląda na przygnębionego - Mogę jedynie przeprosić za swoje szczeniackie zachowanie, jest mi potwornie wstyd, bo to, co zrobiłem było nieodpowiedzialne. 
Byłem po prostu w szoku, ponieważ za cholerę nie spodziewałem się czegoś takiego. Oczywiście nic mnie nie usprawiedliwia i powinienem był z Tobą na spokojnie porozmawiać, a nie wychodzić i zostawiać Cię samą. Szukałaś mnie i poniekąd to moja wina, że spadłaś ze schodów - co takiego? Nie! - Gdybym został, nic by się nie wydarzyło, nadal byłabyś w ciąży. Jestem skończonym idiotą, Marisa. Nawaliłem i mam o to do siebie ogromny żal. To moja wina.
- Nie pozwalam Ci tak mówić! - mówię ostro, Justin unosi głowę i patrzy na mnie zaskoczony - Nie możesz brać winy na siebie, bo to nie jest sprawiedliwe. Owszem, Twoje zachowanie mnie rozczarowało, ale ja również mam swoje za uszami. Powinnam była powiedzieć Ci od razu, a nie trzymać to w sobie. Kto wie? Może wtedy Twoja reakcja byłaby łagodniejsza? - wzruszam ramionami, Justin uchyla usta, aby coś powiedzieć, ale przykładam do nich palec - Oboje ponosimy za to odpowiedzialność, Justin, ale jest już na wszystko za późno. To dla nas nauczka na przyszłość. Obyśmy już nigdy nie popełnili takiego błędu.
- Chodź do mnie - rozchyla ramiona, wtulam się w jego ciało i zamykam oczy - Jesteś niesamowitą kobietą, Skarbie. Mam ogromne szczęście, że Cię mam. Wybacz mi proszę, już nigdy nie zachowam się jak dzieciak. Powiedz mi, jak do tego doszło. Co się wydarzyło? Dlaczego spadłaś z tych schodów? Poślizgnęłaś się?
- Nie - chrząkam, odchylam się od niego i bawię rąbkiem kołdry. Zastanawiam się, czy powiedzieć mu prawdę o Anie, czy może skłamać. Tylko czy kłamstwo cokolwiek zmieni? Właśnie nauczyłam się, że ma krótkie nogi i nigdy więcej nie chcę przed nim nic ukrywać. Ma prawo wiedzieć o wszystkim - Właściwie spadłam, ponieważ Ana szturchnęła mnie ramieniem. Przez to straciłam równowagę i upadłam - w pokoju zapada cisza. Niepewnie unoszę głowę i patrzę mu w oczy. Są wielkie jak spodki, przerażone i wściekłe.
- C-chcesz mi przez to powiedzieć, że to Anastasia przyczyniła się do Twojego upadku? Zrobiła to świadomie?
- Niestety tak. Zaczęła mówić jakieś bzdury, że nigdy nie zaakceptujesz naszego dziecka, bo nie jesteś takim typem człowieka. Dodała również, że nadchodzi jej szansa i zapewne mnie zostawisz. A potem wyprzedziła mnie na schodach, szturchnęła ramieniem i resztę już znasz. Ona tak bardzo mnie nienawidzi.
- Ja pierdole - szepcze cicho, przeciera twarz rękami i zaciska szczękę - Wiedziała, że jesteś w ciąży!

- Skarbie... - zaczynam, jednak nie kończę. Zrywa się na równe nogi, otwiera drzwi i wychodzi z pokoju.



Justin POV:
Idę wzdłuż korytarza, opuszczam oddział i wchodzę do głównej poczekalni. Dostrzegam Christinę, Anę,
Sergio i Roberta. Siedzą po oknem, piją kawę i rozmawiają. Płonę ze złości i boję się, że uduszę tę dziwkę gołymi rękoma! To, co zrobiła nie mieści mi się w głowie. Nie pojmuję, że posunęła się tak daleko!
- Justin? - pierwsza dostrzega mnie Christina. Podnosi się i staje przede mną - Jak czuje się Marisa?
- Poroniła! - syczę przez zęby i ledwo już nad sobą panuję - Przez Ciebie, suko! - wskazuję palcem na Anę, która uchyla usta i patrzy na mnie przerażona - Naprawdę myślałaś, że to się nie wyda? - prycham z kpiną i mam ochotę ukręcić jej kark! - Jesteś dla mnie nikim! Możesz mieć pewność, że na pewno tak tego nie zostawię. Z premedytacją zepchnęłaś Marisę ze schodów wiedząc, że jest w ciąży! Jesteś nienormalna!
- Co takiego? O czym Ty mówisz, Justin? Nic nie zrobiłam! Szłam obok niej i nagle spadła! Nie dotknęłam jej!
- Poważnie?! Moja żona ma na ten temat inne zdanie i tak się składa, że to akurat jej wierzę, nie Tobie!
- To chyba oczywiste! Dlaczego miałbyś uwierzyć w moje słowa, huh? W końcu jest Twoją żoną, idioto!
- Co Ty masz kurwa w tej swojej chorej głowie, dziewczyno? Zdajesz sobie sprawę, z tego, co zrobiłaś?

- Wiesz, dlaczego to zrobiłam? - zrywa się na równe nogi, staje przede mną i dumna unosi brodę. Muszę zwinąć dłonie w pięści, aby jej nie przypierdolić. Nigdy nie uderzyłem kobiety, jednak Ana sobie na to zasłużyła - Bo zniszczyłeś mi życie! Rzuciłeś mnie, jakbym była zepsutą zabawką! Pokazałeś mojemu ojcu film, który sam nakręciłeś i obiecałeś, że nigdy nie ujrzy światła dziennego! Myślisz, że to mnie nie zabolało? - mruży oczy i wciska palec w moją pierś - Mylisz się. Poniosłam konsekwencje i jest to Twoją winą. Czułam się z tym potwornie i teraz możesz postawić się na moim miejscu. Jakie to uczucie? Nic fajnego, prawda?
- Pierdol się! Powinnaś się leczyć, jesteś chora! Naprawdę to jest Twoja zemsta? Zabiłaś moje dziecko!
- Nie udawaj, że tak bardzo Ci na nim zależało. Wczoraj uciekłeś jak tchórz, kiedy Ci o tym powiedziałam.
- Nie dociera do Ciebie nic z tego, co mówię. Oszczędzę sobie. Jutro rano wracamy do Nowego Jorku i przygotuj się na to, że złożę doniesienie na policję - Ana jest zszokowana i patrzy na mnie, jakby nie dowierzała - Zrobiłaś coś bardzo złego i zostaniesz za to ukarana. Nigdy Ci tego nie wybaczę, jesteś dla mnie skończona - odwracam się na pięcie, czuję spojrzenia innych ludzi, ale mam to w dupie! Jestem wściekły, załamany, rozgoryczony i chciałbym, żeby to był tylko popieprzony sen. Nie wierzę, że Ana była do tego zdolna, a co najgorsze, zrobiła to z premedytacją. Spodziewałbym się wszystkiego, ale nie czegoś tak podłego - Niech to szlag - szepczę pod nosem, wychodzę na ogromny taras i opieram dłonie na barierce.
Schylam głowę, zamykam oczy i pozwalam sobie na chwilę słabości. Wszystko przemyślałem, zaakceptowałem fakt, że zostanę ojcem, ale nie dane było mi zbyt długo się tym cieszyć. Gdybym nie był takim szczeniakiem, gdybym został z Marisą i z nią porozmawiał, ta sytuacja nie miałaby miejsca. Nadal byłaby w ciąży. Nawet nie wiem, czy chciała tego dziecka, czy się bała. Mam do siebie ogromny żal, bo moje zachowanie było nieodpowiednie. Zostawiłem ją z tym samą, a moim obowiązkiem jest wspieranie jej.


Po kilku minutach uspokajam się i wracam do Marisy. Leży w łóżku okryta po samą szyję i spogląda w okno. Wygląda na zmęczoną i ma podpuchnięte oczy. Sporo przeszła i muszę się nią zaopiekować. Nie jestem pewny, jak powinienem się teraz zachować. Straciliśmy dziecko i czuję w sercu coś dziwnego.
- Hej - podchodzę do łóżka, siadam na krzesełku i wpatruję się w jej oczy. Uśmiech się lekko, bierze moją dłoń i głaszcze wierzch. To niesamowite, że po tym, co się stało ona nawet nie jest na mnie zła. Powinna walnąć mi gadkę, strzelić w pysk i obrazić się na kilka dni. Jest naprawdę cudowną kobietą - Jak się masz?

- Bywało lepiej, ale nie jest źle, dam radę. Mam nadzieję, że nie zrobiłeś nic głupiego? Gdzie byłeś?
- Musiałem porozmawiać z Aną, nie zawracaj sobie tym głowy. Musisz odpoczywać, ja zajmę się całą resztą.

- Całą resztą? Co masz przez to na myśli? - patrzy na mnie podejrzanie i mruży oczy - Proszę, powiedz mi.
- Nie ma wątpliwości, że Ana musi ponieść karę za to, co zrobiła. Nie mogę jej tego podarować, bo zrobiła coś niewyobrażalnego. Nie wiem, co ona ma w głowie, skoro posunęła się do zabicia naszego dziecka. Ono nie zawiniło, dlatego zrobię wszystko, aby boleśnie to do niej dotarło. Roger zbyt długo na nią chuchał, a ona robiła to, na co miała ochotę. Koniec tego pierdolenia. Musi wziąć odpowiedzialność za swoje czyny.
- Nie rozumiem, dlaczego chciała zemścić się akurat w tak okrutny sposób. Może i jest na Ciebie zła, może ma nawet do tego prawo, ale ona z premedytacją zepchnęła mnie ze schodów. Chciała, żebym poroniła.

- Zapewne. To śmieszne, bo dawniej sądziłem, że jest dobrym człowiekiem. Swojego czasu spotykaliśmy się dość często, dobrze ją poznałem i nigdy nie była agresywna, mściwa, wręcz przeciwnie, była urocza, słodka i zabawna. Nie wierzę, że tak bardzo się zmieniła - zaciskam szczękę i bardzo próbuję się uspokoić.
- Proszę, nie denerwuj się - Marisa dotyka mojego policzka i przesuwa po nim opuszkami palców. Przygląda mi się uważnie i doskonale widzę, jak bardzo jest przygnębiona. Między nami ostatnio było nieco zawirowań, potem wszystko jakoś się poukładało, a teraz ponownie sytuacja jest napięta. Czy my kiedyś zaznamy odrobinę pieprzonego spokoju? Czy tak wiele wymagam? - Dlaczego mnie zostawiłeś? - pyta smutno, a moje serce zaciska niewidzialna pięść - Wyszedłeś tak nagle, olałeś mnie, a ja tak bardzo się o Ciebie martwiłam.

- Wybacz, byłem wkurzony i musiałem to sobie na spokojnie przemyśleć - patrzę jej w oczy, a poczucie winy uderza we mnie z siłą rozpędzonej ciężarówki. Jestem kurwa takim debilem! - Wiem, że spieprzyłem sprawę. Czasami zachowuję się jak dzieciak, wybucham i zostawiam problemy na później. Powinienem był zostać z Tobą, porozmawiać, ale jak zawsze musiałem to schrzanić - przecieram twarz dłonią i nigdy sobie tego nie wybaczę - Byłem zaskoczony, kiedy Ana mi to powiedziała. Powinnaś była powiedzieć mi natychmiast, jak tylko dowiedziałaś się o ciąży, wiesz? Okłamałaś mnie, Marisa. Nigdy więcej tego nie rób.
- Przepraszam. Chciałam Ci powiedzieć, ale bardzo się bałam. Czułam, że dziecko w tym momencie to fatalny pomysł. Sama byłam zaskoczona, kiedy lekarz mnie o tym poinformował i nie wiedziałam, jak mam sobie z tym poradzić. Potrzebowałam czasu, aby samej się z tym pogodzić. Mimo wszystko czułam się coraz gorzej i chciałam powiedzieć Ci wczoraj, kiedy wróciłam z obiadu. Niestety Ana mnie uprzedziła.
- Nie powinna wpieprzać się w nie swoje sprawy. Szkoda, że nie dowiedziałem się tego od własnej żony, a od dziewczyny, którą kiedyś pieprzyłem - prycham ze złością i co dziwne, po moim ciele roznosi się złość. Nie chcę się na niej wyżywać, chociaż również zawiniła - Nie rozmawiajmy o tym teraz, dobrze? Musisz odpoczywać, spróbuj się przespać - posyłam jej lekki uśmiech, całuję w czoło i okrywam kołdrą.

Następnego dnia lekarz bada Marisę i pozwala jej opuścić szpital. Cieszę się i organizuję powrotny lot do Nowego Jorku. Dowiedziałem się od Christiny, że Ana poleciała już w nocy, ale to lepiej. Ani ja, ani Marisa nie będziemy musieli oglądam jej twarzy w samolocie. To na pewno nie wpłynęłoby dobrze na moją żonę. Chcę jej oszczędzić stresu i trzymać ją z dala od Any. Nie chcę mieć z tą wariatką do czynienia.
- Ostrożnie - pomagam Marisie usiąść na wygodnym fotelu w samolocie i okrywam ją ciepłym kocem.
- Jest w porządku, nie martw się - uśmiecha się lekko i odrobinkę krzywi - Tylko trochę boli mnie brzuch, ale lekarz powiedział, że to normalne - siadam obok niej i przytulam do siebie. Nie chcę, żeby się zadręczała, chociaż czuję, że to nie będzie proste - To wszystko jest takie dziwne. Byłam w ciąży, a nawet o tym nie wiedziałam. Kiedy się z tym pogodziłam, dowiedziałeś się i... nagle naszego dziecka już nie ma. To smutne.
- Wiem. Mam nadzieję, że wszystko się jakoś ułoży. Dojdziesz do siebie, wrócisz na studia, a na kolejne dziecko przyjdzie odpowiednia pora. Mamy na to jeszcze czas, Kochanie. Jesteś jeszcze bardzo młoda.
- Mówisz tak, bo naprawdę chcesz mieć dziecko? Czy może mówisz to, co po prostu wypada powiedzieć?
- N-nie wiem - jąkam się i nerwowo drapię w kark - Po prostu muszę być gotowy na dziecko, aniołku. To nie jest taka prosta sprawa, to nowe życie za które będziemy odpowiedzialni. Musimy być tego pewni.
- Na wieść o ciąży zareagowałeś fatalnie, więc myślę, że raczej szybko dzieci mieć nie będziemy. Prawda?
- Dajmy sobie trochę czasu, dobrze? - odgarniam jej włosy i całuję w czoło - Teraz musisz dojść do siebie.
- Nie martw się, nie jestem umierająca po prostu straciłam dziecko. Za parę dni wszystko wróci do normy.
- Nie złość się, proszę - przytulam ją do siebie, a mój brzuch dziwne się kurczy - Przepraszam, że nawaliłem.
- Daj spokój, chyba nawet nie powinnam być zaskoczona - unosi głowę i pociera nosem o mój - To cały Ty!
- Tsa! Wybuchowy, narwany i w dodatku szczeniak! Muszę się jeszcze sporo nauczyć, pohamować złość w pewnych sytuacjach i po prostu się opanować. Jesteś moją żoną, powinienem Cię wspierać, a nie rzucać fochami na prawo i lewo. Jestem dorosły i najwyższa pora zdać sobie z tego sprawę. Prawda, Skarbie?
- Nie mogę się doczekać, kiedy pokażesz mi jak bardzo jesteś dorosły - porusza brwiami, a ja mrużę oczy. Nabija się ze mnie?! - Powiesz mi, o czym myślałeś na polu naftowym? Chciałeś odejść? Zrozumiałabym to.
- Odejść? Zwariowałaś? - patrzę na nią zaskoczony, ale nie spodziewałem się, że mogła pomyśleć o czymś takim! - Nawet mi to przez głowę nie przeszło, Marisa. Owszem, wściekłem się na siebie, bo zaufałem tym tabletkom, ale nie chciałem odchodzić. Chciałem wziąć to na swoje barki i przetłumaczyłem sobie, że to normalna sprawa, kiedy dwójka ludzi, która jest małżeństwem mają dziecko. Nigdy nie miałem do czynienia z maluchami, oprócz siostry oczywiście - mrugam rozbawiony, a Marisa nareszcie się uśmiecha.
- Wiesz, że byłbyś wspaniałym ojcem? - mówi czule, a ja uchylam usta. Potwornie mnie tym zaskoczyła! - Jesteś dobrym, czułym i troskliwym człowiekiem. Opiekujesz się mną, dbasz, aby niczego mi nie zabrakło. Wierzę z całego serca, że pokochałbyś naszego dzidziusia. Mimo, że już go z nami nie ma, na zawsze pozostajesz jego ojcem - przełykam ślinę, a w moich oczach pojawiają się łzy - Nigdy o tym nie zapominaj.
- Nie zapomnę, aniołku - chowam ją w swoich ramionach, zamykam oczy i czuję łzę na policzku.
Dopiero teraz dociera do mnie, że straciliśmy dziecko. Małego człowieka, które było częścią nas obojga.

Lot mija spokojnie. Marisa przesypia większą część podróży, ale to lepiej. Teraz musi sporo odpoczywać i mam zamiar osobiście tego dopilnować. Zapewne będziemy musieli powiedzieć rodzicom prawdę. Samopoczucie Marisy da się jeszcze jakoś wytłumaczyć, jednak moje działanie względem Any już nie. W końcu nasi ojcowie to przyjaciele i tak czy siak sprawa się wyda. Jak zareaguje na to mój ojciec? Czy przyjaźń z Rogerem zawiśnie na włosku? Nie chcę niczego między nimi psuć, ale nie mam innego wyjścia. 
- Justin! - Marisa piszczy głośno, kiedy biorę ją na ręce i wnoszę do domu - Przecież mam nogi, tak?
- Wiem, ale chciałem to zrobić - uśmiecham się i ostrożnie układam ją na kanapie w salonie - Jak się masz?
- Dobrze. Jestem trochę głodna, muszę wziąć leki przepisane przez lekarza i zadzwonić do rodziców.

- Powiemy im prawdę? - pytam cicho i przysiadam obok niej. Niepewnie przytakuje głową i bawi się palcami.
- Nie chcę ich okłamywać, w końcu to moi rodzice. Chociaż czuję, że mama wpadnie w histerię. Cała ona.

- To Twoja mama, ma prawo. Uspokój ją i zapewnij, że wszystko będzie dobrze. Bo będzie, prawda?
- Taką mam nadzieję - unosi głowę i patrzy na mnie smutno - Wierzę, że wszystko ponownie się poukłada.
- Zrobię wszystko, aby tak było - przytula się do mojego ramienia i splata palce z moimi. Po jej słowach w samolocie wciąż nie mogę dojść do siebie. Dziwnie mną wstrząsnęły i z pełną świadomością czuję w sercu smutek z powodu tego, co się stało - Teraz musisz wrócić do zdrowia. 
Będę przy Tobie przez cały czas, zaopiekuję się Tobą. Jesteś moją żoną, kocham Cię i nie pozwolę, aby kiedykolwiek stała Ci się krzywda. 
- C-co powiedziałeś? - gapi się na mnie, jakby wyrosła mi druga głowa. Marszczę brwi, ale nie bardzo wiem, co ma na myśli. Co takiego palnąłem? - K-kochasz mnie? - och! Naprawdę powiedziałem to na głos?








21 komentarzy:

  1. Jestem wściekła na Anę! Nie myślałam, że Marisa poroni ! Grrrr.... To smutny rozdział bez wątpienia, ale ty potrafisz nawet w taki wpleść słodycz i urok . Za to właśnie cię uwielbiam Kasia! No , nie tylko za to , mniejsza .... xd Ach i ta końcówka , Justin to powiedział ! <3

    OdpowiedzUsuń
  2. Strasznie mi szkoda Marisy, że musi przez to wszystko przechodzić. Jednak może rzeczywiście potrzebny był taki wstrząs. Przynajmniej Justin wyznał swoje uczucia. Może zrobił to nie w pełni świadomie, ale co w sercu, to na języku.
    Pozdrawiam,
    Kama

    OdpowiedzUsuń
  3. O mamuniu, końcówka jaka słodka ❤

    OdpowiedzUsuń
  4. Ojej 😍😍😍 nareszcie to powiedział! ❤❤❤❤
    Dlaczego to zrobiłaś, dlaczego uśmierciłas to dziecko 😭😭😭😭 Ana to wstrętna suka , wiem powtarzam się ale taka prawda ! Nie mogę się doczekać nasteonego rozdzialu...bardzo mi przykro ze dziecko nie przeżyło ale cieszę się że Ana poniesie za to konsekwencje i między Justinem a Marisa jest dobrze no i przyznał wreszcie ze ja kocha !

    OdpowiedzUsuń
  5. Nie wiem co napisać. Mega słodko gorzki rozdział. Na początku bomba atomowa a na koniec mega słodko.

    OdpowiedzUsuń
  6. Smutno mi z powodu dziecka 😭😭ale nareszcie Justin powiedział te dwa słowa😍😍😍

    OdpowiedzUsuń
  7. No taak! Nareszcie to powiedział! Chociaż co do Any i dziecka to brak słów...😕

    OdpowiedzUsuń
  8. TAAAAAK 😍 długo czekałam na ten moment a ty Kaśka jak zawsze musiałaś zakończyć w takim momencie 😭
    Już w połowie rozdzialu byłam pewna że padną te słowa i czytam i czytam a tu nagle BUUUM 🔥 oczywiście świetny rozdział i chce już następny 😀

    OdpowiedzUsuń
  9. Justin Ją kocha 😍 tylko szkoda dzidziusia... a tak się cieszyłam...
    Świetny rozdział 😊❤

    OdpowiedzUsuń
  10. Tak chcę żeby mieli dzidzię ale może lepiej że jeszcze nie teraz �� Tylko biedna Marisa..

    OdpowiedzUsuń
  11. W sumie to myslalam ze Marisa bd zła na Justina a tu prosze miłe zaskoczenie , Justin w tym rozdziale jest dla niej taki kochany ♡♡ i ta koncowka awww ♡♡

    OdpowiedzUsuń
  12. o jaaa Justin w koncu powiedzial Marisie ze ją kocha !!!

    OdpowiedzUsuń
  13. Bd dzisiaj rozdział Kasiu =D ?

    OdpowiedzUsuń
  14. ♡♡♡♡♡♡♡♡

    OdpowiedzUsuń
  15. O której możemy spodziewać sie nexta :3 ?

    OdpowiedzUsuń
  16. Ja chce ju rozdział :ccc

    OdpowiedzUsuń

Obserwatorzy

Template made by Robyn Gleams